Jest piąty rozdział Holuba. jest długi i wielu z państwa może wydawać się … Chcę przedstawić dwa sprzeczne ze sobą światy, które przenikają się i walczą w każdym człowieku. Miał racje jeden z komentatorów, ale to jest cholerna wiwisekcja. Skoro jednak napisałem Spisek, to Holub musi powstać, a czasu mam mało. Sa tu opisane autentyczne historie pomieszane z fantazją.

Zapraszam i jak zwykle proszę o ocenę i pytania.

Sprawa kryptonim „Holub” to dla mnie książka eksperyment. Pisze ją na bieżąco i sam nie wiem, co będzie w następnym odcinku. To, pojawia się dopiero około czwartku. Chcę pokazać zarówno zimne i wyrachowane działanie służb specjalnych, dla których człowiek, to tylko narzędzie, jak i skontrastować to z emocjami jednostek ubabranych w instytucjonalną rzeczywistość. Moi bohaterowie, oboje, są skrzywieni i to widać. Kontrast czysto ludzkiej miłości z zimnym światem, gdzie jakiekolwiek uczucia są irracjonalne ma stworzyć swoistą schizofrenię, której ulegnie Yveta i Piotr. Nie wiem jeszcze jak skończy się to wszystko, ale raczej nie happy endem. Sceny operacyjne mieszam ze scenami wprost z „Harlequina”. Dlaczego nie? Oprócz tego spodziewajcie brutalności nawet w uczuciach. Oni żyja w bardzo brutalnym świecie, w którym by przetrwać muszą stłumić własną wrażliwość i delikatność.

Chcę też wykorzystać opisy sytuacji operacyjnych w celu ilustracji ich uczuć do siebie, rozwoju tych uczuć przy jednoczesnej ostrożności. W końcu co jest na świecie najważniejsze? Czy być Człowiekiem, czy tylko automatem? Może nie odpowiem wprost i może to będzie wynikać z książki.

OPERACJA KRYPTONIM „HOLUB”

Rozdział 5

            Pisałem jak szalony. Opisałem pobyt i rozmowy w Pradze, ustalenia, wybór celu. Około ósmej rano przyszedł Wiktor. Zrobił sobie kawy, usiadł i zapalił.

– Przerwij na chwilę. – powiedział – Doszedłeś do teatrzyku?

– Nie. – odpowiedziałem, nie przerywając pisania – Właśnie zaczynam pisać o tym.

– To nie pisz. Będziesz na mnie wściekły.

– Będę. – przerwałem walenie w klawiaturę – Byłeś u Mateusza.

– Pamiętasz, co mówiłeś w sobotę?

– Pamiętam. Chodzi ci o oferenctwo w oferenctwie?

– Tak. – kiwnął głową – Powiedziałeś, że na ich miejscu nie zgodziłbyś się na pozorne zawieszenie, ale umocniłbyś siebie tak, by zainteresować Ruskich. Uchol byłby jedynie prostym kamuflażem. Przez niego mógłbyś podać swoją ofertę. Tak mówiłeś.

– Teoria! – wzruszyłem ramionami. – Poza tym byłem pijany.

– Wczoraj spotkałem się z Mateuszem i powiedziałem mu to. Spotkaliśmy się także z ministrem. Wściekasz się?

– Nie. – roześmiałem się – Powiedziałem ci to specjalnie. Wiedziałem, że zrozumiesz, że to lepsze rozwiązanie. Pewniejsze. Doceń to, bo to komplement.

– Esbecki manipulant! – zaśmiał się – Dlaczego sam tego nie zaproponowałeś?

– I co? Pomyślałby, że esbek chce się ustawić i w dodatku ugrać coś dla siebie. Poza tym przecież jestem komuchem i kacapskim szpiegiem, więc legalizuję w ten sposób swoje szpiegowanie dla Kacapów.

– Pierdolisz! – wkurzył się Wiktor – Mateusz tak o tobie nie myśli!

– Ale szanowny minister tak o ile on w ogóle myśli.

– Wczoraj spodobał mu się ten pomysł i zaakceptował go.

– To będziecie mieli ordery i awanse!

– Powiedzieliśmy, że to twoja operacja i twój scenariusz. – Wiktor zezłościł się porządnie.

– Dobra. – powiedziałem ugodowo – Chwała wam za uczciwość, ale ja muszę zniknąć z tego biura.

– I znikniesz, lecz w inny sposób.

– Jaki?

– O tym powie ci Mateusz. Wpadnie do nas około dziewiątej.

– I kazał ci mnie przygotować? – powiedziałem złośliwie. – Masz jeszcze pozostałości po sukcesie IIA? Jadę po południu, więc pić nie będę, ale muszę się przygotować do spotkania z dyrekcją.

Remil sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął skręta. Zapaliliśmy. Otworzyłem okno, by nie poczuli w korytarzu. Papierosy śmierdziały inaczej.

Paliliśmy sobie spokojnie, gdy do pokoju wszedł Powała. Jeśli coś poczuł, to nie dał po sobie poznać.

– Zostań Wiktor. – powiedział – Porozmawiamy wszyscy.

– Muszę iść do kibla. Zaraz będę. – Remil wyszedł.

– Co go tak nagle przyparło?

– Nie chciał gasić przy tobie niedopałka. Wie, że nie lubisz tego smrodu. – powiedziałem spokojnie, a dyrektor tylko pokręcił głową. Wolał nie wiedzieć, co paliliśmy w pracy.

Poczekaliśmy na Wiktora, usiedliśmy i Mateusz zaczął mówić:

– Szkoda, Piotrze, że nie przedstawiłeś mi swojego pomysłu w całości. Chyba wiem, dlaczego i dajmy już temu spokój. Wczoraj rozmawialiśmy z ministrem, ja i Wiktor i mamy zgodę na realizację. Musisz tylko napisać w raporcie krótki zarys oraz klauzulę, że każda informacja będzie uzgadniana z centralą, gdyby Rosjanie nawiązali kontakt z tobą, jak również każda próba takiego kontaktu musi być raportowana.

– To oczywiste! – wtrąciłem – Przecież na tym polega gra operacyjna.

– Minister uważa, że należy to zrobić. Powiedzieliśmy mu, że to twoja propozycja, bo tak jest.

– I co on na to? – spytałem.

– Prosił, by ograniczyć wiedzę o tym do kilku osób. U nas do naszej trójki i jego samego.

– Trzeba jednak poinformować Czechów o tym planie. Zaczynam na ich terenie.

– Chral przyjeżdża w środę na oficjalne rozmowy z ministrem. Zostanie poinformowany o tym, ale resztę wyjaśnisz mu sam. Ze strony czeskiej o prawdziwym oferencie będzie wiedział jedynie on i łącznik. – zastanowiło mnie, dlaczego Mateusz nie wymienił przy Wiktorze nazwiska Yvety.

– Nie pogadam z nim, bo będę w delegacji. – przypomniałem.

– To pogadasz w Pradze. Pojedziesz tam jeszcze kilka razy. Źródło trzeba przygotować i kontrolować na miejscu. – skinąłem głową na znak, iż zgadzam się z Mateuszem.

– A co z moim zniknięciem stąd? – zapytałem – Nie wytrzymam z Jacusiem!

– Od dziś jesteś przeniesiony do dyspozycji szefa z zachowaniem wszystkich uprawnień i dodatków. Podwyższymy ci go nawet. Nikt nie będzie wiedział, co jest grane. Dopiero zaczną się ploty. Nie musisz tu bywać.  Nie będziesz też musiał straszyć mojej sekretarki. – uśmiechnął się na koniec.

– Szkoda! – powiedziałem żałośnie – Nie cierpię kobiet!

– To nie cierp dalej! – odciął się Mateusz – W raporcie przedstaw główną ideę oraz klauzulę, o której ci mówiłem. Rozumiem, że podstawiasz siebie za pośrednictwem niczego nieświadomego informatora?

– Tak. – potwierdziłem – Dobiorę, a właściwie już mam informatora, nieczynnego, którego przejmie centrala. Damy mu specjalnie spreparowane papiery i list ode mnie. Nie będzie wiedział, że on tam jest. Informacje od niego uzgodnimy z nim, ale on dostanie zapakowany pakiet dopiero przed wizytą. Nie będzie wiedział co tam jest, tylko będzie przypuszczał, że to jego oferta. Ona tam będzie. Wzbogacona o coś pozornie bez związku, ale będzie. Zagra, nie znając pełnego tekstu, dlatego będzie autentyczny.

– Co napiszesz w swoim liście? – spytał dyrektor.

– Ogólnie. Wywalacie mnie na emeryturę, bo jestem byłym esbekiem, chcę forsy, mam informacje. Wybór Pragi zasugeruje im, że znam możliwości operacyjne i sposób kontroli placówki w Polsce. Napiszę do tego Sorokina po polsku, co też go zaciekawi. Wymyślimy jakiś pseudonim i sposób kontaktu. Od razu zaznaczę, że oferent o niczym nie wie, ale to prezent dla nich. Zobaczymy. Może trafimy dwukrotnie. Szczegóły ustalimy po moim powrocie z delegatur. – zamilkłem i zapaliłem papierosa.

– Kombinacja prawie alpejska. – odezwał się wreszcie Wiktor – Może wyjść. Jest tak paranoidalna, że Kacapy mogą się nabrać. Tu będą ploty jak cholera!

– Właśnie Wiktor! – Powała kiwał głową – Będziesz je wszystkie zbierał, tak, jak chciał Piotrek. Ludzi zainteresowanych tym, co on robi też. Sprawdzimy przecieki przy okazji. Oficjalnie – zwrócił się do mnie – zdejmujemy cię ze stanu wydziału i jurysdykcji Jacka. Wiktor będzie ci pomagał, sprawdzał twoje informacje, łącznikował. Zresztą wiesz sam. Rozliczał też. Mówiłeś, że wybrałeś uchola? Kiedy?

– Rozmawiałem z kilkoma delegaturami. Rzeszów ma ciekawego człowieka z Mielca. „Martwego” od trzech lat. Zdali go do archiwum. Pojadę, poczytam, spotkam się z nim i każę wysłać do ciebie do rąk własnych. Przy okazji stworzę wrażenie, że robię coś tajemniczego dla szefa. Sprawdzam ich.

– Jedziesz więc do Rzeszowa. Po co aż na tyle dni? – spytał Mateusz.

– Nie tylko. Pojadę też do Opola. Ten Sorokin jakoś kojarzy mi się z Brzegiem. Dostałeś materiały od Czechów?

– Przyszły rano. – poinformował Powała – Przyjdź po nie za pół godziny. Albo nie! Wiktor przyjdzie, bo jeszcze sekretarkę mi przestraszysz.

– To miał być żart! – zripostowałem – Iście dyrektorski!

– Dobra, dobra! – śmiał się Mateusz – Pisz raport. Zdążysz do jedenastej?

– Już prawie napisałem. Dodam tylko to, o czym mówiliśmy. Będziesz go miał za pół godziny. Wiktor ci go przyniesie, a z nim kwity na delegację, samochód i zaliczkę.

– Czekam! – Mateusz wstał i podszedł do drzwi.

– Pamiętaj! – zatrzymałem go – Po tym wszystkim uruchomisz mój raport o zwolnienie. Będę musiał odejść, bo zdekonspiruję się całkowicie, a poza tym będę miał dość wszystkiego. Dla mnie to finał.

– Twój raport jest u ministra. – poinformował mnie dyrektor i wyszedł z pokoju.

– Widzisz! – odezwał się Wiktor – Przyjęli twoją propozycję. Szkoda! Liczyłem na świetną zabawę w piątek.

– Przyjęli, bo nie przekazałem jej ja. Poza tym chcą mnie kontrolować cały czas i temu służy to przeniesienie. Nie mam pretensji. Rozumiem ich i sam bym tak zrobił. W końcu, to wy dostaniecie medale, a mój raport czeka.

Wróciłem do pisania. Poszło szybko, bo wszystko miałem ułożone w głowie. Wiktor zaniósł go do dyrektora. Wrócił z materiałami Czechów na temat Sorokina, a przy okazji prosił, bym czekał, aż Mateusz raz jeszcze wpadnie do nas.

W teczce Sorokina nic praktycznie nie było. Czesi dali nam kserokopie swoich kwitów wraz z tłumaczeniem na polski. Na szczęście! Inaczej Wiktor pękałby ze śmiechu, a mnie czeski zaczynał się bardzo podobać. Chyba nawet więcej niż bardzo.

– Zobacz! – podsunąłem teczkę Wiktorowi – Źródła BIS twierdzą, że Sorokin był w Polsce, że zna Polski, że rozmawia często z polskimi dyplomatami. Z kolei w jego aplikacji akredytacyjnej nie ma nic o Polsce. Jest o kilka lat młodszy ode mnie, a z dokumentów wynika, że dopiero po roku dziewięćdziesiątym zaczął życie zawodowe. Pisze, że studiował na MGIMO pomiędzy 1988, a 1991. Potem MSZ i placówka w Pradze. Żadnego stażu? Przeleć PGWAR. Może tam coś znajdziesz. I MGIMO. – mieliśmy kartoteki polskich absolwentów tej uczelni. Zwinąłem je z MSZ.

– Wytypuję tych, którzy byli tam w tym samym czasie, ale poczekamy z wypytywaniem na twojego oferenta. – Wiktor świetnie rozumiał ta pracę.

– Aha! – skinąłem głową – Możesz zacząć na dzień przed podstawieniem go w Pradze. Nawet jak ktoś m doniesie Ruskowi, to tylko wzmocni jego ciekawość. Zobaczę w Opolu, bo coś mi się kojarzy z Brzegiem. Nie mogę tylko przypomnieć sobie, dlaczego?

Zadzwonił telefon. Kierowca poinformował mnie, że zatankowany „Golf” stoi na dziedzińcu, a papiery są w środku. Chciałem „Golfa”, bo nikt nim nie jeździł. Wszyscy woleli Passaty.

Około pierwszej znów przyszedł Mateusz.

– Masz zatwierdzony raport. Minister też go parafował. Tu masz papiery na delegację. – podał mi podpisane blankiety – Podpisz jeszcze rozkaz o przeniesieniu.

Podpisałem, nawet nie czytając. Nie miało to dla mnie znaczenia i dyrektor wiedział o tym.

– Powodzenia…i uważaj na siebie. – powiedział wychodząc i nie było to ostrzeżenie.

Pożegnałem się z Wiktorem, ustaliłem, że będziemy dzwonić do siebie, jak coś wyjdzie, wziąłem forsę z kasy i poszedłem do samochodu. Podjechałem pod dom, zapakowałem się i ruszyłem w drogę. Zadzwoniłem jeszcze do Romana Kręciny, naczelnika Wydziału II w Rzeszowie, że będę około siódmej i czekam w hotelu. Roman potwierdził, że zamówił mi pokój w hotelu Rzeszów. „Pokój z widokiem na pipę Tierieszkowej”. Pośmialiśmy się i rozłączyliśmy, Za Warszawą, około trzeciej po południu, zatrzymałem się na stacji benzynowej. Kupiłem papierosy, litr luksusowej „dla chłopaków”, dwie kanapki dla siebie i usiadłem na kawę w restauracji obok. Wyjąłem drugą Nokię i włączyłem. Pojawił się SMS od Yvety z ósmej rano: „Kocham cię!”.

„Ja cię też” – zacząłem odpisywać – „Yvetko. Trochę zmieniły się ustalenia. Dowiesz się. Twój ojciec przyjeżdża w środę na rozmowy z moim ministrem. Powiedzą mu, jak to w końcu będzie. Pamiętaj! Jesteśmy zawodowcami, więc bez emocji”.

„Wiem, że przyjeżdża. Coś ty znowu wymyślił?” – miałem schować telefon, gdy przyszła wiadomość od Yvety.

„Miałaś nie nosić do pracy tego telefonu!” – odpisałem

‘Ty też, bo chyba nie byłeś w domu przed pracą. Poza tym to taki ładny telefon”

„Ot! Babska logika.”

„Jakaś musi być, skoro chłopska jest nielogiczna”

„Hahahaha! Chciałabyś!”

„Coś ty znowu wymyślił?”

„Konsekwencję tej sprawy! Nie obawiaj się. Kocham cię!”

„Ja cię też. Nie wytrzymam do piątku!”

„Friday I’m in love”

„The Cure”

„Nie chwal się”.

„Ale i Czechach coś wiedzą”.

„Ale po czesku. Muszę jechać dalej”

‘Zadzwoń wieczorem. Najlepiej domofonem i nie zgub się w windzie. Uważaj na siebie”

„Ty też. Zadzwonię koło ósmej. Niestety telefonem. Cześć!”

Wyłączyłem aparat i pojechałem dalej.

Około siódmej zaparkowałem pod hotelem. W barku przy recepcji siedział Roman i jego zastępca Łukasz Grządek. Kręcina miał o dwa lata krótszy staż niż ja. Przyszedł w 1984 roku do kontrwywiadu i pracował w nim do dzisiaj. Łukasz to nowy nabytek. Podobny do Wiktora i normalny. Czekali na mnie i pokrzepiali się piwem. Podszedłem do nich.

– Cześć! – przywitałem się – Wezmę klucz i chodźmy do pokoju. Pogadamy chwilkę.

– Witamy pana pułkownika! – ucieszył się Roman.

– Coś ty narozrabiał! – wtórował mu Łukasz – W firmie aż huczy!

– To chyba wam coś odpierdoliło, ale dziękuję za awans. Przynajmniej w plotkach awansuję.

– On nic nie wie! – śmiał się Roman – Tak jest zawsze! Ci, co pracują dowiadują się na końcu. Bierz ten klucz i idziemy popatrzeć na pipę. Widać ją z twego pokoju w całej okazałości.

Dostałem pokój na czwartym piętrze i rzeczywiście: widok z okna zasłaniał mi Pomnik Czynu Rewolucyjnego, czyli największa pipa w Polsce albo „pipa Tierieszkowej”. Moi goście rozsiedli się, wyjąłem litr „Luksusowej” z torby, a Łukasz znalazł trzy szklanki. Roman otworzył butelkę i nalał po pół naczynia. „No to zdrówko!” – powiedział i wypiliśmy.

– Co ty pierdolisz z tym pułkownikiem? – spytałem – Najpierw musiałbym być „pod”, a nic do mnie dziś nie dotarło. Wyjechałem jako major.

– E, tam! – odparł Łukasz – Znam takiego magistra, który rano przyszedł do pracy jako magister, a po południu wyszedł jako pełny pułkownik!

– Łukaszku! – zaśmiał się Kręcina – To było za komuny! Pamiętasz, Piotrek, tego magistra z ZOF?

– Ale on potrzebował tydzień do pułkownika! – powiedziałem – Łukasz nie lubi chyba waszego szefa.

– Znam Stefańskiego z lat osiemdziesiątych! – wyjaśnił Łukasz – Mnie wpierdzielili wasi koledzy za ulotki, on się bał i siedział cicho, dyskutując po zakrystiach, ale też ostrożnie, a teraz wielki z niego pułkownik! Kurwa mać! Mnie dali dopiero porucznika, a jemu od razu pułkownika! Nie o take Polskie my walczyli z wami!

Roześmieliśmy się wszyscy. Wiktor mówił to samo. Co raz więcej „bohaterów” podziemia pojawiało się w kraju. Niedługo okaże się, że kilku komuchów i kilku esbeków trzymało za mordę 30 milionów działaczy „Solidarności” i podziemia. Tacy jak Wiktor i Łukasz byli tak samo sfrustrowani, jak ja. Może nawet bardziej. Nalałem kolejne „pół szklanki”.

– Panowie! Siedźcie, plotkujcie o mnie, a ja zamykam się w łazience na dziesięć minut. -Muszę zadzwonić, póki jeszcze mogę. – wypiliśmy.

– Dzwoń! Dzwoń! Dyrekcja czeka! -zakpił Roman – Dupy, jak cię znam, nie masz, więc dyrekcja cię pożąda.

– Jak chcesz dupy, to popatrz na pipę. – odciąłem się i wszedłem do łazienki.

Odkręciłem wodę – woda zawsze utrudnia słuchaczom zrozumienie rozmowy – i usiadłem na kiblu. Najpierw zadzwoniłem do Wiktora ze służbowego telefonu.

– Cześć! – usłyszałem w słuchawce – Co ty, kurwa, pod rynną jakąś siedzisz?

– Nie! Na kiblu! – odpowiedziałem.

– Aha! Kamuflujesz się.

– Słuchaj! Coś się jeszcze zadziało? – spytałem – Roman mnie od pułkowników wyzywa.

– Zadziało! Zadziało! – potwierdził Wiktor – Chwilę po tym jak wyjechałeś Mateusz kazał mi wysłać depesze na wszystkie delegatury. Zostałeś głównym specjalistą i awansowali cię na podpułkownika. Podobno już dwa lata temu powinieneś dostać ten stopień. W dodatku, przenieśli cię do dyspozycji szefa, dla którego wykonujesz zadania specjalne. Rakowiecka się trzęsie! Nawet nie wiedziałeś ilu masz wrogów!

– Nie śmiej się, kurwa! – prawie krzyknąłem – Nie mogli mi powiedzieć wcześniej!

– Mogli, ale się bali, że powiesz „kurwa!” i się wściekniesz.

– I mieli rację, bo jak mam teraz być dla Ruskich sfrustrowanym esbekiem?

– Jest sens w tym wabiku. Nastawiają reflektory na ciebie. – wyjaśnił Wiktor.

– Może i jest w tym sens. – uspokoiłem się – Przedstawimy to jako pozytywne upierdalanie.

– Właśnie! Mówią, że zaszantażowałeś ministra materiałami SB i dali ci kopa w górę, czyli odsunęli od roboty. Na boczny tor! Teraz przeczekasz kilka miesięcy i emeryturka z lepszego stanowiska.

– I dobrze! Wzmacniaj to. – poleciłem Wiktorowi – A Mateuszowi powiedz, że wolałbym nie być zaskakiwany i nie tak łatwo mnie kupić.

– Cześć! – pożegnał się Wiktor – Pozdrów chłopaków i wypijcie za moje zdrowie.

– Nie omieszkamy. – rozłączyłem się.

Włączyłem Nokię i wybrałem z książki adresowej jedyny, figurujący w niej kontakt. Za chwilę usłyszałem głos Yvety:

– Nareszcie! Cześć Piotruś? Kochasz mnie jeszcze?

– Jak cholera! – zaśmiałem się – Przecież wiesz!

– Wiem, ale chcę usłyszeć!

– Kocham! – powiedziałem – Co u ciebie?

– Jestem skonana. Moje szefostwo przyjeżdża w środę i musiałam ustawiać wszystkie spotkania. Z twoim szefem, w wywiadzie, z ministrem. Jutro to samo!

– Biedulka! Odpocznij więc, wyśpij się. W piątek będę. U mnie też się zmieniło.

– Co? – jej głos zadrżał.

– Powiem ci w piątek. To nas nie dotyczy. Służbowe sprawy. Trochę inaczej to pójdzie, ale zwiększa szansę. W każdym razie nie wywalą mnie.

– To dobrze, Piotruś. Gdzie jesteś? Pada u ciebie?

– Nie. Odkręciłem kran. Jestem w hotelu w Rzeszowie.

– Pewnie koledzy przyjdą! Uważaj na siebie i nie narozrabiajcie za mocno.

– Za mocno to nie, ale trochę. Spokojnie! Nie idę na miasto. Będziemy w hotelu.

– Tylko żadnych panienek! Nawet Jennifer! – udawała powagę.

– Z Jennifer wziąłem przecież rozwód, a z tym drugim ciężko będzie!

– Jak to ciężko!

– Wiesz, wierność mężczyzny jest odwrotnie proporcjonalna do odległości od domu. Poza tym faceci nie są egoistami i chętniej dzielą się niż kobiety. – roześmiałem się.

– Ciekawa filozofia! Kobiet ona nie dotyczy czasem?

– A gdzież tam? Kobiety mają dbać o ognisko domowe i pokornie słuchać mężczyzn.

– Zobaczymy! – roześmieliśmy się oboje.

– Dobranoc, kochanie. – powiedziałem – Muszę kończyć. Jutro dzwonię.

– Dobranoc, kochanie – usłyszałem – Do jutra. Przynajmniej posłucham sobie ciebie.

Rozłączyłem się, zakręciłem kran i wróciłem do moich gości. Właśnie opróżniali mini bar.

– Macie przecież wódkę! – stwierdziłem – Kto zapłaci za to? – wskazałem na puste „małpki”.

– Ty! – zdecydował Roman – Pułkownikom rozliczą.

– Podpułkownikom. – sprecyzowałem i rozlałem resztę „Luksusowej” do szklanek. – Idziemy coś zjeść.

Wypiliśmy i zeszliśmy do hotelowej restauracji, dość pustej. W rogu siedziała Małgorzatka z dwiema panienkami. Ukłoniła się nam, a mnie szczególnie. Dwa lata temu podeszła do nas, przedstawiła się w następujący sposób: „Panowie, jestem Małgorzatka. Jestem kurwa, ale patriotka” i poprosiła, byśmy zrobili coś z tymi Ukraińcami, którzy wywalają „polskie dziwki z hotelu”. Obiecałem jej wtedy, że zrobimy i zrobiliśmy. Niestety, ukraińskie agencje towarzyskie nie były priorytetem UOP i Małgorzatka zwijała swój interes. Nie miała do nas o to pretensji, bo dobrze znała politykę. Widocznie obsłużyła wielu politologów.

– Taak! – Łukasz skomentował tą historyjkę, opowiedzianą mu przed chwilą przez Romana – W Polsce zawsze patrioci przegrywają. Nawet kurwy.

– Coś ty? – żachnął się Roman – Kurwy wygrywają!

– Ale nie patriotki! – smutno skonkludował Grządek.

Roześmieliśmy się wszyscy. Dziwnie smutno i sarkastycznie zabrzmiał ten śmiech. Zamówiliśmy po dużej golonce i litr „Wyborowej”. Jedliśmy i piliśmy, plotkując o pracy i o układach. Rzeszowianie skarżyli się na brak zrozumienia w centrali.

– Tylko z tobą dało się coś załatwić! – perorował Roman – A teraz? Ty idziesz w jakieś dziwne klimaty i kto nam pomoże przepchnąć prawdziwe sprawy, a nie wydumane? Kierownictwo boi się drażnić Ukrów, a oni robią tu, co chcą.

– Inwestują we wszystkie partie! – wtrącił Łukasz.  – Za nimi widać Radzianów. Nikogo to jednak nie interesuje. Najważniejsza jest ilość ucholi! Nie ważne czy nadają się do czegoś, byle ich było dużo. To wszystko, to jedno wielkie gówno, a nie daj Boże ruszyć polityków! Natychmiast mówią o prowokacji!

– Tobie przynajmniej nie zarzucają przyzwyczajeń z SB. – poskarżył się Roman.

– Dajcie spokój! – przerwałem te narzekania – I tak nic nie zmienimy, więc pijmy, póki mamy jeszcze wątroby!

– O! I to jest słuszne! – ucieszył się Łukasz – Powiedz, co tam z tobą? Dzisiaj, jak przyszła depesza, wszyscy myśleli, że na jakąś kontrolę przyjeżdżasz.

– Jaką kontrolę? – zaprzeczyłem – To jest tak zwana neutralizacja poprzez awansowanie na boczny tor. To tak, jak byś został szefem dróżników, bez personelu i to na zlikwidowanej stacji, do której nic nie dojeżdża, bo złomiarze ukradli tory i zwrotnice. Potrzymają mnie na boku, dali awans i podwyżkę, bym nie rozrabiał, nie dopuszczą do prawdziwej pracy pod pretekstem jakichś nikomu niepotrzebnych analiz i za pół roku, rok wypierdzielą na emeryturę.

Nie wiem, czy uwierzyli, ale wydaje mi się, że tak. Przynajmniej Roman. Widział wiele takich przypadków w firmie. W poprzednim okresie i obecnie. Pewne tańce są zawsze modne.

–  Po co ci ten zgrany uchol? – zapytał Roman.

– Operacja „Ping Pong”. -powiedziałem.

– Jaka operacja?! – zdziwili się obaj.

– Zbieram niepotrzebnych, wypalonych ucholi i będę podstawiał ich pod konsulaty i ruską ambasadę. Tak ze dwóch na tydzień. Rezydentury dostaną szału i pogonią każdego, a w tym i autentycznych. – rzeczywiście napisałem plan takiej operacji i leżał sobie gdzieś u szefów, czekając na zatwierdzenie, a teraz stanowił dobrą legendę.

– Ty to masz pomysły! – powiedział Łukasz i piliśmy dalej.

– Przyślijcie po mnie jutro samochód o dziesiątej? – poprosiłem – Sam nie chcę jechać, bo jeszcze będę miał w sobie wódę. Umów mi, Roman, tego faceta na środę. Pojadę do Mielca do niego. Jutro zapoznam się z kwitami, a w środę spotkam z nim. Gdzieś tak około dwunastej.

– Wrócisz w środę do Rzeszowa? – spytał Roman.

– Nie! Pojadę potem do Opola.

– To Łukasz z tobą pojedzie. On jest z Mielca, to sobie rodzinę odwiedzi. Zna tego faceta.

Zamówiliśmy jeszcze pół litra, wypiliśmy i zakończyliśmy imprezę. Była godzina druga w nocy. Wróciłem do pokoju, włączyłem Nokię i zobaczyłem sms. Rozjeżdżały mi się litery i cyfry, Zebrałem się w sobie i odczytałem. Yveta wysłała dwadzieścia minut temu pytanie” „Śpisz?”. „Ytakk.” – odpisałem z trudem odnajdując odpowiednie klawisze. ‘To czego odpowiadasz, skoro śpisz?”. „dorbsanockchanie” – wyszło mi, więc poprawiłem: „kochane” i znów źle. „Śpij już, pijaku1 Hahaha!” przyszło, a potem „Ja też cię kocham”.  Coś napisałem i walnąłem się na łóżko. Zasnąłem natychmiast.

Obudziłem się około ósmej rano. Na Nokii był znowu sms; „Co to znaczy brxzge-,;12?”. Przewinąłem i rzeczywiście coś takiego mi się wysłało. „Nie wiem! Palce mam za duże do tej klawiatury!” – odpisałem. „Lecę do pracy! Miłego dnia i …wiesz co?”. „Wiem i ja też. Do wieczora. Zadzwonię około siódmej.”.

Umyłem się, zjadłem śniadanie, a o dziesiątej podjechał po mnie samochód z delegatury. Minął kwadrans i siedziałem przy kawie w gabinecie Romana, który pocieszał się dodatkowo wodą z cytryną.

Przyszedł Łukasz ze sprawą. Zacząłem ją przeglądać. Kilka razy zadawałem pytania, dotyczące niektórych dokumentów. Prawdę mówiąc, udawałem zainteresowanie, bo w końcu okazało się, że źródło jest tu najmniej ważne, ale o tym wiem tylko ja, Wiktor, Mateusz oraz minister. Pewnie do tego grona dołączy jeszcze dwoje lub troje Czechów, jeśli wprowadzą Batora. To i tak za dużo. Niestety, inaczej się nie da. Na końcu poprosiłem o przesłanie akt do centrali bezpośrednio na Mateusza. Roman zdziwił się trochę, ale nic nie powiedział. Na ogół takie materiały szły na naczelnika.

Potem poszliśmy do Stefańskiego na krótką, kurtuazyjną wizytę. Prosił Romana, by przyszedł ze mną, bo przecież nie spałby kilka nocy, gdyby gość z centrali ominął go. Pogratulował mi awansu, sprzedałem mu bajeczkę o „Ping Pongu”, poprosiłem o przesłanie akt do Mateusza i pożegnałem się z nim szybko. Wróciliśmy do wydziału. Umówiłem się z Łukaszem na następny dzień na dziewiątą w hotelu. Spotkanie umówili na dwunastą. Pożegnaliśmy się serdecznie z Romanem. „Dziś spokój! Żadnych imprez!” – stwierdziliśmy zgodnie i wyszedłem z delegatury. Chcieli mnie odwieźć, ale uparłem się, że pójdę sam. Potrzebowałem spaceru, bo czekały mnie dwa ciężkie dni i to praktycznie całe w podróży. Jeśli chcę zdążyć na piątkowe popołudnie do Warszawy, to muszę zarwać dwie nocki, czyli dziś powinienem się wyspać i zregenerować.

Szedłem i nie zwracałem uwagi na otoczenie. Myślałem o tym wszystkim. O sprawie, o ucholu, o Rosjanach, o Rakowieckiej, o Chralu, o 1987 roku i oczywiście o Yvecie. Po drodze zjadłem obiad w jakiejś knajpie. Nawet nie zwróciłem uwagi na to, co jem. Pić nie chciałem. Chciałem być trzeźwy, chciałem zdążyć na piątek. Musiałem zdążyć na piątek. Musiałem być w Warszawie w piątek późnym popołudniem.

W hotelu byłem około siódmej. Od razu poszedłem do pokoju. Włączyłem Nokię. Pusto. Zadzwoniłem do Yvety. Nie odbierała. Zacząłem oglądać jakieś filmy w TV. Do dziesiątej dzwoniłem i esemesowałem co pół godziny. Nie odbierała. Trochę zaniepokoiłem się, ale przypomniałem sobie, że ma kupę roboty z delegacją swojego szefa, a także obowiązki dyplomatyczne. Pewnie nie może odebrać. Na wszelki wypadek nie wyłączałem telefonu. Zasnąłem koło dwunastej, a około drugiej obudził mnie „Nokia tune”. Odebrałem i usłyszałem lejącą się wodę i głos Yvety.

– Przepraszam, Piotruś. Nie mogłam wcześniej nawet odebrać. Ojciec przyjechał dziś i uparł się spać u mnie. Gadał i gadał i dopiero teraz mogę rozmawiać.

– I to w łazience! – zaśmiałem się.

– Uczę się od ciebie.

– Czyli co? – westchnąłem – Tylko ojciec gadał, bo coś mi się wydaje, że ty też.

– No wiesz! Zaraz się obrażę! Nie jestem gaduła!

– Nie jesteś, kochanie, nie jesteś. Mówiłaś mu?

– No…wiesz…- westchnęła.

– To znaczy, że mu powiedziałaś? – nie dawałem jej spokoju.

– Na okrągło!

– Jak? – zaśmiałem się.

– No, tak, nie wprost, ale…

– To znaczy, że mu powiedziałaś! – pękałem ze śmiechu.

– Nie! Nie! Żadnych szczegółów! Raczej odebrał to jako moje…zauroczenie.

– I co powiedział?

– Malé děti, malé starosti, velké děti, velké starosti.

– Co?!

– Ach nic! Kup sobie słownik! – trochę udawała irytację.

– No już dobrze! Już dobrze. – powiedziałem miękko – Idź spać już. Czeka cię ciężki dzień.

– Ciężki i cały z ojcem. Potem przyjęcie na jego cześć w ambasadzie. Na szczęście jutro na noc jedzie, a piątek ty będziesz.

– Będę. Cześć! Śpij dobrze! Jutro postaram się zadzwonić. Ty też dzwoń. Nawet w środku nocy.

– Dobrze! – cmoknęła w słuchawkę i ja zrobiłem to samo.

Rozłączyliśmy się. Zasnąłem szybko. Obudziłem się o siódmej, zaesemesowałem do Yvety, odpowiedziała, że kocha, a o dziewiątej jechałem wraz z Łukaszem do Mielca. Spotkanie miało odbyć się w MK, które delegatura zorganizowała w jednym z bloków przy ul. Staffa. Było to małe, dwupokojowe mieszkanie. Jego właściciel wyjechał na jakiś kontrakt do Niemiec, a my korzystaliśmy z mieszkania od czasu do czasu „za czynsz i opłaty”. Rozejrzałem się w około. Typowe mieszkanie kontaktowe. Jak każde, jest świadkiem imprez, zdrad małżeńskich i wielu ciekawych rozmów.

Informator pseudonim „Rotor” przyszedł punktualnie. Zawsze zastanawiałem się nad tym, kto im zatwierdza te kryptonimy. Facet był inżynierem lotnictwa, specjalność – helikoptery, pracował w WSK Mielec przy śmigłowcach, a oni mu dali kryptonim „Rotor”! Ale konspiracja!

Łukasz wpuścił „Rotora” do mieszkania. Informator miał około 170 cm wzrostu, lekki „brzuszek”, wyglądał na swoje 36 lat. Z teczki zapamiętałem, że ma żonę, która straciła pracę także w WSK i dwoje dzieci w wieku sześć i 12 lat. Żona też była inżynierem. Pracowała w biurze projektowym i dotknęły ją ostatnie redukcje. On utrzymał się, bo wszedł w związki zawodowe, które na razie dały radę obronić go przed zwolnieniem. Nie na długo. Robił przy ruskich maszynach i jego wiedza dotyczyła sprzętu byłego ZSRR, a teraz wchodzić mają Amerykanie ze swoją technologią i swoimi ludźmi. Rosjanie interesowali się zakładami, lecz nasz informator nie miał żadnych kontaktów z nimi. Zwerbował go Roman od razu po powstaniu UOP. Od trzech lat jednak „Rotor” nie miał do czynienia ze sprawami istotnymi dla zakładu. Jeden przymusowy urlop, drugi, jakieś pozorne prace. Wszystko zamierało. Dwa lata temu zawieszono z nim współpracę i sprawę położono na dnie szafy. Dopiero ja ją „wskrzesiłem”, a z nią informatora.

– To jest Andrzej Marciniuk. – przedstawił nas sobie Łukasz – To jest pułkownik Wilamowski, który ma dla ciebie propozycję i odtąd tylko on będzie ciebie kontaktował.

– Miło mi! – podałem mu rękę – Pan usiądzie i poprosimy Łukasza o jakąś kawę lub herbatę.

Grządek poszedł do kuchni. Przez chwilę porozmawiałem z „Rotorem” o Mielcu, jak się teraz w mieście żyje, o bezrobociu, o bankructwach zakładów. Gdy wrócił Łukasz ze szklankami i usiadł z nami, powiedziałem do naszego gościa:

– Panie Andrzeju, niech pan opowie mi o sobie, o swojej rodzinie, o tym co teraz pan robi.

Przez następne pół godziny „Rotor” opowiadał. W każdej takiej rozmowie najważniejsze jest słuchanie człowieka. Nie ważne czy go lubisz, czy nie, czy skręca cię wewnątrz z obrzydzenia, musisz sprawiać wrażenie, że słuchasz, że interesuje cię to, co mówi, potakiwać, wzdychać wraz nim, współczuć i przyznawać rację. Wszystko po to, by wyłapać jedynie te fragmenty, które cię interesują, dla których zwerbowałeś twojego rozmówcę. Potem dasz mu zadania i do następnego razu. Musisz tylko pilnować, by nie wykazał zbytniej inicjatywy i nie uznał się za lepszego od ciebie. Kilkoma celnymi uwagami, zimnymi i czasem okrutnymi sprowadzasz go na ziemię, a potem wracasz do roli cierpliwego słuchacza. Jeśli grozisz, to robisz to wyjątkowo uprzejmie, lodowato uprzejmie z okrutnym uśmiechem na ustach. Mówisz wolno, cedzisz słowa, akcentujesz i widzisz, że im bardziej jesteś uprzejmy, tym większy strach wzbudzasz. Ludzie nie boją się bólu. Ludzie boją się zapowiedzi bólu i konsekwencji.

W tym przypadku nie potrzebowałem żadnych sztuczek. Słuchałem tylko, bo chodziło mi o coś zupełnie innego. Nie interesowała mnie treść, ale sposób w jaki mówił. Obserwowałem go i oceniałem stopień frustracji, który dla Rosjan będzie usprawiedliwieniem jego kroku.

– Ciężko jest, panie Andrzeju! – westchnąłem, gdy skończył – Ale od czego są stare znajomości? Chcę panu trochę pomóc.

– WSK…- zaczął.

– Nie, nie! – przerwałem – Pracy panu nie załatwimy. Jakby to zresztą wyglądało? Chce pan być człowiekiem wsadzonym przez UOP?

– Oczywiście, że nie! – żachnął się.

– Właśnie! Jest inny sposób i za to otrzyma pan niezłe wynagrodzenie. Zrobi pan coś dla nas, a my zapłacimy i odwdzięczymy się tak, by zostało to tylko między nami.

– Co mam zrobić? – zapytał nerwowo.

– Spokojnie. – uśmiechnąłem się – Nic złego, a dla Polski bardzo wartościowego. I dla pana też.

– No, cieszę się, że mogę coś dla kraju zrobić! – powiedział uroczystym tonem. – Co mam zrobić?

Najciekawsze jest to, że przed chwilą nie zostawił suchej nitki na kraju, na władzy, na rodakach, a teraz okazuje się być patriotą, szczególnie gdy usłyszał o pieniądzach.

– Dowie się pan w swoim czasie. – odpowiedziałem zimno i zdecydowanie – na razie musi pan wziąć urlop z pracy na przyszły tydzień. Będzie z tym kłopot?

– Ach! Gdzie tam! Ucieszą się jeszcze, bo i tak nie mamy co robić. Wszystko sprzedali już, sk…bandyci! – poprawił się.

– Dobrze! W poniedziałek…Nie! We wtorek, nie lubię zaczynać od poniedziałku – „Rotor” i Łukasz uśmiechnęli się jednocześnie na znak zgody – We wtorek przyjedzie pan do Warszawy na cztery dni. Wtedy pogadamy i nauczymy pana czegoś przy okazji.

– Ale ja…- nie wiedział, jak to powiedzieć, a ja chciałem, by sam poprosił – Wie pan, jestem patriotą, lecz…nie stać mnie na taką podróż. Wie pan, żona, dzieci…Gdyby pan dał mi na podróż i trochę dla żony, to jestem od razu w stolicy.

– Ach! – udałem roztargnionego – Oczywiście!

Podszedłem do swojej kurtki i wyjąłem z wewnętrznej kieszeni grubą kopertę i podałem mu. Łukasz patrzył na mnie z podziwem. „Roztargnienie” podkreślało moją pozycję oraz wagę spraw, które wykonuję dla państwa. „Rotor” uznał, że też może być częścią tego. Nawet nie spodziewał się w jakim przedstawieniu będzie uczestniczyć.

– To dla pana! – podałem mu kopertę – Proszę przeliczyć.

Liczył dwukrotnie. Trzy tysiące było dla niego liczbą, której nie widział w jednym pakiecie od dawna. Chciał schować pieniądze, lecz przytrzymałem plik na stole.

– Spokojnie. – powiedziałem – Najpierw pokwitowanie.

Skinąłem na Łukasza, który podał Marciniukowi kartkę papieru i długopis. „Rotor” pisał pod moje dyktando.

– Mielec, dzisiejsza data, pokwitowanie. Niniejszym kwituję odbiór od podpułkownika Piotra Wilamowskiego kwoty trzech tysięcy złotych, słownie, tytułem zaliczki na koszty oraz wynagrodzenie za działania, które podejmę na polecenie Zarządu Kontrwywiadu UOP. Proszę podpisać imieniem i nazwiskiem, pod spodem pseudonim i własnoręczny podpis.

Podpisał i podał mi kartkę, a ja włożyłem pieniądze z powrotem do koperty i dałem mu ją. Odetchnął z wyraźną ulgą.

– Połowę da pan żonie – mówiłem wyjątkowo uprzejmym tonem z uśmiechem na ustach, lecz zwęziłem oczy w szparki, tak, by kontrastowały z pozorną uprzejmością i sprawiały, że i uśmiech, i słowa zabrzmiały lodowato – Powie jej pan, że prywatna pracownia projektująca silniki lotnicze, zwróciła się do pana o konsultacje. Gdyby pytała o szczegóły, proszę wyjaśnić, że powstała po reorganizacji PZL w Warszawie i musi pan pojechać do stolicy na kilka dni. Szuka pan pracy, bo WSK pada. To normalne. Proszę zapamiętać: nikt, absolutnie nikt, nawet rodzina i przyjaciele nie może od tej pory wiedzieć o moim istnieniu i spotkaniach z panem. Nikt. Absolutnie nikt, inaczej sprawa będzie nieaktualna, a nas stać na stratę trzech tysięcy. Pana też stać?

– Nie, nie! – szybko zapewnił – Nikt się nie dowie, a żona jak zobaczy takie pieniądze, to o nic nie zapyta.

– No to na razie wszystko. – powiedziałem już normalnie i uprzejmie – We wtorek rano, pociąg przyjeżdża około dziewiątej, czekam na pana przy kasach na Dworcu Centralnym. Czekają pana pracowite dni. Proszę wziąć ze sobą telefon. Musi pan mieć kontakt z rodziną.

Wstałem i pożegnaliśmy się. „Rotor” wyszedł, a Łukasz zamknął za nim drzwi i zaczął zmywać szklanki. Zapaliłem.

– Popatrz! – przerwał ciszę Grządek – Nawet nie spytał o co chodzi. Gdybyś kazał mu zabić, sprzedać kolegów…

– Sprzedałby! Żonie da tysiąc, a resztę zostawi dla siebie. Uważa się za sprytnego i jest chciwy. Nawet nie wiesz, jak ludzie potrafią wytłumaczyć filozoficznie swoją chciwość. Nieważne. Taki mi potrzebny – powiedziałem to bardziej do swoich myśli.

– Piotrek! – przerwał mi rozmyślania Łukasz – Podwieziesz mnie na stację?

– Przecież miałeś zostać w Mielcu?

– Miałem, ale muszę być jutro rano w pracy. Rodzina poczeka.

– To jedziemy do Rzeszowa.

– Nie trzeba! Przecież masz jeszcze tyle kilometrów do zrobienia!

– To kilkadziesiąt więcej nie zrobi mi różnicy. Po drodze coś zjemy. Nie marudź. To polecenie służbowe.

– Tak jest, panie pułkowniku! – udał, że staje na baczność, ale widziałem, że docenił moją propozycję.

– Podpułkowniku – skorygowałem.

Przed wyjściem poprosiłem Łukasza o kopertę i taśmę. Wyjął je z jakiejś szuflady. Włożyłem pokwitowanie „Rotora” do koperty, zakleiłem, podpisałem się na „łączeniach” i zabezpieczyłem taśmą tak, by mój podpis był pod nią. Na kopercie napisałem: „Dyrektor Powała. Do rąk własnych.”

– Wyślijcie ją wraz z teczką. – poprosiłem i dałem kopertę Łukaszowi.

Wyszliśmy z MK i pojechaliśmy do Rzeszowa. Łukasz wpadł po drodze do delegatury, by zostawić dokument ode mnie, a potem pojechaliśmy na obiad. Do obiadu wypiliśmy po pięćdziesiątce i odwiozłem go na kolejne MK. To, w którym mieszkał. Było już po ósmej wieczorem, gdy wyruszyłem do Opola.

Zatrzymałem się za Dąbrową na stacji benzynowej. Usiadłem przy kawie i włączyłem Nokię. „Kochanie! Musiałam zostawić telefon w domu i lecieć z Chralem na przyjęcie. Nie wiem, kiedy wrócę. Kocham cię. Uważaj na siebie”. Zauważyłem, że Yveta mówiła o swoim ojcu „Chral”, gdy występowała jako jego podwładna. „Ciekawy sposób na rozłączenie spraw prywatnych i służbowych.” – pomyślałem i przypomniałem sobie, że ja też o niej mówię „Chralova” do swoich szefów. Paranoja! „Nie martw się kochanie. Rozumiem. Miłej zabawy w dyplomację. Kocham cię.” – napisałem. Schowałem telefon, wypiłem jeszcze jedną kawę i ruszyłem dalej. Była dwunasta. Siedziałem na tej stacji prawie godzinę.

Koło trzeciej w nocy zadzwoniła Nokia. Zwolniłem i odebrałem:

– Cześć, kochany. – usłyszałem w słuchawce smutny głos Yvety. – Przepraszam, że cię budzę.

– Cześć! Nie obudziłaś mnie. Jadę. Co się stało!

– Pokłóciłam się z ojcem!

– O co!

– Chral każe mi jechać z sobą do BIS na dwa dni. Wyjeżdżamy w czwartek na noc! Nie chcę! Piątek mamy się wreszcie spotkać! – brzmiała jak dziewczynka, której rodzice każą odrobić lekcje.

– Musisz. To twój przełożony.

– Ty też? – słyszałem, że prawie płakała ze złości.

– Kochanie! – uspakajałem ją – Wrócisz w sobotę. Przyjadę po ciebie na dworzec.

– Ale ty będziesz w piątek! I ja też!

– Jak?

– Załatwię wszystko w piątek i polecę po południu samolotem! Będę koło siedemnastej w Warszawie.

– No widzisz? Szef ci rozliczy samolot?

– Chral nie ma nic do gadania. Nie odezwę się do niego przez całą drogę do Pragi! Niech ma!

– Już dobrze! – zaśmiałem się – Idź spać. Jutro też macie chyba ciężki dzień.

– Idę z Chralem i ambasadorem do waszego premiera!

– To współczuję! – roześmieliśmy się razem.

– Muszę kończyć, bo zamknęłam się w łazience i ojciec się dobija.

– Na drugi raz nie tylko zamknij się w łazience, ale i odkręć jakiś kran. Chral pewnie wszystko słyszy!

– O! Następny fachowiec się znalazł! Zapomniałam.

– Nie szkodzi. – powiedziałem – Nie bierz tylko tego telefonu do Czech.

– Zobaczę, co zrobię! – była zła – Kocham cię i będę w piątek o siedemnastej na Okęciu.

– Też będę około siedemnastej, ale nie na lotnisku. Za dużo znajomych. Jedź od razu do domu. Będę czekał na Stawki.

– Kocham cię. Uważaj na siebie.

– Ty też uważaj. Do piątku, kochanie.

Rozłączyłem się i przyspieszyłem. Do Opola zostało mi jeszcze trochę drogi. Zdziwiło mnie wezwanie Yvety do centrali. Nie znałem przebiegu rozmów Chrala z ministrem i Powałą. Nic chyba nie zmienili? Pewnie ona też musi złożyć sprawozdanie i dokonać ustaleń ze swoimi. Rutyna. Jej upór, by wrócić za wszelką cenę w piątek sprawiał mi przyjemność. Pojadę na noc. Rano wszystko załatwię i jak wrócę nic już nie będzie mi zakłócać weekendu. Miałem nadzieję, że Yvecie też.

W Opolu byłem o piątej rano. Znalazłem parking strzeżony. Zaparkowałem, odsunąłem przednie siedzenie i zasnąłem. Musiałem przespać się ze dwie godziny. Nawet w takich warunkach. Spałem i widziałem różne dziwaczne obrazy. Chral, Powała, „Rotor” i przede wszystkim Yveta raz smutna, raz wesoła. Wszyscy byli statyczni i milczący. Denerwowało mnie to milczenie i rozległ się hałas, który zamienił się w „Telegraph Road”, przerwanym przez sygnał przychodzącego SMS. Wróciłem do przytomności. Była siódma.

„Na złość mu przylecę w piątek!” – odczytałem.

„Myślałem, że dlatego, że mnie kochasz i tęsknisz”. – odpisałem.

„A dlaczego chcę mu zrobić na złość, mędrku?” – przyszło w odpowiedzi.

„Złość piękności szkodzi.” – odpisałem.

„I tak jestem piękna. Inaczej byś mnie nie pokochał!”

„Masz rację. Brzydkich nikt nie kocha. Dlatego istnieje chirurgia plastyczna.”

„Jaszczur z wypustką!”

„Jednozwojówka.”

„???”

„Ile zwojów ma człowiek w mózgu?”

„Nie wiem, ale dużo.”

„A kobieta?”

‘Coś sugerujesz?”

‘Muszę ci zrobić wykład na temat zwoju prostego.”

„Świnia!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! I tak cię kocham. Muszę kończyć.”

„Ja też. Nie złość się, bo mój premier będzie w niebezpieczeństwie.”

„Ha ha ha!”

„Nie napisałeś!” – przyszło, gdy miałem wyłączyć telefon.

„Kocham cię.” Wystukałem i wyłączyłem aparat.

Pojechałem na stację benzynową na kawę, a potem do delegatury.

Siedziałem w pokoju zastępcy, Irka Waszczyka, Przyszedł po roku 1990. Nieźle nam się pracowało razem. Zaczynał w wydziale kontrwywiadu, potem był naczelnikiem tego wydziału, w końcu został zastępcą, a właściwie szefem, bo nominalny szef, Pachucki, postanowił zrobić karierę polityczną i nie miał czasu na UOP. Obskakiwał posłów i ministrów, a w Warszawie praktycznie mieszkał. Z Irkiem szukaliśmy śladów po Ruskich z Brzegu i wyszło nam kilka ciekawych historii. Waszczyk wiedział, że nie zabieram dla siebie cudzych sukcesów, jak to często robili oficerowie centrali, i cenił mnie, mimo różnych losów w latach osiemdziesiątych. Radził się mnie też w wielu sprawach, bo był pewny, że nic nie „sprzedam” jako swoje. Piłem kolejną kawę i wciskałem ciemnotę o „bocznym torze”. Tu też doszła depesza i nasze spotkanie zaczęło się oczywiście od gratulacji i plot. Nie wiem, czy Irek uwierzył w moją legendę. Przypuszczałem, że nie, ale wiedział, iż moja wykładnia musi być uznana za prawdziwą. To kontrwywiad, a nie magiel i każdy wie tyle ile mu wolno wiedzieć. Nawet wśród dobrych kumpli są granice wtajemniczenia.

– Pamiętasz Rosjanina o nazwisku Sorokin? – spytałem – Siergiej Siergiejewicz.

– Nie! – pokręcił głową Irek – U nas takiego nie było. Coś ci się kojarzy?

– Właśnie! Coś, tylko nie wiem co? Musimy zrobić wizję lokalną. – zażartowałem – Jedziemy do Brzegu.

– Zostaw samochód. Pojedziemy moim. – zaproponował Irek, a ja się zgodziłem. Zawsze będzie można zdrzemnąć się nawet na pół godziny.

Drogę do Brzegu przespałem. Kilka lat temu było tam lotnisko PGWAR, które mogło przyjąć bombowce strategiczne. Podobno kilka stało w pogotowiu w czasie „Able Archer” w roku 1983. Rosjanie w ogóle strzegli lotniska bardziej niż innych jednostek. Dla nas w 1991 i w 1992 było pewne, że coś tam mają ukrytego. Szukaliśmy i wtedy zwerbowaliśmy majora od nich. Budowlańca, który opowiedział nam o stacjach nasłuchowych i centrach łączności, sprzężonych z silosami na terenie Kaliningradu i Borne Sulinowo. Wszystko Rosjanie zdemontowali i wywieźli, jako sprzęt kontroli lotów. Ten werbunek zrobiłem z Irkiem, ale oddałem mu źródło. Dotąd był mi wdzięczny. Major wrócił do Rosji i czasem przyjeżdżał do Polski. Wtedy obsługiwał go Waszczyk. Nie pytałem go o to, co teraz robi Rosjanin. To już nie była moja sprawa, a zasady obowiązują.

Pomóż nam!

Więcej możecie Państwo przeczytać na stronie powieści w odcinkach pt. Sprawa kryptonim „Holub” czytaj TUTAJ.