Od piątku radiowe doniesienia z frontu, bo ….. zamknięte markety w niedzielę. Robimy zapasy mąki, cukru i soli. Świece i baniaki czystej wody. Skarpety, papier toaletowy i nauszniki. W piwnicy czynimy zakwas, w razie pogłębienia katastrofy trwającej ponad 24 godziny – smażymy naleśniki. Chowamy do lodówki. Znajdujemy cichy i bezpieczny kąt, bo 24 godziny bez marketowego powietrza, gwaru, widoku czerwonych promocji i kawałków „darmowej”, sztucznej kiełbasy z elektrycznej patelni serwowanej dla mało odpornych na marketingowe chwyty – może się skończyć wizyta w SOR.

Usiłujemy opanować przemożna chęć wyjścia z domu do samochodu i radosnego podążenia w znanym sobie od lat kierunku  do świątyni handlu. Walczymy z sobą, wielkopostnie opanowujemy chęć nakładzenia panu Dudzie po …. dudzie  Drżenie rąk, które nie dotykały promocyjnych ciuchów, musztardy i 20 kilometrów gumy do majtek – przejmują strachem.

Jak przetrwać? Może politycy pomogą??

Normalnie, to nic ich nie obchodzimy, bo zajmują się walką o władze lub utrzymaniem jej profitów, ale teraz? – teraz, to nas kochają, dbają o nas, o nasz zespół marketowego odstawienia, walczą jak lwy, żebyśmy zobaczyli wystawy z butami, promocyjne maszynki do golenia, obłędne koszulki przecenione z 50 zeta na 40 zeta, a kosztujące realnie 10 zeta, bo taką mają jakość….. Nie szkolnictwo jest ważne, nie opieka zdrowotna, nie ekologia, energetyka, drogi i niskie podatki, uporządkowanie VAT-u, zmniejszenie haraczu ZUS-u, nie! To nieistotne  ważne, żeby traktowani jak matoły Polacy myśleli, że najważniejszą dla nich sprawą, najważniejszym problemem państwowym, czymś bez czego nie istnieje nasz byt narodowy, a dochód narodowy rozsypuje się w proch – jest to, żebyśmy kupili w niedzielę majtki w promocji pakowane po 3 pary, ale za to w 2 kolorach.

Jak przeraźliwie jasno wyszło z naszych polityków to, jak nisko nas cenią: nie potrafimy sobie tak zorganizować czasu, by w piątek lub sobotę zrobić niezbędne zakupy? A w niedzielę dać zarobić małym, polskim firmowo, rodzinnym, płacącym podatki w Polsce, zatrudniającym, dającym utrzymanie własnym rodzinom i rodzinom pracowników?

Pójdziemy do kina, teatru, na koncert. Zjemy obiad w parku, nad rzeką, zatrzymamy się w przydrożnej gospodzie. Zwiedzimy stary klasztor, cuda techniki, dawno nieoglądane muzeum, na które nigdy jakoś nie mieliśmy czasu. Zobaczymy świat jakże różny od wystaw sklepowych, przymierzalni, kolejek przy kasie, wątpliwych promocji i okazji. Ale realny.

Fot. Zbigniew Kozłow