W dolinie Sanu wiosna 1946 roku przyszła z opóźnieniem. Śnieg długo trzymał się w górach, potoki niosły spienioną brudną wodę, a pola i drogi rozpłynęły się w błotnistej brei . Mimo tych warunków z Tyrawy Solnej wyruszył oddział Wojska Polskiego – niespełna trzydziestu ludzi z karabinami, rkm-ami i bronią maszynową. Szli bez ubezpieczenia, przekonani, że w tej okolicy nic im nie grozi.
Kolumnę prowadził młody chorąży. Za nim, jeden za drugim, maszerowali żołnierze zaprawieni w bojach, nieświadomi, że każdy kolejny krok zbliża ich do zasadzki. Z przeciwległego brzegu rzeki obserwował ich miejscowy chłop pilnujący konia. Zapamiętał ten marsz dokładnie – później mówił, że był to obraz ciszy przed burzą.
Ulucz, przyczajony w zakolu Sanu, sprawiał wrażenie pogrążonego we śnie. Pozory myliły. W części wsi zwanej Kątem stacjonował kureń UPA. Banderowcy wiedzieli o nadchodzącym oddziale i pozwolili mu wejść w głąb zabudowań, zamykając drogę odwrotu.
Wystarczyła chwila nieuwagi. Chorąży oddalił się od swoich ludzi. Z pobliskich zagród wypadło kilku mężczyzn – obezwładnili go. Nie padł ani jeden strzał. Kolumna jeszcze przez moment maszerowała dalej, nie wiedząc, że straciła dowódcę.
Dopiero rozpaczliwe znaki jednego z wieśniaków wzbudziły niepokój. Żołnierze zaczęli się cofać, lecz było już za późno. Z okien i zarośli posypały się serie.
Żołnierze nie dali ponieść się panice. Podpalili kilka budynków, by wprowadzić zamęt, i pod osłoną dymu rozpoczęli odwrót w stronę Witryłowa. Dowodzenie przejął sierżant. Wycofywali się skokami, osłaniając się nawzajem. Od strony Witryłowa odpowiedziała ogniem miejscowa samoobrona – karabiny maszynowe zagłuszyły strzały napastników. Większość żołnierzy zdołała ujść. Dwóch zginęło. Trzeci został odcięty i ukrył się w piwnicy starego, opuszczonego żydowskiego domu.
Po walce dzieci zbierające łuski zauważyły kryjówkę i powiadomiły banderowców. Pierwszy z nich zbliżył się do włazu. Żołnierz czekał – krótka seria zakończyła życie banderowca. Następny nie odważył się podejść. Wrzucano granaty. Dwa zostały odrzucone. Trzeci wybuchł w jego dłoni. Ranny, strzelał dalej jedną ręką, jakby samą determinacją próbował oszukać śmierć. W końcu zdecydowano się podpalić piwnicę. Do środka wrzucano płonące snopy słomy. Dym i ogień zakończyły walkę młodego żołnierza.
Ośmiu innym udało się przebić w stronę Dobrej. Widziano ich jeszcze w Hłomczy, gdy kierowali się ku Mrzygłodowi – wyczerpanych, umorusanych, lecz żywych.
Los pojmanego chorążego był inny. Zaprowadzono go na Krajniki, do domu Mikołaja Polańskiego. Zdarto z niego mundur, ubrano w łachmany, ręce skuto łańcuchem. Pędzono go przez wieś, a dzieci i młodzież biły go kijami. W lesie ślad po nim zaginął.
Kilka dni później do Ulucza przybyli jego rodzice. Przez pośrednika wysłali list z prośbą o uwolnienie syna. Odpowiedzi nie było.
Po rozbiciu sotni krążyła we wsi gorzka refleksja: gdyby polski oddział wziął zakładników, chorąży być może by przeżył.
Rodzice nie zaprzestali poszukiwań. Zwrócili się do Czerwonego Krzyża. W 1948 roku nadeszła wiadomość: „żyje, przebywa we Wrocławiu”. Nadzieja trwała krótko. Milicja zatrzymała ich i uniemożliwiła wyjazd. Okazało się, że dokumenty zamordowanego przejął jeden z dowódców UPA, próbując pod jego nazwiskiem rozpocząć nowe życie.
Ulucz milczy. San płynie.
Pamięć jednak nie znika – jeśli tylko ktoś zechce ją zachować.
Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz