– Chciałbym wystawiać tam, gdzie ludzie są wrażliwi na piękno, na sztukę. To ważne by móc, choć trochę, być zrozumianym i dobrze odbieranym – dla portalu Pressmania.pl mówi Tadeusz Bałakier.- Będąc w plenerze, staram się „wtopić” w przyrodę, być jej częścią. To zestrojenie z nią pozwala lepiej odkryć nową prawdę. Czasami trwa to chwilę i zaczynam malować. Czuję z nią wtedy nie do opisania silną więź. Bywa jednak, że potrzeba więcej czasu, by zrodził się pomysł na obraz.  W tym wszystkim trzeba mieć dużo pokory i cierpliwości – wyjaśnia Małgorzacie Kupiszewskiej

Małgorzata Kupiszewska: „Horyzont to miejsce spotkania nieba z ziemią to miejsce, gdzie łączy się myślenie z odczuciem, potrzeba istnienia z jego racją”. Wybiega Pan niekiedy poza horyzont?

Tadeusz Bałakier: – Owszem, wybiegam poza horyzont. Wybiegam w dwojaki sposób. Robię to, gdy wyjeżdżam.  Zmienia się wtedy przyroda, ukształtowanie terenu, architektura a niekiedy i światło, jego natężenie. Doświadczając wówczas zmian, bogactwa nowych wrażeń wracam ze świeżością spojrzenia na rodzimą przyrodę.  Wybiegam również poza horyzont czysto metafizycznie.  Dzieje się to podczas malowania. Oddaję duszę miejsca, nadaję głębszego sensu widzianego krajobrazu. Nie jest to odtworzenie natury, lecz nadawanie jej swoistego charakteru, myśli, głębszego, przenikającego spojrzenia.

W obrazach przyglądam się toni jeziora, przycumowanym łódkom w porcie, małym rzeczułkom, stróżkom źródlanym pod śniegiem, woda to pana żywioł?
Jest Pan żeglarzem?  

– Mimo,że mieszkam w regionie warmińsko-mazurskim nie jestem żeglarzem. Jestem malarzem, który czerpie natchnienie z tutejszego krajobrazu. Cechą charakterystyczną okolic, w których mieszkam, są liczne jeziora z dopływami – małymi rzeczułkami, stróżkami i potokami. Tu spędziłem dzieciństwo, potem lata młodzieńcze i w końcu po kilkuletniej przerwie osiadłem na stałe.  Woda była i jest dla mnie „zwierciadłem”, w którym podglądam przyrodę, jej zmienności, jej powtarzające się rytmy. W tafli wody widzę początek czy schyłek dnia, budzącą się wiosnę, mieniącą się kolorami jesień czy bogactwo różnorodnej zimowej bieli. Czasami te rytmy zaburzają kwitnące grążele, opadające liście. Niezmiennie jednak zauważa się życie – wschodzące, trwające, potem przemijające. Każda pora roku dostarcza innych wrażeń, nowych inspiracji i tematów do powstawania kolejnych obrazów.

„Inspiracją i miejscem pracy jest dla mnie plener i zmieniające się warunki zewnętrzne (np. światło) to one decydują o zmianie pierwotnej koncepcji” –  najpierw Pan robi zdjęcia czy ustawia od razu sztalugi?

– Jeśli temat mnie zaintryguje i są na to dobre warunki atmosferyczne, to maluję w plenerze. Innym razem robię szkice i fotografuję a obraz powstaje w pracowni. Bardzo ważnym czynnikiem, który ma wpływ na powstanie prac jest słońce. To ono daje bogactwo barw, cieni, refleksów, które wzbogacają krajobraz, czyniąc go interesującym tematem malarskim. W głównej jednak mierze o powstaniu obrazu decydują warunki pogodowe, pora dnia, pora roku, a potem to już nieustanne poszukiwania.

Powiedział Pan: „Staram się chaos rzeczywistości sprowadzić do równowagi, uzyskuję to dzięki horyzontowi, który jest wyznacznikiem harmonii”, dlatego tak rzadko maluje Pan górski pejzaż?

– Tak jak wcześniej wspomniałem Warmia i Mazury to moje dzieciństwo, lata późniejsze i obecne. W ten krajobraz całkowicie wrosłem. On mi dostarcza emocji i wzruszeń i z nim mam wiele wspomnień. Naturalne jest, więc to, że szukam tu równowagi i harmonii. Zapewne gdybym mieszkał w górach tam szukałbym horyzontu, który spełniłby podobną rolę.

Czy to oglądając krajobrazy Toskanii, czy weneckie klimaty, widać Pana otwarcie na naturę i pełne z nią zestrojenie. Jak długo przygląda się Pan krajobrazowi, by go poznać i oddać prawdę?

– Będąc w plenerze staram się „wtopić” w przyrodę, być jej częścią. To zestrojenie z nią pozwala lepiej odkryć nową prawdę. Czasami trwa to chwilę i zaczynam malować. Czuję z nią wtedy nie do opisania silną więź. Bywa jednak, że potrzeba więcej czasu, by zrodził się pomysł na obraz.  W tym wszystkim trzeba mieć dużo pokory i cierpliwości.

Fascynują Pana leśne dukty, brzozowe zagajniki, nastroje wieczorów w różnych porach roku – wszystkie zachwycają – cieniami na ścianach, strukturą śniegu w południe, oddanym światłem – są sztuką. Co to jest sztuka?

– Dla mnie sztuka to otwarcie się na naturę, bycie z nią, kontemplacja, malarska próba zapisania doświadczonych emocji: wzruszenie, nostalgia, zachwyt, radość, smutek, refleksja. Sztuka dla mnie to sposób wyrażania siebie, opowiadania o sobie.

Czy można młodych ludzi sztuki nauczyć?

– Myślę, że młodych ludzi należy uwrażliwiać na sztukę przez szerokorozumianą edukację (szkoła, koła zainteresowań, wystawy, publikacje, media). Niestety obecnie programy nauczania są bardzo ograniczone, co powoduje, iż młodzi ludzie nie są otwarci na sztukę, na kulturę. Wręcz jest im obojętna. Po prostu jej nie rozumieją, nie doświadczają. Nie mówiąc już o powszechnym konsumpcjonizmie, który przyćmiewa wartości kultury i sztuki.

Z niezwykłą umiejętnością oddaje Pan fragmenty starej architektury wiejskiej i jej skromne podwórka, przydomowe sady, wiejskie poletka, wydeptane dróżki, stare przydrożne drzewa i wiejski pejzaż. Nie lubi Pan zgiełku miasta?

– Zdecydowanie wolę ciszę wsi od zgiełku i hałasu wielkich miast. Na wsi odnajduję spokój ducha i inspiracje. A to pewnie jest niezbędne dla większości malarzy.

Według Pana „sztuka jest kształtem natury” – mnie brakuje w obrazach ludzi, zamyka się Pan tylko w krajobrazie. Dlaczego?

– Malując pejzaż jestem z nim „sam na sam” całkowicie się zatracam uzewnętrzniając siebie i swoje odczucia. Staram się maksymalnie na nim skoncentrować, wyzwalając swoje emocje. Patrząc na rozległy horyzont, zmienne niebo czy refleksy na wodzie nie szukam postaci ludzkich. Jeśli się już znajdują, to zlewają się z otoczeniem, stanowiąc integralną część krajobrazu.

Studiował Pan w Krakowie? Pod czyim okiem?

Początkowo studiowałem w Poznaniu, później przeniosłem się do Krakowa. Największy wpływ na moje malarstwo oraz największe na mnie wrażenie zrobił prof. Wojciech Sadley. Dzięki swojej kompetencji, szlachetności charakteru i wrażliwości na problemy studentów Profesor  stał się dla wielu, również i dla mnie ogromnym autorytetem.

Profesor Wojciech Sadley w młodości studiował wyższą szkołę muzyczną w klasie fortepianu. Czy pan wie, że 15-letni Wojtek malował postać Chrystusa w więzieniu i za pieniądze ze sprzedanych prac rodzice przygotowywali jedzenie więźniom lubelskiego Zamku, a on im zanosił? Bóg w Pana obrazach jest hojnym Twórcą, który kontempluje swoje dzieło tworzenia?

– Nie znałem szczegółów z życia profesora, choć wiedziałem, że ciężkie wojenne czasy przeżył w Lublinie. Wiem, że jest osobą głęboko religijną, stąd też często wynikają jego malarskie inspiracje. Ja malując przyrodę odnajduję niedoścignioną twórczość boską i chciałbym, żeby w moich obrazach było boskie błogosławieństwo.

Kto z młodopolskich twórców wywarł na Panu największe wrażenie? Jan Stanisławski czy ktoś jeszcze?

– Twórczość okresu Młodej Polski ciągle mnie inspiruje. Oprócz plenerowego malarstwa Jana Stanisławskiego, Józefa Chełmońskiego, Leona Wyczółkowskiego, Ferdynanda Ruszczyca, Wojciecha Weissa, Józefa Podkowińskiego podziwiam wielu innych malarzy. Twórczość ta jest bliska mojemu sercu i chyba już tak zostanie.

Gdyby miał Pan do wyboru galerie całego świata, gdzie chciałby Pan wystawić swoje prace?

 – Jak każdy malarz chciałbym wystawiać swoje prace i dzielić się z ludźmi zawartą w nich treścią i emocjami. Nie myślę w tej chwili o konkretnych miejscach czy galeriach wystawienniczych. Chciałbym wystawiać tam, gdzie ludzie są wrażliwi na piękno, na sztukę. To ważne by móc, choć trochę, być zrozumianym i dobrze odbieranym.

Dziękuję za rozmowę.

Strona na Facebook’u Tadeusz Bałakier (malarstwo) oraz strona autorska TUTAJ.