Wstaliśmy bardzo wcześnie rano. Po odebraniu suchego prowiantu w recepcji wszyscy zdyscyplinowani i gotowi o godz. 6 rano siedzieliśmy już w autokarze.

Do portu skąd odchodzą promy do Helsinek mieliśmy około 1 godz jazdy autokarem, spędziliśmy ten czas na modlitwie oraz na słuchaniu słów naszego przewodnika Andrzeja na temat naszego pobytu w Helsinkach stolicy Finlandii. Przez wieki państwo to było pod obcym panowaniem, od średniowiecza szwedzkim, a następnie ponad 100 lat pod rosyjskim. Niepodległość uzyskało w 1917 roku, po upadku władzy carskiej. Graniczy od zachodu ze Szwecją, od północy z Norwegią i od wschodu z Rosją. Członek Unii Europejskiej. 60% kraju pokrywają lasy a 10% stanowią wody.

Cel naszej podróży – Helsinki liczą 624 427 mieszkańców i są największym miastem w Finlandii, a z przylegającą do niej aglomeracją 1milion 400 tys. Są głównym ośrodkiem przemysłu, nauki, kultury i administracji.

O godz 8 byliśmy na pokładzie promu linii „Viking”. Podczas trwającej 2 i pół godziny podróży zjedliśmy w restauracji przepyszne śniadanie. Wybór potraw był bardzo duży. Nakładając potrawy wzięłam na talerz po kawałku śledzi, bo byłam ciekawa jak są one przyrządzane po fińsku. Zarówno w zaprawie korzennej jak i octowo-oliwnej różnią się smakiem od tych które sprzedawane są w Polsce. Po śniadaniu czas mijał szybko na rozmowach i spacerze po pokładzie wśród szumu fal, słońca, błękitnego nieba i szybujących nad głowami mew. Spacery nie trwały zbyt długo, bo mimo przepięknej pogody mocno wiało.

Gdy już przybiliśmy do brzegu musieliśmy trochę poczekać aż z promu wyjedzie nasz autokar którym mieliśmy się poruszać po mieście oraz na naszą fińską przewodniczkę Renatkę, Była to Polka mieszkająca od lat w Helsinkach, którą na długo zapamiętamy i to nie z tej najlepszej strony.

Helsinki to zielone miasto otoczone z trzech stron przez morze. Miasto parków i tysiąca wysp i wysepek ze stuletnimi willami. Jest nawet wyspa na której mieści się ogród zoologiczny. Finowie lubią spędzać czas i mieszkać w lasach z dala od gwaru. Lubią jazdę na rowerze dlatego nieczynny tor kolejowy biegnący przez środek miasta po usunięciu szyn przekształcili w ścieżkę rowerową.

Helsinki były niegdyś niewielką mieściną z drewnianą zabudową. Powoli burzono stare drewniane budynki i wznoszono nowe pod gusta cara Rosji. Nie wszystko wyburzono i zdarzają się jeszcze nieźle zachowane stare drewniane budowle.

Jadąc ulicami miasta podziwialiśmy z okien autokaru wielkie frachtowce stające w porcie, stare magazyny, przerobione na hotele, dawne więzienie będące teraz luksusowym hotelem oraz secesyjne kamienice.

Przemieszczając się wzdłuż Zatoki Fińskiej w pewnym momencie zobaczyliśmy grupki ludzi którzy na specjalnych stołach prali dywany. Przewodnik Andrzej wyjaśnił nam że, praktykowany tu jest zwyczaj wspólnego prania dywanów nad zatoką w specjalnie przeznaczonych do tego miejscach. Całe rodziny i ich znajomi uczestniczą w tym rytuale, bo jest okazja do wspólnej rozmowy i zabawy. Jest to taka miejscowa tradycja, ale nie jedyna.

Również do tradycji należy uroczyste obchodzenie Johannusa, najdłuższego dnia w roku który przypada 24 czerwca. Mieszkańcy stolicy, a zwłaszcza młodzież urządzają wtedy gry, zabawy i ogniska na placu przed pomnikiem nimfy morskiej Amandy (kiedyś zwanej Havis Amanda).

Widzieliśmy gmach Parlamentu i Filharmonii w której scena jest pośrodku widowni. Mieliśmy szczęście, bo nie było prób i sala była otwarta. Patrząc na nią zastanawiałam się jak odbiera się muzykę podczas koncertu przy tak usytuowanej orkiestrze.

Następnie udaliśmy się do temppeliaukion kirkko – luterańskiego kościoła wykutego w skale, potocznie nazywanym kamiennym kościołem. Nie jest starym obiektem, bo został otwarty w 1969 r. Chociaż już raz byłam tu w 2014 roku z wielkim zainteresowaniem obejrzałam go ponownie, ponieważ ma swój specyficzny urok i klimat. Po raz kolejny podziwiałam sufit w kształcie kopuły wykonanej z 22 kilometrów miedzianego drutu ułożonego spiralnie. Jest on tak skonstruowany, że przenika przez niego światło słoneczne, oświetlając kamienne wnętrze. Kościół wykorzystywany jest nie tylko do nabożeństw. Dzięki wspaniałej akustyce odbywają się w nim również koncerty. Będąc w nim widzieliśmy pianistkę przygotowującą się do gry na pianinie. Obiekt cieszy się dużą popularnością wśród turystów bowiem rocznie odwiedza go ponad pół miliona turystów.

Cieniem na jego oryginalność łoży się ostrzeżenie, by pilnować aparatów, komórek i torebek bowiem często dochodzi w nim do bezczelnych kradzieży. Mieliśmy szczęście bo nikogo z nas nie oskubano.

Ze względu na remont nie mogliśmy być na stadionie olimpijskim, na którym w 1952 roku odbywały się igrzyska olimpijskie. Zamiast zysków olimpiada przyniosła Finlandii same straty. W roku 2014 mieliśmy szczęście, bo byliśmy na wieży znajdującej się przy stadionie. Rozciągał się z niej wspaniały widok na panoramę miasta i Zatokę Fińską.

Nie mogliśmy podejść do pomnika Paavo Nurmi, fińskiego lekkoatlety, biegacza długodystansowego który znajduje się przy stadionie, bowiem był na terenie objętym remontem. Widzieliśmy go tylko z okien autobusu.

Minęliśmy stadion i udaliśmy się do Parku Sibeliusa, w którym znajduje się pomnik sławnego kompozytora Jeana Sibeliusa (1865-1957). Pomnik został odsłonięty 7 września 1967. Składa się on z 600 pustych stalowych rur połączonych na kształt fali mającej symbolizować muzykę Sibeliusa. Wygląda bardzo abstrakcyjnie i oryginalnie.

Po gorącej debacie obok pomnika dodano jeszcze rzeźbiony wizerunek głowy kompozytora. Najbardziej znany jego utwór to „Finlandia” brzmi prawie jak hymn.

Następnie udaliśmy się pieszo nad brzeg jeziora, gdzie mieliśmy chwilę odpoczynku. Kto chciał mógł zakupić i spróbować fińskich lodów lub pospacerować białym mostkiem robiąc zdjęcia ptactwu wodnemu i podziwiając przyrodę.

Po chwili relaksu podjechaliśmy na mszę do kościoła pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, jednego z dwóch katolickich kościołów w mieście. Ponieważ przebywają tu polscy księża msze odbywają się w języku polskim.

Finlandia w 70% jest protestancka, 1% to prawosławni, 0,1% stanowią katolicy, reszta to świadkowie Jehowy. Kościół na zewnątrz i wewnątrz ma ciekawą nowoczesną formę i wspaniałe witraże.

Finlandia jest też w strefie euro i z krajów nadbałtyckich najlepiej wyszła na zmianie waluty. Średnia pensja to 3000 euro brutto, średnia emerytura to 40-50 % zarobków, w zależności od wysokości otrzymywanych poborów. Podatki są dość wysokie ok 27%.

Ma szeroko rozbudowany system socjalny. Bezrobotni są wspierani zasiłkami, a studenci bezzwrotnymi pożyczkami, pod warunkiem ukończenia studiów. Każda matka przed porodem dostaje prezent w postaci 250 euro na wyprawkę dla dziecka. Korzysta też z trzyletniego urlopu wychowawczego mając przy tym zagwarantowany powrót na swoje dawne miejsce pracy. Dzieci do 16 roku życia mają w szkole zagwarantowany darmowy posiłek, który spożywają podczas przerwy obiadowej między godziną 12 a 12,30. Latem odbywa się to często na świeżym powietrzu, w specjalnie wyznaczonych do tego miejscach.

Dalszy nasz program to przeprawa tramwajem wodnym na wyspę do twierdzy Suomenlinna, która zbudowana jest na sześciu wyspach położonych niedaleko brzegu. Miała bronić Helsinek od strony morza. W planie mieliśmy ją zwiedzić i pospacerować w otoczeniu pięknego krajobrazu.

Z powodu zbyt długiego pobytu na targowisku miejskim, gdzie nasza przewodniczka Renatka zachwalała prace malarskie swojej znajomej polskiej malarki nie wszystko udało zrealizować. Obrazy naszej rodaczki były bardzo ładne, ale drogie w przeliczeniu na złotówki. Niektórzy z nas kupowali ręcznie malowane tzw magnesiki na lodówkę tej samej autorki. Były również ładne, ale tańsze.

Na targowisku można było kupić wszystko, od owoców i warzyw po biżuterię, futra, noże fińskie, naczynia, rogi reniferów i inne ciekawostki. Tylko ceny były dla nas zaporowe. Uwagę przykuwał wysoki obelisk z dwugłowym carskim orłem na szczycie wzniesiony dla uczczenia cara Aleksandra II.

Z targowiska udaliśmy się na przystanek tramwaju wodnego. Rejs trwał około pół godziny. Po drodze można było obserwować ciekawe widoki, wysepki na których widać było ciekawe budynki, promy stojące w porcie i pozostałości murów twierdzy.

Renatka nasza przewodniczka(która przez cały czas nas dyscyplinowała) oświadczyła nam, że w związku z wyznaczonym czasem obiadu w restauracji w mieście, nie będziemy mieć dużo czasu na zwiedzanie wyspy i niektórych obiektów nie zdążymy zobaczyć. W związku z powyższym przemieszczanie się po wyspie przypominało galop.

Ci którzy chodzili szybciej zaszli dalej. Do nich należał mój mąż, który doszedł do miejsca, gdzie była wyciągnięta na brzeg łódź podwodna, jedyna jaką miała Finlandia w okresie międzywojennym. Jak mi opowiadał, to był zdziwiony jej małym rozmiarem. Za opłatą 8 euro wszedł do w środka. Był zaskoczony panującą w niej ciasnotą. Gdy patrzył na szczupłość miejsca, to zastanawiał się jak marynarze mogli na niej żyć i służyć.

Po powrocie z wyspy udaliśmy się na obiad w restauracji mieszczącej się na 6 piętrze pięknej secesyjnej kamienicy. Ponieważ winda była nieczynna, musieliśmy więc pokonać tę wysokość na nogach. W czasie jedzenia nasza przewodniczka Renatka bez przerwy dawała nam reprymendy, bowiem nie zachowaliśmy się tak jak ona tego oczekiwała. Po obiedzie pożegnaliśmy się z nią bez żalu i odetchnęliśmy z ulgą. Gdyby dłużej z nami przebywała byłaby skłócona chyba ze wszystkimi. No cóż,żeby pracować w firmie turystycznej trzeba mieć odpowiednie predyspozycje osobowościowe i niewątpliwie talent.

W pamięci miałam naszego przewodnika Holgera Fina szwedzkiego pochodzenia, człowieka pogodnego i sympatycznego, wielkiego przyjaciela Polski i Polaków, którego poznaliśmy w czasie naszego pobytu w Helsinkach w 2014 roku. Okazało się, że zarówno Renatka jak i Andrzej znali go dobrze. W dalszym ciągu oprowadza wycieczki, zwłaszcza polskie. Przekazaliśmy dla Niego nasze pozdrowienia.

Po obiedzie już nie spiesząc się wyruszyliśmy w towarzystwie naszego niezastąpionego Andrzeja na spacer ulicami Helsinek. Podziwialiśmy ciekawe stare secesyjne kamienice, nowoczesne centrum, dworzec kolejowy i bulwary. Zaskoczyło mnie to, że młodzieży siedzącej na trawnikach i pijącej piwo i wino przechodzący policjanci nie spisują i nie karzą mandatami jak to ma miejsce w Polsce.

Na jednej z ulic spotkaliśmy koncertujący zespół symfoniczny ze Słowacji. Grali tak pięknie, że postanowiliśmy zatrzymać się dłużej. Muzyka była tak porywająca, iż niektórzy z nas nie mogli się oprzeć żeby nie zatańczyć.

Po chwili relaksu udaliśmy się na dalsze zwiedzanie miasta. Podziwialiśmy wybudowaną w latach 1820-1850 katedrę na Placu Senackim która jest jednym z najlepiej rozpoznawanych obiektów miasta. Kościół był finansowany przez cara Rosji Mikołaja I (ok. 2,6 milionów rubli). Oficjalnie budowę zakończono dopiero w 1952 roku. Dzieje katedry były zawiłe, była wielokrotnie przebudowywana, a w 1959 r. stanęła w płomieniach, jednak dzięki grubym murom większość pamiątek nie uległa zniszczeniu. Do wejścia prowadzą wysokie schody. Są miejscem spotkań mieszkańców i turystów. Tradycją jest huczne obchodzenie tu Nowego Roku. Rocznie odwiedza ją ponad 350 000 ludzi. W 2014 roku byliśmy z mężem w środku katedry.

Przed katedrą znajduje się pomnik cara Aleksandra II. Postawiony został w roku 1863, w roku powstania styczniowego, bohaterskiego zrywu Polaków przeciw carskiemu panowaniu.
Dlaczego ktoś, kto był dla Polaków katem, dla innych jest osobą godną szacunku? Ponieważ Aleksander II, w roku 1863 przeprowadził reformy dające Finlandii trochę wolności. Finowie umieli skorzystać z reform Aleksandra II, który faktycznie pozwolił im na utworzenie własnego państwa w państwie rosyjskim. To właśnie za to wystawili mu monumentalny pomnik.

Ponieważ do czasu odpłynięcia promu do Tallina mieliśmy jeszcze sporo czasu, mogliśmy już nie spiesząc się spacerować po bulwarze, robić zdjęcia i słuchać muzyki, oraz oglądać występy fińskich zespołów muzyczno-tanecznych.

Wracając do autokaru, przeszliśmy ponownie przez targowisko, którego znaczna część po południu zmieniła się w giełdę starych samochodów. Różnorodność roczników, modeli, kształtów i kolorów była ogromna. Idąc między nimi co rusz ktoś z naszej grupy zatrzymywał się przy modelu który mu się podobał.

Powoli doszliśmy do autokaru który stał niedaleko karuzeli zwanej „diabelskim młynem”. Jest to rodzaj karuzeli obracającej się na poziomej osi. Główne elementy to zorientowane pionowo koło z przyczepionymi do jego obwodu gondolami. To tutaj widziałam po raz pierwszy wagoniki – jeden będący sauną a drugi dla VIP-ów.

Podróż powrotna promem do Tallina upłynęła nam na rozmowach i wizytach w sklepikach na pokładzie. Niektórzy z nas wychodzili na pokład ,aby obserwować zachód słońca na bezchmurnym niebie.

Wróciliśmy dość późno do hotelu, bo prawie po północy. Trzeba było szybko się spakować i położyć spać, ponieważ następnego ranka wyruszamy w drogę powrotną przez Łotwę do Druskiennik na Litwie.
Na Łotwie w miejscowości Rundale zwiedzać będziemy wspaniały barokowy pałac carski zwany Wersalem północy. Musimy pokonać trasę 750 km zanim zatrzymamy się na nocleg w Druskiennikach. Ale o tym już w następnej i zarazem ostatniej części mojej relacji.

Foto: Liliana i Zdzisław Borodziuk