Winien Państwu jestem słów kilka o książkach. W „Na żywca” wspomniałem coś o „Archiwum Mitrochina” i zostało to trochę opacznie zrozumiane. Wyjaśnię teraz co miałem na myśli, ale najpierw zacznę od siebie.

Największym zarzutem służb do mnie jest to, że nie konsultuję swoich publikacji z nimi. Zarzut ten sformułowano jeszcze za PO, ale trwa nadal, co usłyszałem w zeszłym tygodniu w Cafe Foksal przy piwie od znajomego. Tak! To prawda. Gdy zdecydowałem się ujawnić i pisać pod własnym nazwiskiem, to decyzja ta wiązała się z pełną konsekwencją i decyzją, że nikt nie będzie mi dyktował co mam pisać i jak mam pisać. Uznałem, że zamknąłem za sobą jeden etap życia i postanowiłem zostać „artystą” (noszę się zresztą jak podstarzały metalowiec). Wiem dobrze co powinno zostać tajne, a co jest śmieszne i kryje niekompetencje. Zawsze byłem odpowiedzialnym oficerem i na emeryturze mi to zostało. Marionetek jest wiele. Sam się nimi bawiłem, a ja nigdy marionetką nie będę. Moje książki, czy artykuły służby mogą sobie kupić, sam im mogę kupić, a jak nie chcą, to ich sprawa.

W ciągu swojej pracy zawodowej widziałem wielokrotnie w jaki sposób służby specjalne „piszą” książki lub wpływają na ich treść. W latach osiemdziesiątych Aleksander Makowski gonił z wydziału jednego „pisarza”, który przychodził z gabinetu szefa i marudził o materiały. W końcu Kiszczak i Pożoga kazali mu „pomóc”, więc „spuściliśmy go” do „leśnych dziadków”. Pod koniec mojej pracy w AW jeden z zastępców pokazywał mi teksty książek kolejnego pisarza, który przysyłał je zawsze do akceptacji i proszono go o uwzględnienie kilku tematów. To normalne w świecie służb i w każdym kraju. W 2010 roku, lub 2009, przed komisją sejmową ds służb, a właściwie dla tej komisji, której wtedy przewodniczył obecny wiceminister SW, napisałem na czym polegała manipulacja CIA w książce „Towarzysz J”. Informacje były prawdziwe, lecz część była jedynie interpretacją CIA, przeznaczoną na „rynek wewnętrzny” i związana z dyskusją na temat kierunku wschodniego, który był wówczas w USA „osłabiany”. Książka miała pokazać zagrożenie i udowodnić, że jest równie poważne, jak w czasach zimnej wojny.

Czy książki o służbach są manipulacją, czy zawierają prawdziwe informacje? Nie da się odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Peter Wright pisał prawdę i miał kłopoty w UK. Gordijewski pisał ewidentnie na zamówienie i pod kontrola MI6. Wielu autorów amerykańskich i polskich robi tak samo. Jest to związane z potrzebami operacyjnymi. W Polsce dochodzi jeszcze absolutny bałagan i samouwielbienie każdej służby mundurowej, zakochanej w „bondologii”. U nas trzeba jeszcze uwzględnić działania dezinformacyjne środowisk, które wpływ na służby straciły wraz ze stanowiskami.

Jest też jeszcze jeden aspekt: możliwość dekonspiracji i czynnik polityczny. Anglicy każdy fragment „Archiwum Mitrochina” konsultowali z parlamentem. My byliśmy chyba jedyną służbą, której pozwolono zdecydować co ma być opublikowane. Była to swoista „nagroda” za wspólne działania, które wyszły bardzo dobrze. Dostałem oryginalny tekst i przetłumaczyłem go. W książce ukazała się tylko jego część, a oryginał zabrano mi wraz z moim tłumaczeniem. Musimy też zrozumieć, że zbyt duża ilość informacji może zaszkodzić działaniom długofalowym, bądź zdekonspirować źródło. Często też, dziennikarze, patrzący na służby oczyma Ludluma (niektórzy szefowie też tak patrzą i to jest dopiero śmieszne!) są wdzięcznym obiektem manipulacji. Sami twierdzą, że manipulację wykryją, a nie widzą po jakim sznureczku są prowadzeni. Niektórzy nawet zdobywają „sławę”.

W książkach o służbach jest wiele faktografii i należy wierzyć w słowo pisane. Trzeba tylko dokładnie weryfikować zestawienie tych faktów i ich interpretację. To mogą być powieści „na zamówienie”, reportaże, książki takie, jak historia służb. Czasem wiele w nich propagandy. Jakiej? Przykład: w Londynie Gordijewski obraził się na mnie za jedno pytanie. Opowiadał jak wszechmocne i wszechwiedzące było KGB, jak niezwyciężone, a ja spokojnie spytałem: „Skoro tak, to ja się panu udało uciec?”. Gordijewski obraził się na mnie, Anglicy kopali mnie po kostkach, ale potem, na piwie…Przemilczmy.

Nie podważam sensu pisania. Poznałem kilku autorów, potrafię zorientować się w ich zależnościach od służb, ale są także i ci niezależni. Mało ich i często już nie żyją. Zaraz ktoś powie, że i ja piszę „na zamówienie”. Na swoją obronę mam jedynie moje słowo i to, że nie ma mnie na półkach w EMPiK, czy Matrasie lub w ogóle w dużych księgarniach. To cena niezależności. Nienawiść szefów służb też.Zresztą…może moje książki są złe?

Pamiętajcie! W gabinecie luster najważniejsze jest to lustro, od którego wszystko się zaczyna. Liczy się kontekst, który warunkuje treść.