PiS znalazł się dziś w momencie, którego wielu działaczy jeszcze dwa lata temu nie chciało dostrzec. Coraz wyraźniej widać, że partia przestaje mówić jednym głosem. Jarosław Kaczyński próbuje utrzymać dotychczasowy model przywództwa, Mateusz Morawiecki buduje własne zaplecze polityczne, a Przemysław Czarnek reprezentuje nurt domagający się wyraźniejszego zwrotu ideowego. To już nie są różnice charakterów. To spór o przyszłość największej partii polskiej prawicy.
Źródła tego kryzysu nie trzeba jednak szukać w ostatnich tygodniach. Zaczęły się po wyborach w 2023 roku. To właśnie wtedy zabrakło uczciwego rozliczenia błędów, odwagi do wyciągnięcia wniosków i odpowiedzi na pytanie, dlaczego miliony wyborców odwróciły się od PiS. Zamiast refleksji pojawiło się przekonanie o własnej nieomylności.
Każdy, kto próbował wskazać błędy poprzedniego rządu, często spotykał się z wrogością. Dotyczyło to nie tylko części działaczy, ale także najbardziej zagorzałych sympatyków partii ze skrajnymi poglądami. Zamiast rzeczowej dyskusji pojawiła się fanatyczna, bezrozumna odporność na argumenty. Tymczasem fanatyzm nigdy nie pomaga w polityce. Taki polityczny beton, w którym każda krytyka uznawana jest za zdradę, prowadzi do zamknięcia się we własnej twierdzy. A gdy politycy przestają słuchać rzeczywistości, rzeczywistość wcześniej czy później wystawia im rachunek.
Na tym tle interesująco wygląda postać Mateusza Morawieckiego. Jego ojciec, Kornel Morawiecki, nigdy nie należał do PiS i wielokrotnie prezentował poglądy odmienne od stanowiska Kaczyńskiego. W przeciwieństwie do syna był znacznie bardziej krytyczny wobec polityki władz Ukrainy. Mówił o potrzebie pojednania, ale stanowczo sprzeciwiał się gloryfikacji Bandery i innych ukraińskich nacjonalistów odpowiedzialnych za zbrodnie na Polakach. W 2016 roku z sejmowej mównicy apelował do Ukraińców o wycofanie przepisów gloryfikujących sprawców zbrodni i usunięcie ich pomników z przestrzeni publicznej.Jednocześnie opowiadał się za odbudową dobrych relacji Polski z Rosją. Konflikt w Donbasie określał jako wojnę domową,(Kijów kontra separatyści).W wywiadach przekonywał, że Polska nie powinna bezrefleksyjnie wspierać władz w Kijowie, które oskarżał o eskalację walk, korupcję i tolerowanie kultu osób odpowiedzialnych za ludobójstwo . Można się z tymi poglądami bylo zgadzać lub nie, ale jedno jest pewne. Kornel Morawiecki był politykiem, który nie bał się iść pod prąd dominującym opiniom. Z własnym synem również nie zawsze się zgadzał.
Dziś można odnieść wrażenie, że Mateusz Morawiecki także próbuje wyznaczyć własną drogę. Coraz częściej sprawia wrażenie polityka, który myśli o przyszłości wykraczającej poza rolę jednego z liderów PiS. Obok niego swoją pozycję buduje Przemysław Czarnek, a Jarosław Kaczyński stara się utrzymać jedność partii. Trzy nazwiska, trzy wizje i coraz mniej wspólnego mianownika. A jak jeszcze do tego dojdzie stronnictwo Ziobry to mamy pełny galimatias.
Jeżeli PiS nie wyciągnie wniosków z własnych błędów, rozłam może stać się faktem. Partie polityczne rzadko przegrywają dlatego, że mają silnych przeciwników. Znacznie częściej przegrywają dlatego, że przestają słuchać własnych krytyków.
Brak realizmu, brak rozliczenia błędów i odrzucenie krytyki potrafią zniszczyć nawet najsilniejszą formację. Historia pokazuje to raz za razem. Pytanie brzmi, czy PiS wyciągnie z tej lekcji wnioski, zanim będzie za późno?Bo władza deprawuje, ale najbardziej deprawuje przekonanie o własnej nieomylności. Gdy politycy zaczynają słuchać wyłącznie własnych oklasków, porażka staje się już tylko kwestią czasu. Pycha zawsze jest zwiastunem porażki,a utrzymywanie sztucznie i za wszelką cenę jedności nie ma sensu.
Zostaw komentarz