KATOLICY I PRAWOSŁAWNI

Kiedy przybywasz do wioski w województwie podlaskim, zwłaszcza w jego wschodniej części, jednym z pierwszych pytań jest pytanie czy jesteś prawosławnym czy katolikiem… jakby z założenia przyjmowali, że jesteś wierzącym i to chrześcijaninem jednego z dwóch wyznań. Jednak pytanie to tak naprawdę nie dotyczy wiary. Na kogoś, kto w niedzielę i święta chodzi do cerkwi, regularnie przystępuje do sakramentów itp. , ludzie tu raczej powiedzą „bohomolnyj”, na praktykującego katolika raczej też.

Podział na katolików i prawosławnych to podział etniczny. To główna linia etnicznych podziałów. Podlasie jest bardzo zróżnicowane etnicznie. Prawie każda wioska ma własną gwarę, z których każda łączy elementy języków – białoruskiego, ukraińskiego, polskiego i rosyjskiego. Mieszkają tu też inne mniejszości etniczne i narodowe jak, na przykład Tatarzy. Dominującym podziałem etnicznym jest jednak podział na prawosławnych i katolików. Ludzi różni tu przede wszystkim wychowanie w różnych obrządkach religijnych a w szczególności życie według dwóch różnych kalendarzy.

Nie dumajcie jednak, że ten podział etniczny pokrywa się z podziałem narodowościowym. Absolutnie NIE! Mieszkańcy Podlasia wcale nie dzielą się na Polaków i „Ruskich”, choć taki stereotyp się ukształtował. Sprawa tożsamości narodowej jest szczególnie skomplikowana wśród prawosławnych. Niegdyś, czytając o „Tutejszych” na Podlasiu i Polesiu, byłem przekonany, że to bardzo dawne dzieje. Tymczasem, gdy tu przyjechałem, zdziwiłem się, że wiele osób, w XXI wieku, nadal określa się tym mianem.

Spora część prawosławnych uważa się za Polaków, takich trochę innych, ale oburzonych, gdy ktoś kwestionuje ich polskość. Niektórzy wyznawcy prawosławia utożsamili się z Ukraińcami lub Białorusinami. Trochę jest jeszcze takich, którzy może nie uważają się za Rosjan, ale czują przynależność do „Wielkiej Rusi” … taka spuścizna po zaborach. Opcja wielkorosyjska przeżywa obecnie kryzys tożsamościowy, bo trudno podtrzymywać mit Wielkorusów, gdy Moskwa i Kijów tłuką się w Donbasie.

Katolicy obecnie przeważnie utożsamiają się z polskością, choć w przeszłości nie zawsze tak było. Edward Redliński w „Konopielce” pokazał katolicką wioskę, której mieszkańcy określali się jako Tutejsi. Dzisiaj takowych jest coraz mniej, choć czasem można spotkać starszych katolików, uważających się za Tutejszych. Można znaleźć pojedynczych katolików, także młodych, uważających się za Białorusinów.

Katolicy i Prawosławni na Podlasiu to pojęcia raczej etniczne niż religijne (dlatego w korekcie proszę nie zmieniać dużych liter na małe!), ale podział etniczny nie jest jednoznaczny z narodowościowym.

Kiedy zamieszkałem na naszych wewnętrznych Kresach, w województwie podlaskim, bardzo podobało mi się to, że Boże Narodzenie jest tu dwa razy w roku a okres świąteczny, ten Bożonarodzeniowo-Noworoczny trwa tu prawie miesiąc. Bo jak się zacznie biesiadować w katolickie Boże Narodzenie, przez Nowy Rok, do Trzech Króli to przecież w Trzech Króli wypada prawosławna Wigilia i zaraz święta prawosławne prawie cięgiem aż do Wodochreszczenia, które kończy się 21 stycznia. Prawosławny Nowy Rok też przypada dwa tygodnie później niż katolicki, bo też jest liczony wedle starego kalendarza (juliańskiego). Przejście z jednego roku w kolejny trwa tu więc dwa tygodnie. Zamknięcie starego roku odbywa się tu powoli i spokojnie, jak wszystko w tym regionie.

Kiedy podwójne Boże Narodzenie od początku było dla mnie czymś miłym, to podwójna Wielkanoc powodowała u mnie pewien mały dyskomfort, bo trochę dziwnie to wygląda, że gdy u katolików już dawno po Święcie Zmartwychwstania i pozdrawiają się słowami „Chrystus Zmartwychwstał”, z cerkwi wynoszona jest wielkopiątkowa Płaszczenica, związana z upamiętnieniem Męki Pańskiej. To przykład tego, że te dwie społeczności żyją jednak odmiennym życiem. Co parę lat prawosławna Wielkanoc u katolików i prawosławnych wypada tego samego dnia i wtedy katolicy chodzą święcić pokarmy do cerkwi, jeśli mają do niej bliżej niż do kościoła, co buduje ekumeniczny klimat.

Zarówno katolicy jak i prawosławni mają tu skłonność do świętowania wszystkich dawnych świąt, nawet tych zniesionych jeszcze w okresie międzywojennym. W dobrym tonie jest wiedzieć, kiedy te święta przypadają i powstrzymać się wtedy od pracy, przynajmniej na zewnątrz. Starsi proboszczowie zachęcają, by w zniesione święta jednak przyjść na mszę i są zawiedzeni, gdy frekwencja w kościele nie dopisze. Księża niechętnie podchodzą też do przeniesienia Święta Wniebowstąpienia z czwartku na niedzielę. Starsi ludzie podzielają tę niechęć do znoszenia i przesuwania świąt. Nie jestem pewien, czy świadczy to o chrześcijańskim konserwatyzmie czy o zakorzenionionym przywiązaniu do starodawnych pogańskich świąt,,”ochrzczonych” przez chrześcijańskie kościoły.

CHASYDZI CZYLI KRESOWI ŻYDZI

Nie widać już ich ani na naszych wewnętrznych Kresach, ani na tych utraconych, choć przed II wojną światową byli nieodłączną częścią kresowej mozaiki. Małe kresowe miasteczka zamieszkane były przez wielu Żydów, a po drogach jeździli obwoźni żydowscy handlarze ze swoim towarem. Wśród Żydów w dawnej Rzeczypospolitej szczególnie wyróżniali się chasydzi polscy, którzy w pewnym momencie zdominowali kresowe żydostwo.

Chasydyzm polski to odłam judaizmu i ruch religijny, stworzony w XVII wieku na Podolu przez Izraela ben Eliezera, zwanego Baal Szem Tow, w skrócie BeSzT. Obecnie chasydzi są uważani za odłam ultraordodoksyjnych Żydów, ale ruch ten powstał na Kresach jako mistyczny odłam judaizmu, przez ortodoksyjnych Żydów potępiony i uważany za coś w rodzaju herezji. Zgorszenie budziły nie tylko nauki cadyków – charyzmatycznych liderów chasydyzmu, którzy przykładali większą wagę do osobistej relacji z Bogiem niż do judaistycznej teologii.

Jeszcze bardziej raziła pozostałych Żydów (zarówno ortodoksyjnych jak i reformowanych) ekscentryczna forma chasydzkich modlitw. Uwielbienie Boga wyrażali w tańcu, który na tamte czasy wydawał się szalony, w ekstatycznych okrzykach i częstych wspólnych biesiadach. Nosili przy tym charakterystyczny strój, w którym wyróżniała się przede wszystkim futrzana czapa, zwana sztrajml. Golili górę głowy, pozostawiając bardzo długie brody i pejsy.

Takie szalone gromady nie były dobrze widziane ani przez Żydów ani przez gojów. Ortodoksyjni Żydzi nakładali na nich klątwy a ci reformowani uważali za wstyd dla judaizmu. Jednak Kresy okazały się dobrą glebą dla tego dość szalonego odłamu judaizmu, bo w pewnym momencie większość kresowych Żydów stała się chasydami. Podczas II wojny światowej najbardziej uderzył w nich Holokaust, bo byli łatwi do rozpoznania i ujęcia. Niemcy wymordowali praktycznie całą społeczność chasydzką na Kresach. Obecnie resztki chasydów polskich mieszkają w Izraelu i USA.

LIPKOWIE CZYLI KRESOWI TATARZY

W okolicach miasteczka Sokółka, we wsiach Bohoniki i Kruszyniany, możemy zobaczyć stare, zabytkowe meczety, należące do tatarskiej społeczności Podlasia. W Europie ostatnio meczety wyrastają jak grzyby po deszczu, ale w niewielu europejskich krajach można zobaczyć muzułmańskie zabytki, trwające przez wieki. W Bohonikach i Kruszynianach Tatarzy mieszkają od XVII wieku ale na naszych Kresach pojawili się dużo wcześniej. Pierwszych Tatarów, zwanych też Lipkami lub Muślimami osiedlił książę Witold w Wielkim Księstwie Litewskim.

Tatarzy przez wieki wiernie służyli Polsce i Litwie, połączonym w Najjaśniejszą Rzeczpospolitą. W zasadzie tylko raz się zbuntowali i przeszli na stronę muzułmańskiej Turcji, co było tłem powieści Henryka Sienkiewicza „Pan Wołodyjowski”. Bunt Lipków kojarzy się z tego powodu ze zdradą Rzeczypospolitej, okrucieństwem Azji Tuhaj-bejowicza i bardzo dramatycznymi wydarzeniami. W istocie był to prozaiczny i mało dramatyczny konflikt o nie wypłacony żołd. Tatarom nie płacono żołdu a przy tym, mówiąc współczesnym, kolokwialnym językiem, grano z nimi „w ciula”, nie dotrzymując kompromisowych uzgodnień w tej sprawie. W końcu stracili cierpliwość i przeszli na służbę turecką. Część z nich została namówiona przez króla Jana III Sobieskiego do powrotu pod sztandary Rzeczypospolitej. Król wiedział, że gotówki nie może im obiecać, więc w zamian za zaległy żołd obiecał nadania ziemskie.

Niektórzy z Lipków, których król Sobieski przyciągnął z powrotem do służby Rzeczypospolitej, osiedliła się właśnie w Bohonikach i Kruszynianach. Wielu z nich pozostało przez wieki przy islamie, wysławiając Boga Jedynego w swych meczetach. Sporo Tatarów przeszło na chrześcijaństwo, ale dzisiaj ich potomkowie traktują tatarskie pochodzenie tylko jako rodzinną ciekawostkę genealogiczną. Tatarzy wyznający islam zachowali pewną odrębność, choć i oni są mocno zintegrowani zarówno z lokalną społecznością jak i z Polską. Przez kilka wieków wrośli w kresową kulturę, której podłożem było wcześniejsze „zrośnięcie” się kultury katolickiej i prawosławnej.

Tatarzy, jako wojownicy, zaznaczyli swoją obecność w siłach zbrojnych Rzeczypospolitej jeszcze w XX wieku. W Wojnie Polsko-Sowieckiej 1920 roku brał udział Pułk Jazdy Tatarskiej. Pozostała po nim żurawiejka:

W głowie księżyc, w dupie gwiazda
To tatarska nasza jazda
Lance do boju, szable w dłoń
Bolszewika goń goń goń!

Po wojnie Tatarzy, którzy zdecydowali się na służbę zawodową, przeszli do 13 Wileńskiego Pułku Ułanów, gdzie jeden ze szwadronów zwany był tatarskim. Formacja ta wzięła udział w kampanii wrześniowej 1939 r.

Obok meczetów wyrosły tatarskie restauracje. Dla turystów wyznaczono „tatarski szlak” przez tę część Podlasia. Rozwija się tu turystyka, połączona z edukacją na temat tej egzotycznej grupy etniczno-religijnej, którą stanowią nasi Tatarzy. Myślę, że może to być jeden z „magnesów”, przyciągających turystów na Podlasie. W sumie już jest ale można go znacznie lepiej wykorzystać.

JAĆWINGOWIE – LEGENDY CZY FAKTY?

Z wsią Żerczyce w powiecie siemiatyckim, związana jest legenda o Jaćwingach.
Wódz Jaćwingów (prawdopodobnie zwany Kraws) zginął w nierównej bitwie z wojskami Rusi Kijowskiej pod Żerczycami, razem ze swymi wiernie walczącymi żołnierzami. Kijowscy drużynnicy w wyrazie szacunku wobec bohaterskiej śmierci wroga nie proszącego o litość, lecz ginącego z głęboką pogardą śmierci, w wierze w słuszność swojej sprawy, postanowili godnie ich pochować. Zebrali ciała poległych wrogów i wraz z końmi i zbrojami spalili, aby „szlachetne kości rycerzy nie były rozciągane przez drapieżne zwierzęta”. Popiołu nie rozsypali na wiatr, lecz nad zebranym w jednym miejscu usypali wysoki i do dzisiaj zachowany kurhan. Nie wiem czy to spisany przekaz ustny czy tylko zmyślona legenda. Pewnie przynajmniej w jakimś stopniu oparta jest na prawdzie.

W wielu publikacjach, dawną ojczyznę wymarłego ludu Jaćwingów, ogranicza się do Suwałk z okolicami. Wydaje mi się jednak dziwne, że lud, będący niegdyś postrachem dla całej środkowej i wschodniej Europy, mieścił się w dzisiejszym powiecie suwalskim. Coraz więcej historyków uważa jednak, że siedziby Jaćwingów rozciągały się między Niemnem a Biebrzą czy między Niemnem i Narwią. Są też tacy, co uważają, że Jaćwingowie, przynajmniej w pewnych okresach, żyli na ogromnym obszarze- Podlasia, Polesia, części Mazur, północno-wschodniego Mazowsza i części dzisiejszej Litwy. Zgadzałoby się to z tym, co pisał Jan Długosz a co potem niektórzy „poważni historycy” okrzyknęli „zmyśleniem”.

Myślę, że takie „schowanie” Jaćwingów pod Suwałkami, wynika z nacjonalistycznych lęków różnych narodów i państw o kwestionowanie ich „odwiecznych ziem etnicznych”. Wprawdzie nikomu nie zagrażają roszczenia Jaćwingów, bo to lud dawno wymarły, ale jest to jednak kwestionowanie „odwiecznej etniczności”, która ma dla wielu nacjonalistów charakter quasi-religijny. Dotyczy to przede wszystkim nowych państw, które stosunkowo niedawno odzyskały niepodległość po wiekach lub nigdy wcześniej jej nie mając. My w dużej mierze z tego już wyrośliśmy, ale polscy historycy, dla świętego spokoju często ulegają „wschodnim lamentacjom” historyków z sąsiednich państw.

Ja, choć historykiem nie jestem ale w swoich luźnych, publicystycznych rozważaniach, przychylam się do poglądu, że niegdyś Podlasie i znaczna część Polesia, były ojczyzną Jaćwingów. Myślę, że historycy i archeolodzy powinni lepiej zbadać ten temat. Jest tu wiele dawnych grodzisk, ale poza Klukowiczami, nie słyszałem o gruntownych pracach archeologicznych a i o grodzie w Klukowiczach nie mogę znaleźć bardziej wnikliwych publikacji. Zauważyłem też, że choć teren tu płaski, to wiele cerkwi i kościołów stoi na wzgórzach. Być może to nie są naturalne wzniesienia tylko chrześcijańskie świątynie postawiono na dawnych świętych kurhanach, usypanych przez Jaćwingów?Jaćwingowie zwani byli też Jaćwięgami, Sudowianami, Dajnawami i POLEKSZANAMI czy POLEKSIANAMI. Te określenia kojarzone są z Polesiem i Podlasiem.

W felietonie o urodzie kresowych dziewcząt, pisałem o jednym z jej typów – kobietach o mocno ciemnej karnacji. W sumie jest tu też wielu „czarniawych” mężczyzn. No, można to tłunaczyć tym, że ich prababki miały przygodę z jakim Żydem, Cyganem czy Ormianinem. Można, ale nie na taką skalę. Ten typ urody jest tu bardzo powszechny. Ponoć , w przeciwieństwie do innych bałtyckich ludów jak jasnowłosi Prusowie, Litwini Latgalowie itp., Jaćwingowie mieli przeważnie ciemne włosy i mocno ciemną karnację. Być może jest to żywy ślad po Jaćwingach. Jaćwiescy wojownicy wyginęli w wojnach, gdyż nigdy się nie poddawali ani nie uciekali z pola walki. Pozostała jednak ludność rolnicza Jaćwieży, która z czasem się zasymilowała z Polakami, Rusinami i Litwinami.

KIM SĄ BIAŁORUSINI?

W zeszłym roku na Białorusi zaczęło się narodowe przebudzenie. Zastanawiam się czy będzie to przełom w procesie tworzenia się narodu białoruskiego – pisze Klaudiusz Wesołek.
Niektórzy zarzucają Ukraińcom i Litwinom, że zdradzili dawną Rzeczpospolitą. Może i coś w tym jest, ale czy i my Polacy, w swojej większości, nie uczyniliśmy tego samego, po I wojnie światowej? Wszak budowaliśmy swoją republikę etniczną zamiast wieloetnicznej Rzeczpospolitej. Niekiedy mówi się o „zdradzie” Białorusinów, ale to raczej błąd, bo oni (przynajmniej ta świadoma narodowo część) byli najdłużej wierni Rzeczypospolitej a szczególnie Wielkiemu Księstwu Litewskiemu. Kiedy Welikije Kniaźstwo Litowskie zostało pochłonięte przez Rosję, ci których dzisiaj określamy jako Białorusinów, nadal określali się jako „Lićwini”.

Nazwy „Białoruś” i „Białorusini” pochodzą od Białej Rusi, jednego z historycznych regionów, należących dziś do Republiki Białoruś. Tak Białorusini (Lićwini) zaczęli się określać, gdy stawało się jasne, że etniczni Litwini budują odrębny naród, pragnący własnego państwa a Polacy z Wielkiego Księstwa będą dążyć do przyłączenia do polskiej republiki. Z etnograficznego punktu widzenia Białorusini to zlepek różnych słowiańskich grup etnicznych. Literacki język białoruski jeszcze niedawno funkcjonował w dwóch standardach (w zasadzie były to dwa języki). Większość Białorusinów mówi po rosyjsku lub trasianką, czyli językiem rosyjskim z białoruskimi naleciałościami.

Zaryzykuję stwierdzenie, że Białorusini to naród jedynie polityczny a nie etniczny. Jeśli chodzi o naród polityczny, to w przypadku Białorusinów problemem jest brak państwowej tradycji. Swoją świadomość narodową budują na tradycjach Wielkiego Księstwa Litewskiego ale to tradycja zbyt odległa aby „lud ją poczuł”. W ubiegłym stuleciu białoruska świadomość narodową nie wykraczała poza część inteligencji. Lud za cholerę nie chciał się „”znacjonalizować”. Jedynie w czasach Powstania Styczniowego, Wincentemu Kalinowskiemu udało się dotrzeć do serc ludu białoruskiego, który wspierał powstanie. W zeszłym roku na Białorusi zaczęło się narodowe przebudzenie. Zastanawiam się czy będzie to przełom w procesie tworzenia się narodu białoruskiego.

LOKALNY MIKROJĘZYK „TUTEJSZYCH”

Kiedy jako malec jeździłem do swojej rodziny pod Hrubieszowem, czasem słyszałem starszych ludzi, mówiących „po chachłacku”. Do dziś pamiętam ostrzeżenie starszej pani -„niuniu, ni liź dó bajóry bo chliupnisz”, co oznaczało by dziecinka (czyli ja) nie wchodziła do kałuży, bo się skąpie. Dziś tamci staruszkowie, gdyby żyli, mieliby grubo ponad 120 lat. Obecnie chachłackie gwary są tam już w zaniku. Wielu ludzi mówi z charakterystycznym wschodnim akcentem, ale to już nie „chachłacka” mowa.

Kiedy zamieszkałem na pograniczu Podlasia i Polesia, zadziwiło mnieto, że język chachłacki (zwany też tutejszym, swoim, prawosławnym lub zachodniopoleskim) jest tu ciągle żywy a dla niektórych jest wręcz językiem ojczystym. Różni się od tego, który słyszałem kilkadziesiąt lat temu, kilkaset kilometrów na południe od Czeremchy. Gwara, którą słyszałem niegdyś w okolicach Hrubieszowa była opartaednak na języku polskim, tylko ze znacznymi naleciałościami ukraińskimi i lokalnymi. W Czeremsze i okolicach to jest coś bardziej przypominającego język ukraiński, z licznymi naleciałościami białoruskimi, polskimi, rosyjskimi i lokalnymi. Na północ od Czeremchy tutejsze gwary zbliżają się do białoruskiego, ale i od ego języka (w wersji standardowej) pozostają daleko.

Językoznawcy, etnolodzy itp. lubią rysować mapki, pokazujące granice pomiędzy gwarami polskimi, ukraińskimi i białoruskimi i toczą ostre spory o to, gdzie te granice przebiegają. Przeważnie w tle tych sporów są spory polityczne …

Myślę, że to rysowanie granic nie ma sensu. Języki to twory żywe, stale rozwijające się. Tym bardziej gwary, które nie zostały nigdy skodyfikowane, które „samokodyfikują się” w codziennych rozmowach na wiejskich ławeczkach. Dlatego nie przekonują mnie mapki, przedstawiające sztywne linie podziału na gwary, należące do tego anie innego języka. Przekonują mnie raczej mapki, przedstawiające krąg gwar etnicznego pogranicza, które są czymś pośrednim,pomiędzy poszczególnymi „skodyfikowanymi” językami. Niektórzy językoznawcy wyodrębnili na tej bazie mikrojęzyk zachodniopoleski (zwany popularnie chachłackim lub tutejszym) jako mikrojęzyk (grupa podobnych gwar) etnicznego pogranicza. Próbowano nawet stworzyć standardowy „język chachłacki” ale były to raczej nieudane próby.

Fot. Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu im. ks. Krzysztofa Kluka.