W roku akademickim 1977/78 miałem na Uniwersytecie Warszawskim Studium Wojskowe. Była to oczywiście forma indoktrynacji ideologicznej studentów, ale nie o to chodzi. Do dziś pamiętam zajęcia z tzw. „taktyki i strategii wojskowej”. Prowadził je pewien pułkownik, starszy, na krótko przed emeryturą, który, „męczony” przez studentów pytaniami o śmiercionośne rodzaje broni, zasięg, pole rażenia, możliwości kontrataku, usiadł na biurku, westchnął i powiedział: ”Moi państwo, jedna salwa rakietowa okrętu podwodnego i wszystkie większe sprawy mamy z głowy. Ta cała ideologia to bzdura. Dla NATO i dla Układu Warszawskiego zawsze będziemy państwem frontowym. Buforem, ziemią niczyją, która zostanie spalona w pierwszych minutach wojny. Chodzi o to, by spróbować przetrwać więcej niż kilka godzin. I tego trzeba się nauczyć. Położenia geograficznego nie zmienimy.”. Pamiętam to do dzisiaj.

Od pewnego czasu śledzę dyskusję na temat kontraktów zbrojeniowych na sumę za kilka miliardów złotych. Wszyscy przerzucają się argumentami technicznym, jedni krytykują, drudzy bronią, a prawie nikt nie zadaje pytań o zasadność tych wydatków. Nie kwestionuję oczywiście przeznaczenia określonej części budżetu na obronność, ale zastanawiam się czy musimy go wydawać na zabawki panów generałów, które przetrwają może pierwszy kwadrans przyszłego konfliktu. Uważam też, iż bez względu na to, jak piękne słowa wypowiadać będzie nasz główny sojusznik, jak mocno zapewniać nas o „sojuszniczej pomocy”, musimy pamiętać o jednym: każda doktryna obronna oparta jest na egoizmie państwowym, czy wręcz narodowym. „Brytyjczycy zawsze walczą do ostatniej kropli krwi…swoich sojuszników.”. Zapomnieliśmy o tym? Doktryny obronne USA i Rosji zawsze były podobne: utrzymać działania wojenne, jak najdalej od własnego terytorium. Nie neguję sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, ani członkostwa w NATO, bo to dla nas najlepsze rozwiązanie. Postuluję jedynie więcej egoizmu w tym układzie. Może chociaż raz przestalibyśmy walczyć głównie o „wolność waszą i naszą”, a zaczęli myśleć przede wszystkim „o naszej”?

To ogromne pieniądze wydać można zupełnie inaczej. Może na:

–  na restrukturyzację wojska, poprzez ograniczenie sztabowej biurokracji, „warszawskich jednostek urzędniczych” i wzmocnienie nielicznych prawdziwych żołnierzy,

–  na utworzenie prawdziwej armii zawodowej. To droga impreza, ale skoro zlikwidowaliśmy pobór powszechny (co było największym naszym błędem ćwierćwiecza), musimy go zastąpić  i to żołnierzami, a nie generałami,

– na ciągłą modernizację, szkolenie i rozbudowę istniejących już jednostek specjalnych, które, jako jedyne sprawdziły się w boju, a których renoma jest niepodważalna na całym świecie,

– na wzmocnienie, restrukturyzację i właściwe finansowanie służb specjalnych; nie łudźmy się: nie ma skutecznego wywiadu i kontrwywiadu bez pieniędzy, a w dodatku zmuszanego wciąż do idiotycznych oszczędności,

– na rozbudowę infrastruktury granicznej, szczególnie na kierunku głównego zagrożenia, w tym stała modernizacja oddziałów Straży Granicznej,

– na sterowana centralnie edukację obronną społeczeństwa, skorelowaną z systemem obrony kraju, a nie opartą na „pospolitym ruszeniu”; paintballe nie obronią nas przed Iskanderami,

– na stworzenie, w końcu, zintegrowanego systemu obronnego opartego na kompatybilnych zadaniach każdego elementu zmilitaryzowanego oraz cywilnego i przemysłowego, bez paranoicznej tajności, bo w razie zagrożenia każdy element tego systemu musi współdziałać z innymi, by być skutecznym; bez tego będziemy mogli tylko pobawić się samolocikami i to bardzo krótko,

To tylko luźne uwagi amatora, gdyż nie uważam się za fachowca od obronności i wojska. Mam jednak prawo zapytać naszych władców oraz sojuszników. Cieszę się, Panowie, z waszych zapewnień o pomocy, ciągłej pracy nad bezpieczeństwem kraju, ale czy możecie konkretnie odpowiedzieć mi na jedno pytanie: ilu moich rodaków przetrwa pierwszą godzinę jakiejkolwiek wojny? Konkretnie, proszę.

I jeszcze jedno. Nie mówmy ciągle o wojnie atomowej, bo dla nas, przy takim rozwoju technologii, wojna konwencjonalna będzie miała podobne skutki. Skażenie jedynie będzie minimalne.

Piotr Wroński

Piotr Wroński - fot. Julita SzewczykPułkownik Piotr Wroński, pracownik I Departamentu SB, a w III RP oficer UOP i Agencji Wywiadu jest autorem powieści z kluczem „Spisek założycielski. Historia jednego morderstwa” odsłaniającej kulisy działalności bezpieki, w tym m.in. morderstwa bł. ks Jerzego Popiełuszki.