Napiszę Wam coś o pomaganiu w potrzebie. Bo podobno już nie trzeba. Bo podobno daliśmy już więcej niż sami mamy. Bo nam przecież zjadają pińcet plus. Bo „oby tylko byli wdzięczni”, bo „to jeszcze tam jest wojna? …”. I tak dalej.
Otóż nie interesuje mnie tak naprawdę czy będą wdzięczni. Gdybym zabrał się za tę całą awanturę z myślą o kolekcjonowaniu dowodów wdzięczności oznaczałoby to tylko tyle, że nie próbuję pomóc innym a jedynie sobie. Gdybym robił to z myślą o bywaniu na konferencjach, ściskaniu kolejnych (garniturowych albo nie) dłoni i wypuszczaniu w świat kolejnych rolek z zadowolonymi z siebie buźkami, haj-fajfami, dzióbkami i tego typu bzdurami oznaczałoby to, że mam niedobrze pod sufitem. Gdybym robił to wszystko po to, żeby zmajstrować jakiś mniejszy lub większy interes, powinno się mnie rozstrzelać albo przynajmniej wsadzić do mamra. Ale na szczęście nadal mogę sobie jeszcze (choćby nie wiem z jaką niechęcią i obrzydzeniem – peseloza daje znać o sobie) popatrzeć rano w lustrze w ryło i to lustro nie pęka. Mam w tym wszystkim jednego patrona i jeden wielki autorytet – jest nim Marek Kotański. One and only. Czasem, kiedy opada mnie zniechęcenie (a uwierzcie – i tak bywa) myślę sobie, że facet patrzy na mnie z jakiegoś innego wymiaru i mamrocze pod nosem – gościu, przestań się ze sobą pieprzyć. I wtedy przestaję.
Powiedzieć, że marzec był wariacki to nic nie powiedzieć. Puściliśmy w trasę tira wyładowanego meblami. Zahaczyliśmy o lwowski „Unbroken”, zaprzyjaźniliśmy się z romskimi dziećmi ze wschodu Ukrainy i ich opiekunem. Przytargaliśmy w sumie 3,5 tony pampersów dla dorosłych do świątecznych transportów. Pierwsze już pojechały do naszych „najciemniejszych kątów”, kolejne ruszają w najbliższych dniach. To lwowskie i nie tylko hospicja ale też szpitale polowe. Przerzuciliśmy dla chłopaków w okopach ponad 700 świec okopowych razem z pakiecikami przeżycia – lekami, słodyczami, podgrzewaczami. Znalazły mnie też szpitalne łóżka – tak bardzo tam teraz potrzebne – wkrótce po świętach wyrusza w drogę kolejny tir, tym razem Najogromniejszy z Ogromnych, wypchany po dach właśnie tymi łóżkami i pomocą medyczną, o którą żebrzę gdzie tylko się da. I tam, gdzie się nie da też. Mało? Robimy teraz apteczki. Nie dla lekarzy a dla pojedynczego Miszy, Griszy czy Antona. Bo oni też muszą je mieć a nie mają. Robimy je sami bo te z rynku są przeszacowane o 1000 % – nie od dzisiaj wiadomo, że wojna to biznes dla wielu ale to już szmaciarstwo level master. Ale w końcu impossible is nothing, prawda? Wyszło mi na to, że w cenie apteczki sklepowej, „profesjonalnej” mogę mieć 7 do 8 własnej roboty. Nie różnią się wcale zawartością a jedynie tym, że oznacza je krzyżem nie maszyna a my z Tomkiem Tomasz Troszczyński. Można? Można :-) Tu prośba – dorzućcie nam do apteczek. Cokolwiek. To bardzo potrzebne i bardzo niestety drogie. Dziękuję …
I wiecie co? Jest z nami coraz więcej dobrych ludzi. Działa na pełnym kopie Girl’s Power w postaci naszych Dziewczyn Niezłomnych: Aneta, Joanna, Renata, Olga, Agnieszka. W dalszym ciągu jadą z nami Dostawcze24. Są warszawskie i wołomińskie szkoły – Szkoła Podstawowa Nr 70, Szkoła Podstawowa Nr 119 im. 3. Berlińskiego Pułku Piechoty, I LO PUL w Wołominie, I LO im. Wacława Nałkowskiego w Wołominie. W dalszym ciągu wspierają nas przyjaciele z Fundacja Humanitarna Folkowisko, Polsko-Amerykańska Fundacja Wolności, Fundacja Avalon, Open Dialogue Foundation / Fundacja Otwarty Dialog, Fundacja Banku Spółdzielczego w Lubaczowie, Miasto Mińsk Mazowiecki , dołączyli też koledzy z Centrum Wsparcia Koordynacji Warszawa. I będzie nas więcej.
Spokojnych Świąt
Krzysiek
Autor: Krzysztof Hoffmann

































Zostaw komentarz