Idą Święta, będzie czas na samokształcenie – pomyślał pomocniczy i z niedowierzaniem zmieszanym ze zdumieniem spojrzał na stos: nierozciętych, zaniechanych i ledwo co napoczętych lektur, które zaległy w kącie salonu wielką kupą. Bo pomocniczy chęci i zainteresowania ma rozległe, niczym geniusz Renesansu, ale możności nieadekwatne do ambicji.
Dlatego, dzisiaj wyciągam ze stosu kolejne książki i robię segregacje na te, które trzeba już przeczytać, na te, które mogą poczekać i na takie, których nigdy nie otworzę. Układa mi się z tych tomów osobliwa drabina lektur. Na jej szczycie stoi „Ania z Zielonego Wzgórza”. Przyznaję, że nigdy nie udało mi się przeczytać powieści Montgomery, ale po Świętach będziemy ją omawiać na lekcjach polskiego, więc nie chcę przed 6a oczami świecić. W dzieciństwie szkoda mi było czasu na „babskie lektury”, kiedy w kolejce czekały Pięcioksiąg Przygód Sokolego Oka, przygody Tomka i 3 tomy Winnetu!
Pod Anią leży – (bez nieprzyzwoitych skojarzeń proszę) – John Senior ze swoim „Upadkiem i odbudową kultury chrześcijańskiej” To grube tomisko jest podstawową lekturą do egzaminu, który czeka mnie z końcem kwietnia w Collegium Intermarium. W eseistykę Seniora wgryzam się z trudem ale z satysfakcją, czego nie mogę powiedzieć o tekstach Krąpca, od których odstręczają mnie hermetyczna terminologia i język.
Odkładam Krąpca ad calendas greacas, żeby spod spodu wyciągnąć opowieść o umieraniu Mateusza Pakuły. To jest dramat, w którym autor rozpisał na głosy śmierć swojego taty. Dramaturg przedstawił odchodzenie ojca w sposób: „szczery do granic, groteskowy, smutny, i jak pisze recenzent – okropnie śmieszny”. Mnie nie rozśmieszył, ale książka Pakuły jest interesująca, jako świadectwo czasów. Na jej kanwie krakowski teatr Łaznia zrealizował przedstawienie pt: ”Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuje”. Przeciwko dofinansowaniu spektaklu przez Ministerstwo Kultury protestowali na ulicach katoliccy fundamentaliści, którzy uważają, że krakowskie przedstawienie jest głosem wołającym za legalizacją eutanazji.
Zacytuje fragment tekstu Pakuły: „Ojciec zasługiwał na to, by umrzeć zgodnie ze swoją wolą, zasługiwał na to, by umrzeć jak pies, a jeśli ktoś mi jeszcze kiedyś ośmieli się coś powiedzieć o „pięknym cierpieniu”, ma wpierdol, słowo daje. Tata nie chciał uwznioślonego cierpienia, nie chciał swoim umieraniem dokładać kolejnej cegiełki do gmachu cywilizacji chrześcijaństwa.”
Z mieszanymi emocjami czytam tekst Pakuły, bo od zawsze miałem problem z eutanazją. Z jednej strony wiem, że symbolika męki Chrystusa leży u podstaw chrześcijańskiej cywilizacji, a z drugiej strony obserwuje lawinowy wzrost popularności eutanazji na Zachodzie. W którymś z niedawnych numerów Paris Match, znalazłem wywiad z Alainem Delonem. Ten sławny i piękny niegdyś aktor zwierzał się reporterom, że jest tak zmęczony i zniechęcony życiem, że marzy o eutanazji. Przeczytałem wyznanie Delona i pomyślałem, że w jego przypadku, psu na budę zdała się cała pedagogika umierania, jaką objawił światu polski Papież, i że postawa aktora jest świadectwem postępującej trywializacji śmierci. Trywializacji rozmywającej fundamenty naszej kultury.
A przecież mnie samemu – ateiście spragnionemu, jak kania dżdżu transcendencji, bezbożnikowi za cholerę, nie mogącemu uwierzyć w Boga, niedowiarkowi chwytającemu się tradycji, jak tonący brzytwy, zatwardziałemu empirykowi szukającemu nadziei w chrześcijańskich studiach i lekturach, bliżej jest do postaw Delona i Pakuły, niż do heroizmu Jana Pawła. Mnie papieska pedagogika śmierci, też zdała się, jak „psu na budę”.
Bo kiedy oczyma wyobrazni widzę swój koniec, to wiem, że też wybrałbym dla siebie, raczej los psa „usypianego” zastrzykiem u weterynarza, niż śmierć w „uświęcającym” cierpieniu.
Z tych eschatologicznych rozmyślań wyrwał mnie dopiero głos żony.
– Jutro idziemy ze święconką, a ja nie mam czym przystroić koszyczka! – wołała Cesia. – Rusz mężu tyłek znad komputera i biegnij do warzywniaka po zielone. I nie zapomnij kupić cukrowego Baranka dla dzieci!
O czym przypomina Wam z nadzieją – wasz świąteczny Szarek.

Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz