Poniżej zamieściłem fotografię, mojego ostatniego, zamykającego moją prawie 60-letnią twórczość w ceramice dzieła „Chrystusa Płaczącego”. Jest to duża, ważąca prawie 10 kg rzeźba, którą przechowuję w swoim pokoju, w którym śpię, a także, w którym do Was piszę. Jest ona artystycznym artefaktem łączącym mnie z działalnością w ceramice mojego ojczystego dziadka Stanisława, który miał cegielnię w Podhorcach.

Wędrując po Ukrainie — odnalazłem to miejsce, w którym do dziś eksploatuje się złoża gliny. Poniżej słynnego pałacu, w pobliżu monastyru OO. Bazylianów w Pleśniskach.
Uprzejmi zakonnicy, kilkakrotnie mnie gościli, a także ich przeor udzielił mi pod słynącym z łask cudownych uzdrowień obrazem — bardzo staranie wykonanego we wschodnim obrządku błogosławieństwa. Na cały obszar Ukrainy, żeby mnie nie spotkała, żadna zła przygoda. Błogosławieństwo chroniło mnie przez 15 lat.
W podzięce za tę skuteczność namówiłem chorą psychicznie artystkę, którą się opiekowałem do namalowania kopii owej ikony. Została wykonana na desce z szafy stanowiącej wcześniej wyposażenie szpitala psychiatrycznego, więc również była magicznym artefaktem z okresu mojej działalności w pracowni ekspresji sztuki psychopatologicznej.

Zerkając na ekran Della Optiplex mimowolnie patrzę na te dzieła, co wyraźnie wpływa na formę moich wypowiedzi — zawarte w nich sacrum- zniechęca mnie do potyczek słownych z profanami.
Zostaw komentarz