Jakieś 50 lat temu, funkcjonując w środowisku pozostającym – jak dziś to oceniam – na poziomie prymitywnej integracji, zainteresowałem się książką Kazimierza Dąbrowskiego „Dezintegracja pozytywna”, która uspokoiła mnie co do mojego nieprzystosowania. Trudno przecież być zintegrowanym ze środowiskiem, którego reguły opierają się przede wszystkim na egoizmie, konformizmie i eliminowaniu konkurentów. Dążenie do wyższych standardów etycznych i naukowych nieuchronnie prowadziło do konfliktów z otoczeniem, które etos naukowca traktowało raczej jako przeszkodę niż wartość.
W ujęciu Dąbrowskiego dezintegracja może być etapem prowadzącym do wyższego poziomu rozwoju. Paradoks polega na tym, że środowisko akademickie, broniąc swoich interesów przed próbami pozytywnej przemiany, samo zaczęło podlegać dezintegracji – tyle że negatywnej. Jej przejawem stała się erozja etosu nauki, zastępowanego przez kulturę oportunizmu i etykę, którą trudno nazwać inaczej niż etyką nikczemnego postępowania. Nie akceptowano uczenia młodych ludzi merytorycznej krytyki ani promowania naukowego nonkonformizmu. Dobro jednostki poświęcano – jak argumentowano – dla dobra ogółu, ceniącego sobie status quo. Przez ostatnie dekady przybyło uczelni i pracowników naukowych, rozbudowano infrastrukturę, a nakłady na naukę są nieporównywalnie większe niż w czasach PRL. Poziom się jednak nie poprawia, a nawet spada. Polska nauka zmierza ku otchłani. Mimo ogromnej liczby psychologów, socjologów stosunkowo rzadko spotyka się pogłębione analizy przyczyn tego stanu. Samo zwiększanie nakładów na system funkcjonujący według tych mechanizmów nie prowadzi do pozytywnych zmian. Chyba potrzebna jest jednak dezintegracja pozytywna środowiska akademickiego – odrzucenie utrwalonych schematów i procedur, które służą przede wszystkim reprodukcji istniejącego układu. Niezbędna jest rzeczywista transformacja prowadząca do integracji wokół autentycznych wartości: rzetelności badań, odwagi intelektualnej i poszukiwania prawdy naukowej.
Zostaw komentarz