Lech Wałęsa napisał po ostatnim wyroku:
„Cenckiewicz! Pomiocie UB-ecki zrozum wreszcie prawda musi zwyciężyć. To nie ty wygrywasz w sądach, to wygrywa SB na dobrze spreparowanych dowodach w walce ze mną.”
A dalej jest jeszcze mocniej. Wałęsa twierdzi, że to on, od grudnia 1970 roku poprzez sierpień 1980 roku, swoimi „kombinacyjnymi metodami” doprowadził do zakończenia komunizmu, wyrwania Polski z objęć ZSRR i wytyczenia kierunku na Unię Europejską i NATO. Bez jego udziału, jak pisze, prawdopodobnie byłoby to niemożliwe.
Czytam to i zastanawiam się: ile jeszcze razy można opowiadać tę samą historię, nie odpowiadając na pytania, które stawiają przed nami fakty dokumenty i źródła historyczne?
Bo problem Wałęsy nie polega na tym, że ktoś go nie lubi.
Problem polega na dokumentach.
I tutaj nie wystarczy powiedzieć: „to SB”.
Nie wystarczy powiedzieć: „spreparowane”.
Jeżeli dokumenty są fałszywe, trzeba wskazać które, pokazać dlaczego są fałszywe, wykazać fałszerstwo. Historia jest od tego, żeby takie rzeczy badać. I potrafi to weryfikować.
Tymczasem mamy zupełnie konkretny fakt: po śmierci Czesława Kiszczaka w jego domu odnaleziono dokumenty dotyczące Lecha Wałęsy. Jego żona Maria Kiszczak próbowała następnie zainteresować nimi IPN i doprowadzić do ich sprzedaży.
I tutaj pojawia się pytanie, które powinno paść z całą mocą:
Dlaczego Kiszczak przez lata trzymał dokumenty dotyczące Wałęsy we własnym domu?
Co było powodem?
Dlaczego człowiek, który przez lata kierował aparatem bezpieczeństwa PRL, zachowywał je po odejściu ze służby?
Czy traktował je jako pamiątkę?
Czy jako zabezpieczenie?
Czy jako potencjalny materiał kompromitujący?
A może jako coś, co w odpowiednim momencie mogło zostać wykorzystane jako narzędzie nacisku?
Nie wiem. I właśnie dlatego stawiam pytanie.
Ale jedno jest pewne: ta teczka nie pojawiła się dlatego, że Cenckiewicz któregoś ranka postanowił wymyślić historię „Bolka”.
Dokumenty istniały wcześniej.
I dlatego można dyskutować o ich autentyczności, pochodzeniu, kompletności i interpretacji. Można podważać konkretne ustalenia. Ale nie można zastąpić dyskusji historycznej obelgą i deklaracją własnej niewinności.
Pamiętam jeszcze jeden moment tej historii, bardzo osobiście.
Kiedy młody historyk Paweł Zyzak napisał swoją pierwszą książkę o Lechu Wałęsie, o jego rodzinnej miejscowości, rodzinie i młodzieńczych latach spędzonych na wsi, pracowaliśmy razem w jednej redakcji gazety.
Pamiętam Pawła jako młodego człowieka, który wszedł w obszar historii, który dla wielu był niemal nietykalny. Jego książka wywołała ogromną burzę. Paweł współpracował też z IPN i ostatecznie został zwolniony.
To były czasy, kiedy nazwisko Lecha Wałęsy wciąż miało ogromną siłę. Był człowiekiem, którego polityczna i społeczna pozycja pozwalała bardzo mocno wpływać na sposób, w jaki o nim mówiono.
I nie chodziło tylko o Pawła Zyzaka. Próby wywierania presji na ludzi, którzy zajmowali się jego biografią, pojawiały się również później. Wałęsa próbował walczyć z tymi, którzy ośmielali się podważać jego własną wersję historii.
Dzisiaj ta siła jest już zupełnie inna.
Minęły lata. Zmieniły się pokolenia. Otworzyły się archiwa. Kolejne dokumenty zaczęły wychodzić na światło dzienne.
I dlatego mam wrażenie, że ta historia będzie się jeszcze długo odsłaniać.
Bo historia ma to do siebie, że można ją przez jakiś czas przykrywać autorytetem, polityką, milczeniem czy wpływami. Można próbować zamknąć ją w sądzie. Można atakować tych, którzy zadają niewygodne pytania.
Ale przychodzi moment, kiedy zaczyna przemawiać archiwum.
I wtedy coraz trudniej jest uciszyć przeszłość.
A teraz pozwólcie, że dodam coś jeszcze bardziej osobistego.
Był taki czas, kiedy razem ze świętej pamięci Kornelem Morawieckim próbowaliśmy napisać do Lecha Wałęsy.
To było w czasach, kiedy był prezydentem.
Nie chcieliśmy odbierać mu jego historycznej roli. Przeciwnie. Uważaliśmy, że jego udział w wydarzeniach Sierpnia i „Solidarności” jest faktem, którego nikt rozsądny nie powinien negować.
Chodziło nam o coś zupełnie innego.
Pisaliśmy do niego, żeby powiedział prawdę.
Żeby przyznał, że były w jego życiu chwile słabości. Żeby powiedział: tak, stało się. Popełniłem błąd. Były kontakty z SB. Żałuję.
Wierzyliśmy, że społeczeństwo może człowiekowi wybaczyć słabość.
Że historia również może wybaczyć.
Bo przecież człowiek, który przyznaje się do własnego błędu, niekoniecznie staje się przez to mniejszy.
Czasami staje się większy.
Odpowiedź Wałęsy była bardzo niegrzeczna. Sens sprowadzał się do tego: „Słuchaj pan, ja byłem bohaterem”.
I właściwie od tamtego czasu niewiele się zmieniło.
Minęły dziesięciolecia. Zmienili się prezydenci, rządy, historycy. Otworzono archiwa. Pojawiły się nowe dokumenty, książki, ekspertyzy i procesy.
A Wałęsa wciąż pozostaje w tej samej opowieści.
Ja byłem bohaterem. Wszystko, co mnie obciąża, jest prowokacją. Wszystkie dokumenty są spreparowane. Winni są SB, Kiszczak, historycy, Cenckiewicz. Tylko ja jeden znam prawdę.
Tylko że historia nie działa w ten sposób.
Można być bohaterem i mieć słabości.
Można odegrać wielką rolę w historii i jednocześnie mieć na swoim życiorysie kartę, której chciałoby się nie pokazywać.
Można nawet zostać prezydentem wolnej Polski i jednocześnie mieć za sobą trudną, niejednoznaczną przeszłość.
To nie odbiera człowiekowi całej jego historii.
Ale odmowa przyjęcia odpowiedzialności za własne decyzje już coś zmienia.
Bo największym problemem Lecha Wałęsy nie jest dzisiaj tylko to, co zrobił w latach siedemdziesiątych.
Największym problemem jest to, że po tylu latach wciąż nie potrafi powiedzieć:
„Tak. Byłem bohaterem. Ale nie byłem święty.”
Być może jeszcze długo będą się znajdowali ludzie gotowi go bronić. Jeszcze długo będą politycy i środowiska, które będą stawały w jego obronie. Dzisiaj nadal są tacy, którzy próbują tę historię zamknąć w wygodnej dla siebie opowieści.
Ale przyjdzie moment, kiedy nie będzie już za nim stał żaden polityk, żaden autorytet i żadna partyjna siła.
Zostaną tylko dokumenty.
I wtedy nie będzie już znaczenia, kto kogo obrażał, kto z kim wygrał proces i kto głośniej krzyczał, że ma rację.
Bo z dokumentami nie prowadzi się negocjacji. I może właśnie dlatego ta historia wciąż tak żyje. Nie po to, żeby zniszczyć Wałęsę. Po to, żeby jego prawdziwa historia wreszcie nie musiała być większa od niego samego.
Zostaw komentarz