Od rana do wieczora Tusk, Gawkowski i cała orkiestra koalicji rządowej grzmią jednym głosem: prezydent wetując ustawę o „kontroli internetu” nie chce chronić dzieci przed pedofilami. Ma być dramat, łzy, moralna panika i obowiązkowe „pomyślcie o dzieciach”.
No to sprawdźmy fakty, a nie slogany.
Ustawa liczy 55 stron. Ile razy padają w niej słowa: dzieci, nieletni, ochrona dzieci, pedofilia, treści pedofilskie?
-Prawie wcale.
-Marginalnie.
-Symbolicznie, jak listek figowy.
Za to cała reszta tekstu dotyczy:
szerokich, nieostrych kompetencji urzędników,
blokowania treści „uznaniowych”,
nadzoru nad komunikacją,
mechanizmów kontroli bez realnej kontroli.
To nie jest ustawa o ochronie dzieci.
To jest ustawa o kontroli internetu, ubrana w emocjonalny szantaż.
„Dzieci” pojawiają się tu dokładnie w tej samej roli, co zawsze w takich projektach:
jako tarczka propagandowa, za którą próbuje się przemycić coś zupełnie innego.
Bo gdyby naprawdę chodziło o walkę z pedofilią:
byłyby precyzyjne definicje,
byłyby konkretne procedury,
byłoby wzmocnienie policji i prokuratury,
byłaby współpraca międzynarodowa,
byłyby realne narzędzia ścigania przestępców.
A nie 55 stron urzędniczego bełkotu, w którym dzieci są alibi, a nie celem.
To jest klasyczna polityczna zagrywka:
kto krytykuje ustawę -„broni pedofilów”.
kto ma wątpliwości -„nie dba o dzieci”.
kto czyta ustawę- „psuje narrację”.
Prezydent zawetował nie dlatego, że „nie chce chronić dzieci”.
Zawetował dlatego, że nie zgodził się na instrumentalne użycie dzieci do budowy systemu kontroli.
I jeszcze jedno:
jeśli rząd musi kłamać o własnej ustawie,
jeśli musi straszyć i moralnie szantażować,
jeśli fakty przegrywają z emocją…
…to znaczy, że ta ustawa broni się tylko propagandą.
A państwo, które rządzi propagandą zamiast prawem,
nie chroni dzieci. Chroni władzę, siebie samych.
Foto: KPRM/Gov.pl
Zostaw komentarz