Trwa dyskusja o pomnikach prezydenta Lecha Kaczyńskiego i ofiar tragedii w Smoleńsku. Niestety, przeciwnicy tej inicjatywy prowadzą dyskusję poprzez deprecjację śp Pana Prezydenta, a obrońcy reagują zbyt emocjonalnie. Przecież wystarczy tym „krytykom” zadać tylko jedno pytanie: jak można poznać skuteczność działań PLK, jeśli uruchomiono przemysł nienawiści, a także ówczesne władze wykonawcze zrobiły wszystko, by zneutralizować Jego posunięcia. Chcecie przykładu? Proszę! Przypomnę historie, o której już pisałem. Muszę, niestety, pominąć szczegóły, gdyż mogą być one nadal ściśle tajne.

W roku 2008 zaprojektowałem i realizowałem – wraz z kolegami, lecz główny ciężar spoczywał na mnie – operację wywiadowczą, której idea powstała w wyniku porozumienia prezydenta Lecha Kaczyńskiego z prezydentem Saakaszwilim. Ustalenia powstały jeszcze za rządów PiS, ale realizacja nastąpiła już za PO. Dziesięć tygodni miałem „wyjęte” z życiorysu. Działania obejmowały także dwa duże miasta wojewódzkie. Grupa liczyła kilkanaście osób i byli to na ogół ludzie młodzi, debiutujący w instytucjach państwowych Gruzji. Poznałem ich dość dobrze, spędzając z nimi szesnaście godzin na dobę, a czasem i całe dnie. W trakcie działań zauważyłem nagłą aktywność Rosjan. W miejscu, w którym nie powinni się pojawić, po rza pierwszy, zauważono samochód „dziennikarzy” rosyjskiej telewizji. Jednym z tych „dziennikarzy” był dyplomata z Ambasady FR w Warszawie. Mój przyjazd z grupą do jednego z miast wojewódzkich poprzedziła „wizyta” jednego z rosyjskich konsulów. Muszę tu wyjaśnić, że w tym mieście takiej „wizyty” przedtem nie było. Polska obserwacja potwierdziła mi również „dziwne” sytuacje. Pisałem o tym do Centrali i działałem dalej zgodnie ze sztuką, licząc na to, że Centrala poinformuje o zdarzeniach inicjatora operacji, czyli Pana Prezydenta. Byłem przekonany, że w grupie Gruzinów jest osoba, która pracuje dla Rosjan. Obserwacja ugruntowała moje podejrzenia, a jej ustalenia zogniskowały moją uwagę na dwóch osobach. Na podstawie różnych działań „Betki”, w tym na terenie przygranicznym, ale na „po drugiej stronie”, zauważyliśmy „zgrupowanie” dwóch telefonów „moich” ludzi i… Sorki, ale reszta ściśle tajna. Po zakończeniu działań napisałem duży raport, wielostronicowy, relacjonujący moje czynności oraz wszystkie podejrzenia i ustalenia, w tym ustalenia obserwacji. Dokument zawierał też dokładne opisy, czyli wszystko to, co taki „kwit” powinien zawierać. Kilkakrotnie powtórzyłem w nim wniosek o przekazaniu raportu i powiadomieniu o wszystkim prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wraz z sugestią poinformowania o naszych podejrzeniach prezydenta Saakaszwilego. ja byłem za „malutki”. Poza tym, oficerowi nie wolno omijać drogi służbowej. Mój bezpośredni przełożony (obecnie awansował, bo przyszedł po roku 1990) obejrzał raport, stwierdził, że jest „obszerny, ma DEWD na dole i na górze”, po czym wyraził wątpliwość, czy ktoś go w ogóle przeczyta. W tym momencie zauważył, że zarejestrowałem już go, co powoduje, że musi go wysłać, więc spojrzał na mnie z nienawiścią i wysłał do szefa szefów. Zorientowani wiedzą dlaczego musiał. Miesiąc później wybuchła wojna w Gruzji.

W roku 2012 zwrócono się do mnie o realizację podobnej operacji. Tym razem wymusiła ją strona gruzińska, zupełnie inna niż za prezydentury Saakaszwilego. Tym razem „opiekowałem” się kilkoma emerytowanymi pracownikami KGB i SWR, dwoma generałami, którzy „odtwarzali” służby gruzińskie. O tym jednak, i jeszcze o kilku innych ciekawych rzeczach, dowiedziałem się dopiero w trakcie realizacji sprawy. Wcześniej, przygotowując się do działań, poprosiłem o swój raport z roku 2008. Niestety, okazało się, że raportu nigdzie nie ma, chociaż był ściśle tajny i zarejestrowany. Nigdy nie opuścił AW i żaden dokument nie został dostarczony prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu. Zniknęły też załączniki, a właściwie znalazło się „gdzieś w szafie” jednego z szefów tylko pojedyncze zdjęcie. Po działaniach w roku 2012 również napisałem raport z ciekawymi informacjami, ale nie wiem czy dotarł on do kogokolwiek, bo byłem już tylko konsultantem i mogłem jedynie go napisać, lecz nie wysłać. Do tego potrzebny był czynny oficer.

Tak to śmiesznie wygląda. Jak może być skuteczny, nawet najwyższy nominalnie, urzędnik państwowy, skoro nie ma wsparcia władz wykonawczych? Prezydent Lech Kaczyński i tak był skuteczny, lecz był sam i nie był w stanie przebić tego muru nienawiści.

Aha! Zamiast słów o Kartaginie powtórzę: za takie akcje zabierają mi emeryturę.