Większość Polaków od początku majówki, od rana do wieczora spożywa alkohol w tzw. zaciszu domowym. I głównie tym się zajmuje. Cały długi łykend. Generalnie co do zasady, ale ta majówka jest szczególna, bo najgorsza od dziesięcioleci pogodowo i epidemicznie.

Robotnicy, rolnicy, średniozamożni, biedni alkoholicy. Pękają kolejne puszki z Harnasiami i Tatrami z 8- i 12-paków z Biedronki lub Lidla, za każdym razem oglądane zawleczki czy aby pod spodem nie ma informacji, że wygrało się darmowe piwo, telewizor, auto czy wycieczkę na Ibizę. I przeklinanie za każdym razem, gdy pojawia się prosty komunikat „Graj dalej” (czy to aby nie jest zachęcanie do nadmiernej konsumpcji alko?). Do tego obowiązkowo Żubrówka biała lub Krupnik w cenie 19,99 jak się kupi dwie flaszki. Biały bocian i Wyborowa za wysoko stoją. Garbaty nie dostanie nawet gdyby się wyprostował. No i oczywiście samogony, po taniości kupiony i rozrzedzony spirytus, w ostateczności Wódka Parkowa, która zawsze jest najtańsza, bo nazwa zobowiązuje. Wina tylko te z promocji, obecne odpowiedniki „Sofii”, byle nie drożej niż 11,99 za butelkę. Amarena za 4 złote trochę obciachowa, ale w ostateczności tylko wejdzie i zaraz wyjdzie. A w beret kopnie i jest fan. Zagryzka: kaszanka, kiełbasa na grilla średniomielona byle nie droższa niż 7,99 za kg, karczek, dużo cebuli, ogórków kiszonych i własnoręcznie zebranych maślaków marynowanych. W tle disco polo, „Trudne Sprawy” i inne idiotyczne seriale, które zdecydowanie szybciej niż alkohol przyspieszają śmierć szarych komórek. W każdym razie dużo telewizji, im większy ekran tym lepiej. Byle coś zmieniało światełka i ktoś w tle gadał. I rozmowy przy stole, o PiS i o PO, o tym że wszyscy politycy są tacy sami (a my ich wybieramy, bo jesteśmy jeszcze głupsi od nich).

Inteligencja, menedżerowie średniego szczebla z korporacji lub większych firm, lepiej zarabiający alkoholicy. Tu pojawiają się na stole Dżonyłokery, czerwone i czarne, Balentajnsy, droższe wódki białe, łyskacze i koniaki. Do tego wina francuskie, portugalskie, hiszpańskie, czilijskie, gruzińskie, w ostateczności te z Europy Środkowo-Wschodniej, bo wszyscy mają bite jak gwóźdź w deskę przekonanie, że w tej części świata nie może powstać nic wartościowego. Zatem wina węgierskie, mołdawskie, macedońskie, bułgarskie w ostateczności. Jak już się goście napiją, to wtedy można postawić na stole. Zagryzka: sery białe, żółte, pleśniowe z różnych stron Europy, oliwki, papryczki czili, korniszony, anszuła i inne nieznane na słowiańskiej ziemi delikatesy. W tle muzyka: dżez, pop, folk, lekki trans, generalnie stonowana, nie wcinająca się w dyskusję głośnymi rytmami. Telewizja w tle jest oznaką wieśniactwa. Dyskusje o ważnych sprawach, karierach, finansach, inwestycjach, przyszłości Polski i świata. Jeden mądrzejszy od drugiego, ale w kiblu na szczotkę po sraniu tylko popatrzy ze zdziwieniem. A papieru zużyje jednorazowo tyle, co ci wcześniej wspomniani, za miesiąc.
Bardzo bogaci ludzie na wysokich stanowiskach, inteligencja na ponadprzeciętnym poziomie, właściciele wielkich firm lub korporacji, względnie wysokiej klasy menedżerowie, alkoholicy pijący tak drogie trunki, że trudno ich uznać za alkoholików. Alkohol symbolicznie, po kilka kieliszków, za to z butelki, której koszt wacha się w okolicach jednej średniej krajowej. Tu spożywanie alkoholu nabiera rangi symbolicznej demonstracji bycia lepszym od tego stada, co poniżej poniewiera się harnasiami, tatrami a nawet droższymi łyskaczami i koniakami, żre słowiański kawior (kaszanka), salceson i obleśne ogórki kiszone. Je się mało, symbolicznie, tylko żywność nieprzetworzoną. Po oficjalnych spotkaniach jednak duża część schodzi do poziomu wcześniej opisanej grupy. Mało się o nich zresztą wie, bo ci co wiedzą, mają płacone, żeby nie wiedzieli. To jest naprawdę nadzwyczajna kasta.

Na ulicach jest mało ludzi, a ci, których spotykasz są albo po spożyciu, albo przed, bo idą do Żabki nakupić na wieczór piwa, wina, wódki i droższych alkoholi. Chodzą krzywo lub jakoś tak nerwowo, kupują na odczepnego dzieciom czekolady, lizaki i lody. Cała Polska choruje na długi łykend w lokdałnie, albo odwrotnie. Pogoda nie sprzyja spacerom i wyjazdom. Andrusiewicz z tą wciąż nieprzezwyciężoną mutacją (ile on ma lat?) wciąż straszy Polki i Polaków wizją kolejnego pomoru i lokdałnu. Jak co dzień info o tym, że w ciągu doby na kowita wymarła kolejna wieś (ok. 500 osób). I że Śląsk jest gorszy od Warmińsko-Mazurskiego, choć miesiąc temu było dokładnie odwrotnie. Ludzie w myślach chodzą po ścianach i zastanawiają się, kogo zamordować. Prawdopodobnie gdyby nie alkohol, połowa Polaków albo popełniłaby samobójstwo, albo zabójstwo. Druga połowa zapadłaby się w siebie, coś w rodzaju psychologicznej implozji.

Bardzo kocham swoją nienormalną Ojczyznę.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.