Nieustannie uświadamiam sobie jak trudnym jestem człowiekiem. Chciałem napisać „skomplikowanym”, ale to nie oddałoby istoty rzeczy. To byłaby raczej ucieczka przed prawdą o sobie. Nie użyłbym jednak określenia „uciążliwym”, bo to byłoby przegięcie w drugą stronę.
Moja trudność bywa dokuczliwa dla innych, zwłaszcza tych, których lubię i kocham. Jestem jak jeż, którego nie można przytulić i który zamienia się w kolczastą kulę, gdy wyczuwa zagrożenie. Rzadko okazuję uczucia, co nie oznacza, że ich nie mam. Nauczyłem się je trzymać na uwięzi, jak trzyma się nawpółwściekłego psa przy budzie.
Czasem gdy zgaszę światło w pokoju, w którym zasypiam, słyszę swoje myśli przelatujące nad moją głową. I wtedy na poważnie zastanawiam się czy aby nie zwariowałem. Słyszę ich trzepotanie, niemal doświadczam fizycznie ruchu powietrza. Jakbym przeniósł się w inny wymiar. Dopiero jak je na własne oczy widzę, wiem, że wszystko jest OK.
Zaczyna mi doskwierać ta moja trudność „w obejściu”, ale jednocześnie nie potrafię zamienić ją na „łatwość”. Znam wiele osób, które nie poradziwszy sobie z sobą i swoją (trudną) sytuacją zdziwaczały, odpłynęły na archipelagi stanów świadomości. Niewykluczone, że mi to też grozi, dlatego staram się co jakiś czas wykonywać czynności typowe dla normalnych ludzi i myśleć tak, jak myślą normalni ludzie.
Ale to wcale nie jest takie łatwe. Bycie normalnym człowiekiem kosztuje zbyt wiele. Nie stać mnie na to. Stać mnie na normalność w wyznaczonych z góry godzinach, jak Rumunów na prąd za Ceausescu. Maksymalnie 2-3 godziny na dobę.
Nie jestem normalny, i dziękuję tym wszystkim, którzy to rozumieją i nie czynią z tego powodu wyrzutu.

P.S. Jestem szczęśliwy, że udało mi się dziś wyjść na wspaniały październikowy spacer z Aleksandrą Konstancją.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz