Chodziłem do niej z racji rejonizacji po ukończeniu I klasy szkoły podstawowej w Lesznej Górnej. Już na dzień dobry byłem wiejskim głupkiem. Nie podobało mi się w tej szkole mieszczącej się w pomieszczeniach dawnych koszar armii austro-węgierskiej. W Lesznej było więcej przyrody i w okolicy szkoły były klatki z nutriami, których się trochę bałem ale lubiłem je oglądać, Miały takie fajne żółto-pomarańczowe zęby. Do „piątki” musiałem codziennie iść ostro pod górę, z powrotem za to miałem z górki. Często zawieszałem się w połowie drogi, na kamiennych schodkach przy obecnym komisariacie Policji i pytałem głośno sam siebie, po co mi ta nauka.

Nie przypominam sobie, aby pobyt w tej placówce miał jakiś poważniejszy wpływ na moje wykształcenie. Śmiem twierdzić, że nie nauczyłem się tam niczego wartościowego. Po prostu przekiblowałem kilka lat, po czym mnie z tej szkoły zwyczajnie wyrzucono, wcześniej próbując mnie przekierować do nieodległej szkoły specjalnej. Najmilej wspominam lekcje geografii, w trakcie których „krowa” (bo tak nazywaliśmy nauczycielkę), często zasypiała w połowie lekcji po zjedzeniu… krówki. Darzyłem sympatią tą panią w odróżnieniu od pana od pracy-techniki. Ten facet o cechach przemocowca-sadysty mógłby z powodzeniem zarządzać obozem koncentracyjnym. Zawsze czerwony na twarzy nie mówił do nas lecz krzyczał mocno przy tym gestykulując.

Głównym powodem chęci skierowanie mnie do szkoły specjalnej było to, że w trakcie przerw z nikim nie rozmawiałem tylko chodziłem tam i z powrotem po korytarzu dotykając palcem wskazującym omalowanej olejną farbą na sraczkożółty kolor ścianę. Oglądałem wówczas wszystkie tabloux, na których wywieszano zdjęcia absolwentów szkoły. Te wielkie tablice kojarzyły mi się z hurtowymi klepsydrami i marzyłem wówczas aby nigdy nie znaleźć się na takim miejscu. I udało się. Bo ze szkoły w piątej klasie mnie już wyrzucili. Z następnej szkoły też próbowali mnie wyrzucić ale było za późno, bo to już była ostatnia, ósma klasa.

Potem był postęp, bo przez 5 lat technikum mnie nie chcieli wyrzucić. Niestety już na pierwszym roku studiów wyższych w Warszawie groziła mi relegacja z powodu takiego, że małym fiatem 126p próbowałem przemycić przez granicę polsko-czeską swoją koleżankę z roku. Dwa razy mi się udało, za trzecim wpadłem. Ostatecznie moja Alma Mater okazała wielką dobroduszność.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.