Z annałów codzienności wydziału.

Po rozwodzie z historykami na skutek zniszczenia Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych i utworzeniu obecnego Wydziału Społeczno-Ekonomicznego (już bez nauk!) rektor mianował „tymczasowego pełnomocnika ds. kultury pamięci na WSE”.

Problem w tym, że nie ustalono jego zadań i kompetencji, więc każdego dnia przychodził na wydział z takim rozkładanym zielonym krzesełkiem wędkarskim i siadał w kącie poczekalni gabinetu naszego miłościwie i litościwie nam panującego dziekana. I nie mając jasnych wytycznych szeleścił „Życiem Warszawy”, co tak denerwowało panią Balbinę, że ani razu nie zaproponowała mu kawy lub herbaty, a wychodząc z biura na wszelki wypadek zabierała ze sobą trzy śliwki w czekoladzie, które służyły za dekorację. Bo pełnomocnik mógłby jedną zjeść skrycie.

Pewnego dnia panią Balbinę odwiedził profesor Karol Zszywacz, bardzo znany na sąsiednim wydziale z subtelnego wyrażania myśli i podkreślania ich znaczenia poprzez unoszenie powiek. Profesor Zszywacz, trzeba dodać, jest wytrawnym historykiem, który nawąchał się niejednego archiwum. Należy go zaliczyć do grona najwybitniejszych (w swoim mniemaniu) historyków.

– Kim pan jesteś, zapytał profesor, dostrzegając w zaciemnionym kącie człowieka siedzącego na krześle wędkarskim.

– Jestem pełnomocnikiem. Rektora pełnomocnikiem – wykrztusił pełnomocnik mając świadomość, że ma do czynienia z niewątpliwie ważną osobą, a podkreślając osobę rektora jakby wykupując sobie polisę na życie.

– I jaka jest pańska misja?, zapytał profesor.

– Jeśli mogę pozwolić sobie na szczerość względem pana profesora to…

– O to to nie, szczerości od pana nie oczekuję, tylko oficjalnych stanowisk, autoryzowanych wypowiedzi i komunikatów urzędowych. Dość już się w swoim życiu nasłuchałem szczerych wypowiedzi. Od nich tylko głowa puchnie.

– Oficjalnie to nie wiem po co tu zostałem skierowany, odrzekł łamiącym się głosem pełnomocnik. Każdego dnia zaczynam siedzenie tutaj od czekania na jakieś instrukcje, które nie nadchodzą. Siedzę tu już drugi miesiąc. I zwinął w rurkę „Życie Warszawy” wlepiając wzrok w profesora Zszywacza.

– Młody człowieku, rzekł profesor, ja w pana wieku też byłem pełnomocnikiem. I też nie miałem jasno wyłożone, co mam robić. Bo widzi pan, człowiek, który pana tu przysłał i uczynił swoim pełnomocnikiem, oczekuje od pana, że pan sam odgadnie po co został tu przysłany i tym samym uczyni swoje posłannictwo efektywnym. Musi pan koniecznie zrobić użytek ze swojej inteligencji.

Wtem do gabinetu wszedł dziekan ciągnąc za sobą truchło dzika, drugiego już w tym miesiącu.

– Niech to szlag, kolejny dzik wpakował mi się pod samochód. Na szczęście mam opancerzenie, inaczej miałbym cały przód do klepania, jak ostatnio. Przecież nie zostawię zabitego zwierzęcia na drodze. Pani Balbino, pani zapyta w Dziale Kształcenia czy nie potrzebują mięsa na święta. Ale skóra i kły zostają na wydziale – zadeklarował dziekan. Kły idą na ścianę, a z futra zrobi się stylowy dywanik pod stolik, przy którym przyjmuję gości. I niech sprzątaczka wytrze korytarz, bo ten ślad z krwi niedobrze wygląda. Powiedział i zamknął się w swoim gabinecie.

– Może zaproponuję panom kawę – powiedziała pani Balbina w stronę pełnomocnika i profesora, żeby jakoś rozładować narastające napięcie. Z cukrem czy bez – zapytała wyprzedzając odpowiedzi obu panów. Dla pełnomocnika bez cukru, odpowiedział profesor Zszywacz. Na cukier u nas na wydziale trzeba sobie zasłużyć, tymczasem ten gnuśny człowiek tylko siedzi i czyta prasę. I z tego co zauważyłem, głównie kronikę sportową. Jak można w taki sposób marnować swoje życie, stwierdził profesor.

– Można, można, w Dziale Wyrzeczeń Prywatnych od lat nie spotkano osoby, która by coś załatwiła i co miałoby sens. A w bibliotece? Myśli pan, że wypożyczane książki są czytane. Otóż nie – wykrzyknął pełnomocnik. Są wypożyczane po to by zbierać kurz, już nikt nie czyta książek! – oczy zaszkliły się pełnomocnikowi. Ból jego duszy okazał się jak skalar w akwarium.

– Proszę pana, ja czytam tylko te książki, które sam napiszę, bo te są najlepsze. I najlepiej mi znane. Książek obcych autorów unikam, bo nigdy nie wiem co w nich znajdę. Mam już odpowiednio wyreżyserowane swoje życie, aby ryzykować czytanie treści, które mogą ten scenariusz przekreślić. Panu radzę to samo – powiedział profesor – niech Pan pisze niewielkie powieści, małe książki, najlepiej tylko dla siebie. I niech pan ich nikomu nie pokazuje. Bo po co ma się pan potem wstydzić za siebie. Jak pan chce, mogę zostać ich recenzentem, by uświadomić panu ile ma pan jeszcze literacko do nadrobienia.

Otwierają się drzwi do sekretariatu i odrzwiach pojawia się głowa sprzątaczki pytającej – „czy są śmieci”? – na razie nie ma, ale będą – powiedział profesor drwiąco uśmiechając się w stronę pełnomocnika.

W tym samym momencie otwierają się drzwi od gabinetu dziekana i tenże widząc siedzącego w na krzesełku wędkarskim pełnomocnika w towarzystwie profesora Zszywacza, zapytał – dlaczego ten człowiek siedzi na krzesełku wędkarskim, czy jest już tak źle, że nie mamy normalnych siedzeń na wydziale?

– Panie dziekanie, odrzekła pani Balbina, są, ale pan prodziekan powiedział mi, abym zbyt pochopnie nie obdarowywała nimi ludzi, których dostatecznie nie znamy. Bo jak powiedział prodziekan – potrafią się w nich zasiedzieć. Składane, przenośne krzesełko nam jak najbardziej odpowiada i leży w żywotnym interesie naszego wydziału – dopowiedział zakładając szarą czapkę i szalik przed wyjściem do windy, gdzie wiadomo, że jest zimno i można się przeziębić.

Przyszła poczta. Chodzą po uniwersytecie głosy, że roznosicielem poczty może być tylko człowiek bez przeszłości, człowiek teraźniejszy. Bo ci z przeszłością perwersyjnie oglądają stemple pocztowe i wyliczają dni, które upłynęły od nadania przesyłki do wpłynięcia na uniwersytet, a zwłaszcza te dni, które upływają od wpłynięcia na uniwersytet do dostarczenia na wydział. Człowiek teraźniejszy żyje bigosem i wątróbką z cebulką, nie rozmyśla o tym, co było, myśli tylko żeby się najeść.

– ooooo, pismo z rektoratu, otworzę bo może pilne – powiedziała pani Balbina. Ukaz w sprawie dopowiedzenia kompetencji pełnomocnika na wydziale – czyta na głos. Pod pełnomocnikiem uginają się kolana. Drży.

– może pani przeczytać, co tam jest napisane? Może to w mojej sprawie, może nadane zostały mi kompetencje i zadania? Może będę mógł zacząć działać? – Nerwowo wykrzykuje pełnomocnik.

– panie kolego, pan się do działania nie nadajesz. – Ostro spuentował profesor Zszywacz. Żeby w życiu coś osiągnąć trzeba być jak ja. Wiecznie spiętym i nierozpiętym, w heglowskiej dialektyce godzącym w sobie coś możliwego z niemożliwym. Między herbatą i kawą, czosnkiem i cebulą. Ja powinienem być dla pana wzorem – powiedział profesor Zszywacz pochłaniając ukradkiem jedną z trzech śliwek w czekoladzie.

– no faktycznie, to pismo dotyczy pana, powiedziała pani Balbina. Jest tu w jednym zdaniu napisane, że zostaje pan odwołany. Decyzja wchodzi w życie z dniem odczytania panu. Zatem do widzenia panu – zakomunikowała pani Balbina pełnomocnikowi.

– ale jak to tak? Przecież dopiero co zostałem mianowany! – mówi podnosząc głos i brwi pełnomocnik. Całe swoje życie zawodowe podporządkowałem siedzeniu tu przez miesiąc bez dwóch tygodni w kącie na krzesełku wędkarskim, które za własne pieniądze kupiłem w Decatlonie. I teraz już nic? Jestem niepotrzebny? Q..a mać, tak się z ludźmi nie postępuje!

Profesor Zszywacz miał wyraźną satysfakcję z zakończenia misji pełnomocnika. Korytarz od windy do gabinetu dziekana na drugim piętrze został uprzątnięty, zginęła tylko jedna z trzech dekoracyjna śliwka w czekoladzie. I wszystko wróciło do normy.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.