Dzień dziecka to fajna chwila by, patrząc na uśmiechnięte dzieciaki, przypomnieć sobie cośmy stracili jako tzw. dorośli.
Kilka rzeczy straciliśmy, ale możemy je jeszcze odzyskać przy odrobinie dobrej woli.
Przede wszystkim wrażliwość sprawiającą, że tak łatwo wpadaliśmy, jako dzieci, w zachwyt.
A mnie zachwycało wiele rzeczy, obok których dziś przechodzę obojętnie.
Choć staram się by patrzeć na nie niekiedy na nowo.
Zieleń młodych liści, w maju, na drzewach.
Wiosenny deszcz zraszający kiście bzu.
Zapach pieczonego chleba z pobliskiej piekarni.
Kwaśność ogórków kiszonych w ustach.
Zwłaszcza tych uprawianych we własnym ogrodzie.
Uśmiech na twarzy żony i jej śmiech.
I mógłbym wymieniać tak bez końca.
A lista tych, z pozoru banalnych rzeczy, byłaby długa.
Ponadto nie mamy już tej prostolinijności dziecka, które, zanim je nauczą dorośli tzw. rozwagi, nie kalkuluje czy to co mówi opłaca mu się, czy nie.
Nazywa i ocenia ludzi i rzeczy po imieniu bo kieruje się sercem, emocjami, a nie racjonalnym podejściem.
Dopiero karcone przez dorosłych, że coś nie wypada mówić lub robić, staje się ostrożne, często wyrachowane.
Pod ich wpływem robi to, co dorosłym sprawi przyjemność, by ich zadowolić.
Ktoś powie, no uczy się przestrzegać reguł zachowania społecznego.
Owszem, ale jest w tym tylko część prawdy.
Bardzo często jest to pancerz, który ma nas chronić przed innymi i ich emocjami.
Który zabija w nas empatię, którą dziecko posiada jeszcze nieskażoną.
Po którejś „dziesiątce” w metryce dostrzegamy ileśmy stracili z darów, które jako dzieci otrzymaliśmy.
Empatię, wrażliwość, prostolinijność, radość cieszenia się drobnych rzeczy.
Mam jednak taką nadzieję, że nie utraciliśmy bezpowrotnie.
To tylko od nas zależy.
Zostaw komentarz