Już słyszę duszy uszami głosy oburzonych zwolenników prawdy, po przeczytaniu tytułu tego artykułu. Ale może warto się zastanowić nad kilkoma aspektami zagadnienia „Bolkowych” teczek? Rzeczywiście, uważam, że w tej chwili bezpardonowe walenie w Lecha Wałęsę jest przede wszystkim bezprzedmiotowe, czyli antyskuteczne. Ale jest także mało eleganckie, bowiem jest… kopaniem leżącego. Lech Wałęsa największą krzywdę wyrządza sobie sam. A jego rozdęte ego uniemożliwia mu niestety, zauważenie, że wyrządza tym także krzywdę Polsce i Polakom. Swoją postawą zaprzecza obecnie idei ruchu „Solidarności” i suwerenności Polaków, wspiera komunistów, postkomunistów, unionistów, platformistów i innych nowocześniejszych beneficjentów tzw. „Okrągłego Stołu”. A oni leją krokodyle łzy zacierając ręce i deprecjonując Wałęsę. On tego nie widzi.

Kiszczak – Generalski pocałunek śmierci

Ujawnienie istnienia „kolekcji” generała Czesława K. i żony jego Marii Teresy nie powinno zaskakiwać nikogo myślącego, kto choć trochę rozumie przemiany, jakie dokonały się w Polsce po 1989 r. Także upublicznienie faktu, że cymelium owej kolekcji są teczki tajnego współpracownika komunistycznej bezpieki o pseudonimie „Bolek” nie jest niczym dziwnym. Wszak to z Lechem Wałęsą, w teczkach owych występującym właśnie jako „Bolek”, czołowi decydenci Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w tym przede wszystkim Kiszczak, ustalali formy przekazania części władzy, a raczej problemów chylącego się ku upadkowi państwa zamieszkiwanego przez Polaków, a zarządzanego z Moskwy. To on w zamyśle partyjnych aparatczyków z najwyższego szczebla układających się ze swoimi dawnymi towarzyszami i przyjaciółmi chwilowo reprezentującymi opozycję, miał być owym listkiem figowym, a zarazem firmować nowy podział władzy pomiędzy swoimi i swoimi. Bo niewątpliwie komunistyczni włodarze intencje mieli nieco skromniejsze, niż znane nam efekty. Ale wydarzenia czasami wyrywają się spod kontroli i tak było i tym razem. Z czasem w miejsce koncesjonowanych udziałów Polacy dopilnowali oddania wszystkiego. Trudno, trwało to ponad ćwierć wieku, ale ostatecznie nareszcie mamy władzę ludzi suwerennych sprawowaną w imieniu i dla ludzi suwerennych.

Przy tzw. Okrągłym Stole uzgadniano tylko szczegóły techniczne. Rzeczy najważniejsze przygotowano w mniejszym kręgu, czy mniejszych kręgach, w willi przy warszawskiej ulicy Zawrat, czy też w Magdalence. Popatrzcie na filmy nakręcone tam przez fachowych kamerzystów z Telewizji Polskiej, pracujących na niejawnych etatach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, czyli bezpieki. Oni wiedzieli co jest ważne, kto jest najważniejszy. Nie laureat Nagrody Nobla, nie jowialny komunistyczny dyplomata Stanisław Ciosek. Wałęsa kłania się w pas… komu? …Kiszczakowi. Prawi mu dusery a kiedy przychodzi do najważniejszych spraw i tematów, siedzi milczący i jakby zagubiony. Prosty człowiek, któremu mowę odjęło, gdy został wezwany i dopuszczony na salony generała, a właściwie dwóch generałów. Bowiem nie zapominajmy, że mocodawcą Kiszczaka w Polsce był formalnie i politycznie Wojciech Jaruzelski. A w tych najważniejszych dyskusjach rozmówcami Kiszczaka są Bronisław Geremek, Adam Michnik, przyklejony do mich Tadeusz Mazowiecki. Czasem gdzieś w tle pojawia się Jacek Kuroń. A milcząca obecność innych, np. Władysława Stelmachowskiego ma w tej sytuacji wielką wymowę. Jednak wszystkie rozmowy nakierowane są na jednego człowieka, na gospodarza właśnie czyli Kiszczaka. Uczestnicy zdają się pytać: Czy słyszy? Czy akceptuje? Czy dogadamy się jak prawdziwi czekiści z prawdziwymi komunistami? A czerwony car z podwadowickich Roczyn słucha, czasem zagada, uszczegółowi, zapyta. Oooch… zmarszczył brwi! To dobrze, czy źle? Groteskowo w tej sytuacji brzmi toast Wałęsy, za „Solidarność”, ruch, którego przecież nie ma, bo jest zdelegalizowany. Brzmi groteskowo, ale przecież to jednak nie jest „Bolek”, a jest ten Wałęsa, którego wielomilionowy ruch postawił na swoim czele.

Jakże zatem trzeba być naiwnym, aby nie pomyśleć, że skoro Kiszczak jakiekolwiek materiały na Wałęsę miał, to w tamtym czasie były one dla niego swoistą polisą ubezpieczeniową, gwarantującą mu bezkarne przejście suchą nogą przez sztorm wymuszonej demokratyzacji. Bo prawdziwa i pełna demokracja nie wchodziła jeszcze wtedy raczej w grę. Jak się okazało, miał rację. W odradzającym się wolnym państwie, w którym wcześniej był głównym terrorystą narodu, został legalnym, nie narzuconym ministrem, członkiem demokratycznego rządu. Jego główny zleceniodawca dochrapał się nawet najwyższego urzędu w tym państwie, acz na szczęście na krótko. Cóż to była za gratka dla zmęczonych wysługiwaniem się obcemu mocarstwu i truchlejących na każdy atak astmatycznych władców Kremla, podstarzałych już przecież generałów, co to lampasy ordery i bajery, ale prochu zbytnio się nie nawąchali. Jak dziś wiemy, musieli sobie sami dokumenty w teczkach personalnych przepisywać, aby móc zasługi dopisywać. No cóż, po nieco ponad ćwierćwieczu obrony idei „mniejszego zła” odeszli kolejno na miejsca wiecznego spoczynku. Być może oni nie wierzyli, ale ja wierzę, że na prawdziwy i sprawiedliwy Sąd Ostateczny.

Generał Czesław nie byłby jednak fachowcem w swojej branży, gdyby nie zostawił swoich skarbów następcom i nie dopilnował, aby trafiły do publicznej świadomości. Bo przecież szkolono go przez lata, że takie materiały do czegoś służą. Jak długo informacje dopływają, służą do rozgrywania tych, którzy są w  nich opisani. Kiedy z jakichś przyczyn źródło informacji przestanie służyć, można informacje wykorzystać dwojako. Albo do zniszczenia człowieka przekazującego owe informacje, w oczach opinii publicznej, albo do trzymania go w szachu, aby nie brykał zbyt mocno. Generałowi Kiszczakowi przytrafił się dublet. Zarówno posiadał haka na Wałęsę, czego ten ostatni miał niewątpliwie świadomość przez lata swej aktywności, jak też, kiedy już ten hak stał się dla generała zbędny, zdeprecjonował nim Wałęsę. Uczynił to bardzo skutecznie uderzając w jedno z najczulszych miejsc Wałęsowego ego. Musiał generał, a być może obaj generałowie, szczerze nienawidzić Wałęsy, a przynajmniej okrutnie go lekceważyć. Musiał generała, a zapewne obu, straszliwie boleć ów wymuszony sytuacją Okrągły Stół i konieczność oddania władzy. Wszak zemsta kusi, a zapiekłość, zwłaszcza ideologiczna, nie pozwala zapomnieć.

Wałęsa – Świadectwo moralności od oprawców?

            Zatrzymany przez bezpiekę w grudniu 1970 r. młody i narwany robotnik, uczestnik tragicznych wydarzeń w Gdańsku, niewątpliwie nie miał pojęcia, czym i jak zajmują się owi „milicjanci”, chodzący zazwyczaj po cywilnemu i rozmawiający czy wypytujący o różne sprawy. W tamtych latach wiedza o kuchni pracy tajnej policji była wśród społeczeństwa znacznie mniejsza, a i ogólny poziom świadomości znacznie niższy. Rozmawiał z nim przeciętny, chociaż niewątpliwie inteligentniejszy od niego człowiek, w urzędowych pomieszczeniach. Postraszony podczas przesłuchania, ale zapewne także umiejętnie podbechtany, napisał, podpisał. Nie wiedział, że to cyrograf na całe życie. A funkcjonariusz zapewne zatarł ręce. Ta karczma bezpieką się nazywa, kładę areszt na waszeci. Jeżeli Lech Wałęsa brał pieniądze za informacje przekazywane bezpiece, a na to wskazują zachowane pokwitowania, sam sobie sporządził najgorsze świadectwo. Ale trzeba pamiętać, że był wtedy młodym człowiekiem, żyjącym w siermiężnych czasach i ubogim społeczeństwie, obarczonym właśnie założoną i powiększającą się rodziną. A owi panowie „milicjanci”, Graczykowie, Rapczyńscy czy Ratkiewiczowie, jawili się jako przedstawiciele władzy oficjalnej i legalnej. Mówili, że to dla dobra Wałęsy i wszystkich w ogóle, a przeciw wrogom i wichrzycielom. I podsypywali co jakiś czas niezłą kwotę. Kilkaset złotych, tysiąc a nawet półtora tysiąca. Łącznie, jak wskazują zachowane pokwitowania, ponad 13 tysięcy.

Musiało jednak niewątpliwie coś pozytywnego w Lechu zakiełkować, ba wzrosnąć, skoro z czasem nie starał się produkować dalszych doniesień, mówić wszystkiego, co wiedział a tym bardziej nawet kreować rzeczywistość, byle ową kasę otrzymywać. A wielu było i takich, którzy bez skrupułów i nie przebierając w środkach tworzyli całe historie, byle tylko dostać kasę. Wszyscy oni nie wiedzieli jednak, że praktycznie każda informacja jest dla bezpieki jakoś istotna, a otrzymywana przez funkcjonariusza rozpisywana jest w wielu egzemplarzach i fragmentach, zaś pokwitowania za wypłacone pieniądze są skrzętnie zachowywane. Każda informacja była także sprawdzana. Bo funkcjonariusza kontrolowali przełożeni. I z pracy z agenturą, i z dysponowania funduszem operacyjnym.

Sprawę współpracy Lecha Wałęsy z komunistyczną bezpieką opisali przed laty w świetnie udokumentowanej książce doktorzy Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk. Ujawnione u M. Kiszczakowej akta jedynie potwierdzają, że ustalenia były prawidłowe. Historycy, nierzadko utytułowani i ogłoszeni autorytetami przez tzw. mainstream, którzy onegdaj krytykowali opracowanie Cenckiewicza i Gontarczyka, albo przynajmniej wyrażali swój sceptycyzm, dzisiaj, po przeczytaniu teczek „Bolka” nie mają wątpliwości, że autorzy ci dostępne im materiały zanalizowali prawidłowo. Zatem z tej strony Polacy zaskoczeni nie zostali. Wałęsa sponiewierał obu autorów werbalnie, ale sprawy sądowej nie wytoczył. Zapewne wiedział, że mimo braku twardych dowodów, małe ma szanse na wygranie.

Wierzę w zerwanie owej współpracy „Bolka” w 1976 r. Lech Wałęsa stał się postacią publiczną w cztery lata później, kiedy ostatniego sierpnia w roku 1980 wielkim długopisem podpisywał w imieniu strajkujących robotników Wybrzeża porozumienie z przedstawicielami władz komunistycznych. Później stanął na czele potężnego związku zawodowego, a znacznie bardziej jeszcze ruchu społecznego, który nazwano „Solidarnością”. Nie uważam – wbrew temu, co sugerują niektórzy komentatorzy – że był wtedy agentem. Nie musiał nim być w tym czasie, bo bezpiece mogło się wydawać, że wystarczy, iż mają na niego papiery z przeszłości. Być może, gdyby się jakoś drastycznie przeciwstawił komunistycznym dygnitarzom, gdyby wpisał się w grono radykałów, owe dokumenty próbowano by wykorzystać. Przyjęto jednak inną taktykę, pobudzania ego Lecha Wałęsy i zarazem rozmawiania z nim z pozorami poważnego traktowania. Świetnie rozpoznano jego osobowość, dziecka głębokiej prowincji potrzebującego uznania i dopieszczenia. I Lech Wałęsa uwierzył, że może być, ba, że jest dla komunistów partnerem. Choć nie był przecież twórcą „Solidarności”, bo ta rodziła się oddolnie i twórców miała wielu, stając się jej liderem, stał się zarazem symbolem. Symbolem dążenia Polaków do wolności i do pozytywnych przemian w kraju stanowiącym ogniwo bloku komunistycznego. Wskutek rozwoju ruchu „Solidarności” stał się reprezentantem milionów ludzi i uosobieniem idei. Zdławienie nadziei Polaków stanem wojennym i internowanie jego samego (aczkolwiek, jak dzisiaj wiemy, w znacznie lepszych warunkach, niż pozostałych działaczy) uczyniło z Lecha Wałęsy także jednego z męczenników. Generałowie byli wtedy jeszcze silni i młodzi, zaś ich mocodawcy na Kremlu zbyt starzy, aby zrozumieć, że system jednak się kruszy i murszeje.

Przyznanie pokojowej Nagrody Nobla dla Lecha Wałęsy było przyznaniem jej dla całego ruchu i związku zawodowego, który przecież nie istniał oficjalne, zdelegalizowany przez komunistów. To wtedy próbowali ci ostatni przeciwdziałać owemu wyróżnieniu Wałęsy, wykorzystując m.in. dawne doniesienia tajnego współpracownika „Bolka” i próbując fałszować dokumenty, sugerujące dalszą, po 1976 r. współpracę Wałęsy z resortem i komuną w ogóle. Akcja objęta kryptonimem „Ambasador” powiodła się jedynie częściowo. Nagrodę dla „Solidarności” w osobie Wałęsy przyznał Komitet Noblowski nie w 1982, ale w 1983 roku. Ale jednak – dzięki temu pojawił się jakiś argument dla zwolenników tezy, że dokumenty dotyczące Lecha Wałęsy zostały sfałszowane.

Należy zatem zapytać, które, kiedy i po co? W latach, gdy „Bolek” podjął a później zerwał współpracę z organami, był zbyt małym pionkiem, aby bezpieka potrzebowała cokolwiek fałszować. Takich „źródeł” miała setki, jeżeli nie tysiące. Kiedy w kilka lat później stał się osobą publiczną, bezpiece wystarczało przekonanie, że jak będzie żądał za wiele, to się wyciągnie stare papierzyska. Zatem potrzeba fałszowania czegokolwiek nadal nie zachodziła. Dopiero właśnie stan wojenny i delegalizacja „Solidarności”, skontrowane przez wolny świat przyznaniem pokojowej Nagrody Nobla dla Wałęsy jako lidera i uosobienia Związku, spowodowały próbę wykorzystania dawnych akt „Bolka” i spreparowania koncepcji dalszej jego współpracy z reżimem komunistycznym.

Prawdopodobnie fiasko ostatecznego pogrążenia Wałęsy było także jedną z przyczyn, dla których postanowiono z nim rozmawiać. Był laureatem pokojowego Nobla, był nadal liderem związku i ruchu, który chociaż oficjalnie nie istniał, był nadzieją większości Polaków. A komunistom w Polsce, już o kolejne kilka lat starszym generałom i sekretarzom, grunt zaczynał palić się pod nogami. Doprowadzili kraj do ruiny, społeczeństwo do nędzy. A ich mocodawcy z Kremla przygnieceni reaganowską ripostą na politykę zbrojeń, byli coraz mniej tymi strasznymi dyktatorami co kiedyś. Ktoś musiał przejąć odpowiedzialność od komunistów za zniszczony kraj i zmęczone biedą społeczeństwo. Świetnie nadawał się do tego Wałęsa i ci, spośród opozycjonistów, którzy nie byli zbyt radykalni w swoim antykomunizmie i dążeniu do wolności Polaków. Oczywiście trzeba było grono reprezentantów opozycji odpowiednio poszerzyć aby wydawało się pluralistyczne, ale to wtedy bezpieka wskazała wprost rozmówcom, kto jest opozycją konstruktywną. Pozostałych przy okrągłym meblu zabrakło.

Później był już tylko wielki sukces 4 czerwca 1989 r. i paniczny strach prowincjonalnych komunistów przed skutkami wyborów. To wtedy, kiedy wiele lokalnych Komitetów Obywatelskich „Solidarności” zbyt radośnie świętowało nokaut wyborczy Jacek Kuroń czy Adam Michnik interweniowali w imieniu Lecha Wałęsy, aby nie drażnić komunistów, bo należy być lojalnym. A los tzw. listy krajowej pokazał uczciwość okrągłostołowych intencji.

 

Fałszywi ludzie honoru, przyzwoici potwarcy i obłudnicy, czyli KOD nienawiści

            Przed laty Adam Michnik popełnił traktat o dziejach honoru w Polsce. Wydawałby się erudytą w tym zakresie, ale po latach pokazał, jak relatywna była owa erudycja, nazywając „ludźmi honoru” generałów Jaruzelskiego czy Kiszczaka. Ci „honorowi” generałowie dekompletowali swoje akta personalne, fałszując przebieg służby  dodając sobie orderów. Jaruzelski, prawie 25 lat po zakończeniu wojny, nadał sobie nawet Virtuti Militari. Jacy to byli „ludzie honoru” świadczy także owa „honorowa świnia” podłożona przez Kiszczaka Lechowi Wałęsie, okrągłostołowemu partnerowi. Oczywiście w trosce o historyczną prawdę. Gdyby Kiszczak zostawił akta „Bolka” w MSW, być może spotkałby je los dokumentów wydartych z akt w Kancelarii Prezydenta RP Lecha Wałęsy w 1992 r. Byłaby to wielka strata dla narodowego zasobu archiwalnego i dla badania naszych najnowszych dziejów. Ale zarazem jeszcze większe obciążenie dla sumienia Wałęsy. Mógł także Kiszczak ujawnić je otwarcie i uczciwie. Wtedy może ocaliłby resztki honoru własnego. Wybrał scenariusz znacznie bardziej podstępny, ale zgodny z honorem, z „honorem czekisty”.

           

Po ujawnieniu akt „Bolka” rzucili się do obrony Lecha Wałęsy wszyscy ci, którzy przez lata całe wyśmiewali go i poniewierali. Wielkie grono autorytetów, przyzwoitych i zatroskanych o naszą historię i narodową dumę. Koronnym argumentem była fraza o tym, że „przecież już od dawna o tym wiemy”. Wałęsał przecież przyznał się do tego epizodu jeszcze wobec swoich kolegów w Wolnych Związkach Zawodowych w latach 70. ub. wieku. Och jak pięknie ta rzekoma obrona podważa dzisiejszą obronę samego Wałęsy, który twierdzi, że całe akta zostały sfałszowane. I kolejny argument, że ujawniając prawdę o Wałęsie niszczy się symbol i ideę „Solidarności”. A to bzdura przecież, bowiem to nie Wałęsa stworzył „Solidarność” ale „Solidarność” stworzyła Wałęsę, jako swego przywódcę. I taki Wałęsa przeszedł do najnowszej historii Europy i świata. Zatem ujawnienie prawdy o szczegółach, nawet trudnych i bolesnych, życia Lecha Wałęsy, ani idei „Solidarności” krzywdy nie uczyni, ani samego Wałęsy z kart historii nie wymaże.

O tym jak zostanie opisany na kartach historii decydował będzie nie fakt, że kiedyś w dramatycznych warunkach popełnił błąd, ale to w jaki sposób z błędu tego się rozliczył. Dlatego żal mi Lecha Wałęsy usiłującego źlamdać i jęczeć o glejt przyzwoitości od byłych funkcjonariuszy bezpieki. Apelując i błagając wręcz o wystawienie certyfikatu, że podpisując pokwitowania, „pożyczał” pieniądze biednemu ubekowi, który przetrwonił fundusz operacyjny. Toż to kuriozum, które dobitnie pokazuje, że Wałęsa w ogóle nie ma pojęcia o kuchni pracy operacyjnej służb i nie wie, że wydatki z funduszu operacyjnego były skrzętnie kontrolowane przez przełożonych. Oczywiście ta bzdura, czy wręcz hucpa możliwa jest wobec licznych fałszywych zeznań i relacji byłych ubeków, stających nawet przed sądami i opowiadających dyrdymały o fabrykowaniu dokumentacji i tzw. przewalankach z pieniędzmi przeznaczonymi na pracę operacyjną. Tylko, że takie przypadki, jeżeli nawet się zdarzały, to najpóźniej w ciągu roku bywały wykryte przez przełożonych i kontrole. Zatem kapitan Graczyk powinien w połowie lat 70. stracić pracę i uprawnienia do emerytury resortowej. A przecież nie stracił. A poza tym, owo „świadectwo moralności” wystawione przez funkcjonariuszy najbardziej niemoralnego resortu komunistycznego jeszcze bardziej pogrąży samego Wałęsę. Jakże prosić o rewers honorowy ludzi budujących wszystko na zaprzeczaniu honorowi i niszczeniu wszelkich wartości? Aż chce się krzyczeć „Lechu, nie idź tą drogą”.

Obrońcy Lecha Wałęsy, wszyscy, co to niby od dawna wiedzieli, ale przecież bronią symbolu, zjednoczyli się w Komunistycznej Obłudzie Dezinformacji i protestują. Protestują tak perfidnie, aby broniąc „Bolka” pogrążać Lecha Wałęsę. To pokazuje, kim są. A on im na to pozawala. Dlaczego? Przeciwko komu? Przecież wszystko to uderza w Polskę. Protestują przeciwko społeczeństwu, które dość miało nieuczciwych rządów i kłamliwych mediów i które dało mandat władzy, chcącej filarami wolności Polski uczynić prawdę i uczciwość. Do świata demonstranci wysyłają komunikat, że to owa władza dogadała się pośmiertnie i pozagrobowo z Kiszczakiem i ujawniła „Bolkowe” akta. Absurd? Oczywiście. Ale jaki świetny pretekst do próby psucia Polski po pozorem obrony „Bolka”, pardon, demokracji. Przypomina to znaną i szanowaną ongiś postać Władysława Bartoszewskiego, który uchodził za przyzwoitego i nawet u schyłku życia popełnił książkę o tym, że „warto być przyzwoitym”. Po czym opluł jadem nienawiści Rzeczpospolitą i jej władze, zaprzeczając samemu sobie. Ale, czy usprawiedliwieniem poniewierania własnego państwa może być sędziwy wiek? I dlaczego Lech Wałęsa zgadza się być symbolem psucia Polski i KOD-u nienawiści?

 

Marzył mi się inny scenariusz

            W książce Cenckiewicza i Gontarczyka jest znamienny dokument. Przygotowane dla Polskiej Agencji Prasowej w czerwcu 1992 r. oświadczenie Lecha Wałęsy, w sprawie współpracy w komunistyczną bezpieką. Z punku widzenia prawdy nie jest ono doskonałe. Wałęsa dosyć ogólnikowo potraktował szczegóły, raczej dokonał uniku. Ale do współpracy się przyznał. W świetle ujawnionych akt „Bolka” owo oświadczenie wydaje się krokiem w dobrą stronę. Niestety Lech Wałęsa tego kroku nie uczynił. Oświadczenie zostało wycofane przez Kancelarię ówczesnego Prezydenta na kilkadziesiąt minut przed terminem publikacji. Czy ktoś Wałęsie to doradził? Zapewne tak. Bo przecież publikacja wywołałaby co prawda krótkotrwałą, ale jednak burzę, a zarazem uruchomiła w Polsce proces rzeczywistej lustracji i dekomunizacji. Lech Wałęsa stał wtedy u szczytu swojej potęgi i popularności. Gdyby przeprosił za błąd, niczego nie kombinując, gdyby stanął w prawdzie i na czele ruchu prawdy, wiele do dzisiaj ważnych osób w Polsce (w mediach, biznesie czy polityce) straciłoby wpływ na codzienność Polaków.

Opowiedzenie się Lecha Wałęsy po stronie prawdy i dekomunizacji było marzeniem wielu Polaków, zapewne większości. Byłoby nie tylko godnym zerwaniem z błędem, byłoby prawdziwą kontynuacją oczekiwań społeczeństwa z lat 1980-81 i pięknym zwieńczeniem sukcesu z 4 czerwca 1989 r. Nikt już nie mógłby grać Wałęsą ani jego przeszłością, nikt nie mógłby nadużywać symboli Wałęsy i „Solidarności” do bieżących rozgrywek politycznych, komuniści i ich apologeci oraz kontynuatorzy mentalni nie mogli by już podszywać się pod obrońców demokracji.

Święci są w niebie. Na ziemi byli zwykłymi ludźmi, czasem o bardzo dramatycznie skomplikowanych życiorysach. Bohaterowie na pomnikach stoją spiżowi czy kamienni, ale w życiu nie zawsze mieli proste drogi. Ci którzy są świętymi czy stoją na pomnikach, są tam dlatego, bowiem umieli stanąć godnie wobec swoich wad i błędów. A ich dorobek odrzucił i przewyższył owe błędy. Chciałbym, aby takim był Lech Wałęsa. Może nie świętym, ale godnym pomnika. Pomnika bohatera, który mimo własnych słabości, stanął na czele dekomunizacji, deubekizacji i lustracji i dzieło „Solidarności” doprowadził do końca – do pełnej suwerenności Rzeczypospolitej i Polaków. Taki scenariusz mi się marzył. Dlaczego porzucił tę drogę? Dlaczego pozwolił swoim wrogom najpierw ukrywać prawdę w Kiszczakowej szafie, a teraz wykorzystywać ją do antypolskich demonstracji? Gdzie jest prawdziwy Lech Wałęsa – laureat Nobla i przywódca „Solidarności”?

Autor: Michał Siwiec-Cielebon