Muszę Państwa poinformować o czymś co jest dla mnie bardzo przykre i wręcz dramatyczne. Czynię to z wielkim żalem, po długim i głębokim okresie zastanowienia.

Dziś przestaję czuć się kibicem; właściwie przestałem się nim czuć przedwczoraj. Porzucam jeną z moich największych namiętności, pasję, która trwała niemal przez całe moje życie. Nie chcę już dłużej zaliczać się do środowiska kibiców, czyli fanów i sympatyków dyscypliny, którą kocham niemal nad życie: piłki nożnej. Wyrzucam do kosza ze zużytymi ubraniami swój szalik, w którym jeszcze nie tak dawno paradowałem w telewizji i w radiu, gdy polska reprezentacja rozgrywała swoje mecze na Mistrzostwach Świata w 2018 roku, w Rosji.

Nie chcę znajdować się w jednej grupie z tymi, którzy zamiast zachować się honorowo, nie bronią tylko biją bezbronne, walczące o swoją godność i prawa Kobiety, którzy napadają je na ulicach. Tak nie postępują mężczyźni. W ten sposób nie postępują katolicy. Tak zachowuję się tchórze.
Jestem człowiekiem o prawicowych poglądach, ale w tym miejscu robię zawsze kilka zastrzeżeń: po pierwsze, sport powinien być apolityczny; po drugie, przestrzeń publiczna musi być wolna od religii i wszelkiej metafizyki (jak głosi Richard Rorty); po trzecie, granicą mojej prawicowości jest nacjonalizm oraz faszyzm; tej granicy staram się nie przekraczać.

Bycie człowiekiem o prawicowych poglądach, nie oznacza, że musi się głosić ekstremalne, szowinistyczne poglądy, wykluczające innych. A upolitycznienia oraz indoktrynacji środowiska kibiców w ogóle nie rozumiem.

Jest to dla mnie decyzja bardzo trudna i podejmowana z wielkim bólem. W mojej głowie pozostały przepiękne wspomnienia z dzieciństwa. Piłka nożna była w moim życiu od najmłodszych lat. Tak się koleje mojego losu układały.

Kibicem byłem od 38 lat. Liczyłem sobie zaledwie 8, gdy obejrzałem swój pierwszy mecz: było to niezwykłe, wyjątkowe, szczególne wydarzenie, bo stanowiło pojedynek o trzecie miejsce na świecie, podczas niezapomnianego Mundialu1982 w Hiszpanii. Naszym przeciwnikiem była wówczas wielka Francja. Spotkanie komentował niezapomniany Jan Ciszewski. Wkrótce potem zmarł.
Wygraliśmy 3-2. W ten sposób zdobyliśmy miano trzeciej drużyny na świcie. Dziś wydaje się to niewiarygodne. Lecz takie momenty naprawdę w przeszłości były i ja je pamiętam, ja ich mentalnie doświadczałem.

Nie tak dawno, bo kilka miesięcy temu, TVP Sport to wydarzenie powtórzyła. Po upływie lat miałem w oczach pełno łez wzruszenia. Przypomniały mi się nie tylko wspaniałe czasy polskiej piłki nożnej, lecz także okres, w którym każdy tkwi przez całe życie: dzieciństwo.

Piłka nożna zawsze była w moim życiu miłością i wzruszeniem; uruchomiała emocje i poruszała moje serce. Los tak sprawił, że drugim w życiu wielkim meczem, który oglądałem był pojedynek Widzewa Łódź z naszpikowanym gwiazdami angielskim Liverpoolem 2 marca 1983 roku, wygrany wówczas w Łodzi sensacyjnie 2-0. Widzew awansował do półfinału Pucharu Europy, i dopiero w tej fazie musiał uznać wyższość słynnego Juventusu (z Bońkiem, Rossim, Platinim i Tardellim).
Moje dzieciństwo przypadło na okres ogromnych sukcesów polskiej piłki. Mogłem oglądać występy wielkich, szanowanych na całym świecie, polskich piłkarzy: Zbigniewa Bońka, Grzegorza Laty, Włodzimierza Smolarka, Andrzeja Buncola, Andrzeja Szarmacha, Janusza Kupcewicza, Mirosława Tłokińskiego, Wiesława Wragi, czy Józefa Młynarczyka.

Później przyszedł czas znakomitych występów w europejskich pucharach stołecznej Legii Warszawa. Jako 15 letni chłopiec, siedziałem na „Żylecie” w Warszawie, gdy rozgrywała rewanżowy mecz z Fc Barceloną. Rok wcześniej uciekłem z domu, aby oglądać spotkanie Lecha Poznań z „Dumą Katalonii”, przegrany dopiero w rzutach karnych. Liczyłem sobie wówczas zaledwie 14 lat. Żeby kupić bilet u „koników” musiałem wyjechać z domu o świcie rano i wydać wszystkie pieniądze, jakie miałem przy sobie. Były to całe moje oszczędności. Bez jedzenia, głodny, chłodny, włóczyłem się ulicami Poznania. Z powrotem wracałem, wśród kibiców, w nocy pociągiem „na gapę”.

Później wyjechałem na Śląsk. W przejściu pomiędzy przedziałami w pociągu, wśród pijących wódkę górników, gnieździł się młody chłopiec łakomię jedzący bułkę. To ja byłem tym chłopakiem.
Jechałem tam, gdzie prowadziło mnie serce, gdzie swoje mecze, na Stadionie Śląskim w Chorzowie rozgrywała polska reprezentacja, i tam, gdzie znajdował się mój ukochany klub: do Chorzowa, stolicy polskiego piłkarstwa.

Ruch Chorzów miał wówczas najwięcej kibiców w całej w Polsce. Kibicował mu cały Śląsk i wiele innych polskich miast. Działacze szczycili się, że dopracowali się jednego z najpotężniejszych środowisk kibicowskich w Europie. Chorzowscy kibice z dumą śpiewali: „Niebieska Rka w bieli się mieni, to Ruchu Chorzów wielki znak. Ich kibice są niezwyciężeni, boi się nas cały świat. Boją się kibice angielscy, boją się i holenderscy”.

Dzięki pobytowi na Śląsku, w Chorzowie, mogłem obserwować z bliska najważniejsze wówczas mecze polskiej reprezentacji, rozgrywane na Stadionie Śląskim: z RFN (reprezentacje olimpijskie), z Anglią, ze Szwecją, itp. Na słynnym „Kotle Czarownic” zawsze był oszołamiający, ogłuszający doping dla polskiej reprezentacji, jakiego próżno szukać, gdzie indziej na świecie.

Jednak, w tamtych czasach, kibice, mimo incydentów, w sprawach fundamentalnych stali zawsze po właściwej, moralnie stronie. Pamiętam okrzyki: „Solidarność”, „Solidarność”, gdy upadał komunizm. Nigdy nie zapomnę sympatyków Legii Warszawa, stojących niezliczoną, potężną grupą przed Pałacem Namiestnikowskim i niosących aplauzem członków „Solidarności”, udających się właśnie na rozpoczynające się rozmowy Okrągłego Stołu. Do dziś dudnią mi w uszach okrzyki: „Solidarność Solidarność”; „Lech Wałęsa”, „Lech Wałęsa”.

Gdy wiele lat temu przyjechałem do Warszawy, postanowiłem sobie, że oprócz mojej tradycyjnej miłości, Ruchu Chorzów, będę wspierał również Legię Warszawa. Było to dość oryginalne, a przede wszystkim bardzo trudne połączenie sympatii, ponieważ obydwa kluby się szczerze nienawidzą, zaś ich kibice gdyby mogli, to chętnie by się pozabijali. Mimo to uznałem, że nie ma co kierować się niskimi instynktami, prymitywnymi fobiami, i kibicować z całych sił obydwóm, tak bardzo zasłużonym dla polskiej piłki, klubom. Przez lata tak właśnie robiłem. Mimo miłości do Ruchu, również wobec Legii byłem niesamowicie lojalny. Gdy tylko pozwalał mi na to czas, jeździłem na mecze „Niebieskich” i Legii Warszawa. Czułem wielką miłość, to obydwu drużyn. Byłem dumny, że mimo wzajemnych animozji, ja potrafię im kibicować.

Było tak, aż do przedwczoraj. Jeszcze nie tak dawno, wrzuciłem na swój profil FB mix barw czterech klubów, które kocham, a właściwie kochałem: Realu Madryt, Ruchu Chorzów, Legii Warszawa i Warty-Eremity Dobrów. Dziś herb oraz flaga Legii Warszawa zostały z mojego profilu usunięte.
Uważam, a mówię to z ogromną przykrością, żalem, że atakowanie protestujących Ludzi na ulicach jest szczytem szowinizmu, bestialstwa, i barbarzyństwa. Tą postawą wbiliście mi nóż w serce. Nie ma ideologii i wartości, które mogłyby to usprawiedliwiać. A napadanie na bezbronne Kobiety odbiera wam honor i pokrywa wasz klub hańbą.

Kim wy jesteście?! Damskimi bokserami. Jak wam nie wstyd! To już tak nisko upadliście! Naprawdę czujecie się tak słabi, ze nie potraficie stawić czoła komuś innemu, tylko targacie się na Kobiety (piszę tak ironicznie, bo choć sam byłem kiedyś kibicem, dziś uważam, że przemoc jest zła, a okrucieństwo jedną z tych rzeczy, którą należy wyeliminować; fanatyzm to najgorsza postawa).
Moralnie jesteście słabi. Znaleźliście się na aksjologicznym dnie.

Minęło wiele lat, zanim barwy Legii oczyściły się z hańby, gdy w latach 90. XX wieku, kibice stołecznej drużyny wepchnęli prosto na tory, pod pociąg kibica ŁKS-u Łódź. Wówczas cała Polska śpiewała: „13 września, roku pamiętnego, zaj….. Legia kibica łódzkiego. Cała Łódź płakała, Warszawa się śmiała”.

Czas łagodzi pamięć, wybiela pewne, nawet najbardziej drastyczne, tragiczne rzeczy. Mijające lata spowodowały, że kibicom Legii tamten morderczy czyn został zapomniany i wybaczony. Hańba się zatarła. Przyszły nowe pokolenia kibiców.

Jednak tej hańby, ataku na Kobiety podczas ostatniego Marszu, nigdy nie zmażecie. Zostaniecie w historii na zawsze jako tchórze.

Nie chcę już dłużej być kibicem. Nie chcę zaliczać się do grupy ludzi wyznającej faszystowskie poglądy i bijącej Kobiety. Jest mi strasznie wstyd, że byłem kibicem. Towarzyszy mi uczucie załamania, rezygnacji i moralnego przygnębienia. Nie chcę mi się żyć. Przekreśliliście moje 38 lat i wiele pięknych, wspaniałych chwil. Zniszczyliście moją wielką przygodę. Napluliście na moje dzieciństwo. Nigdy już razem z wami nie stanę na jednej trybunie i nie będę razem z wami wznosił okrzyków.

Moralnie się wami brzydzę!

Oczekiwałem od was radykalnie innej postawy: Że zachowacie się jak mężczyźni. Że pokażecie, że jesteście facetami i macie jaja. Że zaprezentujecie postawę naprawdę honorową i staniecie w obronie Kobiet.

A wy… frajerami jesteście!

Publicznie staram się nie używać wulgarnych słów. Nie chcę dewastować debaty publicznej, która w Polsce jest i tak zniszczona. Dlatego nie powiem wam, to co chcę wam powiedzieć i tego co – gdybym chciał mówić wprost i ze spodu duszy – o was myślę.

Ale dla mnie już nie istniejecie! Jesteście zerem! Jesteście dnem! I nie wycierajcie sobie „gęby” biało-czerwoną flagą, nie śpiewajcie narodowego hymnu, bo go profanujecie i mnie osobiście obrażacie. Bo ja czuję się patriotą i nie chcę żeby z wami łączyło mnie to uczucie. Nie odwołujcie się do pamięci Żołnierzy Armii Krajowej, bo hańbicie pamięć bohaterów. Jeżeli transcendentny wymiar istnieje, to Oni się za was wstydzą.

Oni byli Bohaterami! Wy jesteście tchórzami…przez małe t.

Tchórzy się rozpoznaje między innymi po tym, jak traktują Kobiety.

Ps. A tak na marginesie: trzeba wreszcie (i chyba już najwyższy czas) przyjrzeć się temu „towarzystwu”, co to zarządza Polskim Związkiem Piłki Nożnej, przeanalizować kto prowadzi przy określonych drużynach kluby kibica i zrobić z tymi ludźmi porządek raz na zawsze, rozgonić na cztery wiatry.

Piłka nożna jest zbyt piękną dyscypliną sportu, a polskie tradycje sukcesów są zbyt wielkie, żeby wszystko to składać na poczet faszystowskich bojówek. Futbol to radość, wolność, charakter, honor, przyjaźń, solidarność, zasady; nigdy nie nacjonalizm czy faszyzm.

Autor: Roman Mańka
Socjolog, publicysta, pisarz, komentator polityczny, dziennikarz „Halo Radio”, redaktor naczelny czasopisma eksperckiego Forum Inicjatyw Bezpieczeństwo Rozwój Energetyka (FIBRE). Posiada trzy wielkie pasje: filozofię, socjologię, i piłkę nożną; jest zagorzałym kibicem Realu Madryt. Wykształcenie socjologiczne zdobył na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Ukończył również Studium Dziennikarstwa Europejskiego prowadzone przez Centrum Europejskie „NATOLIN” w Warszawie. W przeszłości wykonywał zawód dziennikarza śledczego w prasie lokalnej, a następnie ogólnopolskiej: opisywał sprawy z zakresu zorganizowanej przestępczości mafijnej, powiązań klientelistycznych oraz korupcji polityków; pełnił również funkcję z-ca redaktora naczelnego Gazety Finansowej i szefa działu krajowego. Publikował w Gazecie Finansowej, Home&Market, Gentleman, Onet.pl i Interii. Obecnie jest pisarzem i publicystą, autorem dwóch książek popularno-naukowych: „Strefa tabu. Największe afery III RP” oraz „Moment krytyczny”, a także współautorem jednej pozycji w dziedzinie dziennikarstwa śledczego: „Łańcuch poszlak. Wielka gra mafii i rosyjskich służb specjalnych” (wywiad rzeka z byłym szefem ABW, Bogdanem Święczkowskim).