Dziś dotarła do mnie informacja o śmierci Jana Brzeźnego. Odszedł w swoje 75 urodziny. I choć wiedziałem, kim był dla polskiego kolarstwa, choć opisywałem jego losy i jego niezwykłą historię, to i tak poczułem coś więcej niż zwykły smutek. Poczułem szok.
Bo kiedy piszemy o ludziach, zagłębiamy się w ich życie, czytamy wspomnienia, odtwarzamy wydarzenia sprzed lat, oni przestają być jedynie bohaterami książki. Stają się częścią naszej własnej pamięci. Zaczynamy mieć wrażenie, że zawsze będą gdzieś obok. Że ich historia została już zapisana i dlatego będą trwać.
A życie po raz kolejny przypomina, że nie ma ludzi niezastąpionych, są tylko historie, które po nich zostają.
Jan Brzeźny należał do pokolenia sportowców, które nie ścigało się dla milionowych kontraktów, medialnej sławy i popularności w internecie. Oni ścigali się dlatego, że kochali sport. Czasem jechali setki kilometrów w deszczu, wietrze i upale, nie oczekując niczego poza satysfakcją z walki. Dzisiaj coraz trudniej zrozumieć tamten świat. Świat ludzi twardych, skromnych i wiernych swoim zasadom.
Kiedy pracowałem nad książką, nie opisywałem jedynie afrykańskiego rozdziału jego życia. Starałem się opowiedzieć całą drogę. Od rodzinnych stron pod Nowym Sączem, gdzie się urodził, przez przyjazd na Dolny Śląsk i związanie swojej sportowej przyszłości z Dolmelem, aż po największe sukcesy. Pisałem o młodym chłopaku, który marzył o wielkim ściganiu, o jego latach w peletonie, o triumfach, które zaprowadziły go do grona legend polskiego kolarstwa.
Pisałem o Wyścigu Pokoju, który dla tamtego pokolenia był czymś znacznie większym niż zwykłym wyścigiem. Pisałem o zwycięstwach, o reprezentowaniu Polski, o Tour de Pologne, które wygrał dwukrotnie, i o tym, jak jego nazwisko na trwałe wpisało się w historię naszego sportu. Pisałem również o przygodach daleko od kraju, bo życie Jana Brzeźnego nie mieściło się wyłącznie w wynikach i tabelach. Było opowieścią o odwadze, charakterze i nieustannym przekraczaniu granic.
Dlatego dziś tę wiadomość przyjmuję nie tylko jako informację o śmierci znakomitego sportowca. Przyjmuję ją jak wiadomość o odejściu człowieka, którego historię miałem zaszczyt poznawać i opowiadać innym.
To chyba właśnie dlatego śmierć tak bardzo nas porusza. Nie dlatego, że odchodzi ktoś znany. Porusza nas dlatego, że nagle uświadamiamy sobie, iż zamknęła się historia, której dalszego ciągu już nie będzie.
Pozostają zdjęcia. Pozostają wspomnienia. Pozostają zapisane słowa.
I może właśnie dlatego warto pisać książki. Warto opowiadać historie ludzi, którzy na to zasłużyli. Bo kiedy ich zabraknie, pamięć staje się ostatnim miejscem, w którym nadal żyją.
Dziś jeden z bohaterów mojej książki odjechał na swój ostatni etap.
A mnie pozostaje wdzięczność, że mogłem opowiedzieć fragment jego drogi. I że dzięki temu ta droga będzie trwała dłużej niż ludzkie życie.
Spoczywaj w pokoju Janku.
Zostaw komentarz