„Chotiat li ruskije wojny?”. Tego wiersza uczyły się dzieci na lekcjach języka rosyjskiego w V lub VI klasie podstawówki. To chyba była jakaś piosenka. Nie pamiętam. Uczyłem się tego w 1968 albo 1969 roku.

Przypomniałem sobie ten wers po wysłuchaniu Miedwiediewa. Znów to samo. Biedny, ciężko doświadczony i pracujący naród „miłośników pokoju” oskarżany jest przez imperialistów o knowania wojenne.

Tymczasem, oni „chotiat”. Oni zawsze chcą wojny, bo tylko wojna ich spaja i ratuje przed katastrofą. Wszystko, co Rosjanie robią jest zawsze nastawione na panowanie tej nacji nad innymi. Nigdy nie mieli skrupułów i mieć ich nie będą. Zdradzili każdego sojusznika i zawsze zdradzą każdego następnego. To masa szarańczy, gdzie jednostka nie liczy się zupełnie. Im głośniej i częściej krzyczą o „pokoju”, tym bardziej musimy się obawiać, bo „pokój” po rosyjsku oznacza bezwzględne panowanie nad innymi.

Ciekawa analiza (czytaj więcej) Pawła Felgenhauera przedstawia podobny punkt widzenia. Oczywiście, że Moskwa szykuje się do wojny z Turcją i nie tylko, pozwolę sobie dodać. Turcja będzie drugim testem po Krymie.

Ukrainę Rosja już ma. W jej interesie jest wzmacnianie wszystkich sił nacjonalistycznych, antypolskich i postfaszystowskich na terenie, który sam siebie nazywa szumnie „niepodległym krajem”. Taka strefę bardzo łatwo kontrolować i Kreml wie dobrze, że wystarczy jedno machnięcie ręką i po Ukrainie. Bufor i bat na Polaków też jest potrzebny, tym bardziej, że formalnie Rosji za tym nie widać. Rosja przecież „kocha” pokój.

To smutne, ale nie mamy szans. Rosjanie przygotowywali się dość długo i u nas są wszędzie. Od lewicy do prawicy. Inwestowali wiele lat i już niedługo zbiorą zyski. Wspaniale dbają o to, byśmy zagryźli się sami. Zrobili wszystko, by pokazać światu, jakim „ciemnym” narodem jesteśmy.

Nie będę wymieniał przesłanek, które skłoniły mnie do takich wniosków, bo to nic nie da, a wszelkie próby uświadomienia tego Polakom, są nieskuteczne, bo Kreml pilnuje by zneutralizować każdą Kasandrę wszystkimi możliwymi środkami. Zapominamy zbyt często, że Ochrana stworzyła Azefa. Pomyślmy o tym, zanim nie będzie za późno, chociaż obawiam się, że znów otworzymy oczy po fakcie.

Szanowni Komentatorzy, jeśli myślicie, że wojna to czołgi i żołnierze, to mylicie się głęboko. Obecnie karierę robi pojęcie „wojna hybrydowa”. Zauważam powoli, że każdy „fachowiec i specjalista” naczytał się o tym i wymawia te słowa „z nabożeństwem”, rozkłada ręce, bo przecież jak z tym walczyć? To pojęcie absolutnie usprawiedliwia mizerię naszej „gienieralskiej” armii i brak służb specjalnych.

Wybaczcie mi luminarze nauki i „specjaliści” z gabinetów odgrodzonych od poddanych, ale dla mnie to żadna nowość, tylko stara i dobra inspiracja połączona z dezinformacją plus działania dywersyjne w sferze polityczno-medialnej szczególnie. Poczytajcie sobie Schellenberga, Goebbelsa, Sudopłatowa, Wołgokonowa, albo Selftona Delmera, ucznia tych pierwszych.

Prawie całą swoją karierę zawodową zajmowało mnie zwalczanie i neutralizowanie takich akcji. Czasem ich projektowanie i prowadzenie wbrew sugestiom oraz woli przełożonych, wiecznie zajętych kłanianiem się przed byle posłem, trzęsących się ze strachu o swoje stołki. To trudne, wymagające odwagi od pracowników, ale możliwe, pod warunkiem, że politycy wiedzą po co im kontrwywiad, a sam kontrwywiad nie stawia się w pozycji klaki dla polityków.

Cóż? Odwaga, szczególnie cywilna, stała się cechą negatywną, uniemożliwiającą pracę w służbach. I co osiągnęliśmy? Przeczytajcie artykuł (czytaj), który potwierdza to o czym piszę. Rosjanie mają plan długofalowy i realizują go konsekwentnie od lat siłami rożnych „lewic” i „prawic”.