Podczas pracy w służbach specjalnych oduczyłem się nienawidzić przeciwnika. Podobny pogląd przedstawił Vincent V. Severski, w jednym z wywiadów. Pełna zgoda. Nie ma nic gorszego dla oficera wywiadu lub kontrwywiadu niż nienawiść, prowadząca w rezultacie do lekceważenia przeciwnika i braku dystansu do samego siebie, a więc i własnej pracy.

Pominę wywiad, bo jak już wiele razy pisałem, kontrwywiad „leży” mi bardziej i przez pryzmat ujawniania szpiegostwa patrzę na działania wywiadowcze. Przestrzegałem zawsze młodszych kolegów przed szpiegomanią. Trudno jest ustrzec się przed tym, jeśli każdy kontrwywiad operuje pojęciem środowisk wrażliwych na werbunek i musi je kontrolować, by móc skutecznie działać. Pracowałem na kierunku wschodnim, stąd też ten temat jest mi najbliższy.

Nie można twierdzić, że każdy Rosjanin to szpieg i wróg, ponieważ wtedy na pewno żadnego się nie złapie. Dlatego też, mówiąc Rosjanie depersonalizuję ich, myśląc o konkretnym państwie oraz systemie rządów, a nie o jednostce, która może być, zła, dobra, nieokreślona, uczciwa bądź nie. Tak jak wszyscy ludzie na świecie. Jest jeszcze jedna sprawa, która zaciemnia całkowicie obraz Rosji i działań jej służb. To krańcowość. My albo nie doceniamy ich, albo przeceniamy. Uznajemy ich za średniowieczny niewykształcony motłoch, a wyjątki tylko potwierdzają regułę, albo uważamy ich za swoistych „nadludzi” ze służbami specjalnymi, które „mogą wszystko” i dlatego „siedźmy cichutko, nie róbmy nic, bo nie mamy szans, bo nas złapią natychmiast”. Niestety, ostatnia część zdania, w innym oczywiście brzemieniu, stała się nieoficjalną dewizą i zasadą wpajaną pracownikom określonych instytucji w Polsce.

Nieoficjalną, ponieważ teoretycznie na szkoleniach wszystko było buńczuczne i jak zwykle okraszone pustosłowiem. Zaznaczę przy tym, iż moje słowa odnoszą się jedynie do tych, którzy generowali introwertyczny image instytucji, a nie do zwykłych pracowników, bo tych karano za odwagę, niejednokrotnie większą od ich szefów.

Wróćmy do Rosjan. To nie superagenci, super bohaterowie lub Jamesy Bondy. To tacy sami ludzie jak my. Podlegają tym samym patologiom, robią te same błędy, działają na nich te same czynniki, które działają na nas. W dwóch sprawach tylko mają przewagę.

Po pierwsze, każdy Rosjanin działający w ramach służby specjalnej, wie, że nie jest jednostką, tylko elementem organizacji, która będzie go bronić za wszelką cenę w momentach zagrożenia. Zneutralizuje go także, gdy wystąpi przeciwko niej.

Po drugie, Rosjanie nie spieszą się, ani w realizacji działań, ani w werbunkach. Planują naprzód, nie oczekując natychmiastowych sukcesów, nie oceniając ludzi na podstawie ilości, ale jakości pracy i są cierpliwi. Szybko adaptują się do nowych warunków. Potrafią czekać. Dlatego tak trudno z nimi „walczyć”. Mimo to, też są do pokonania.

Instytucja to instytucja. W każdym kraju ma takie same „skrzywienia”. W roku 1999 zaprojektowałem i przeprowadziłem operację, najpierw sam, a później z kilkoma kolegami, która zakończyła się rozbiciem rezydentury placówkowej w Polsce. Zaryzykowaliśmy, ja musiałem się zdekonspirować, ale zysk był ogromny, chociaż mógł być dużo większy, ale to już nie zależało ode mnie. Jeden z polityków zapytał mnie później, skąd wiedziałem, że mi się to uda. Problem w tym, że nie wiedziałem. Założyłem. Przeanalizowałem własną instytucję, jej patologie oraz biurokrację, połączyłem to z analizą niektórych aspektów działania instytucji przeciwnej, wyodrębniłem słabe punkty w obu organizacjach i „uderzyłem”. Zareagowali, jak się spodziewałem i chciałem. Udało się i zawsze się uda, jeśli ktoś chce pomyśleć, „zagrzebać się” na trochę w papierach i potem dopiero „wyjść na miasto”.

Nie piszę tego, by pochwalić się własnymi umiejętnościami, tym bardziej, że w ciągu ostatnich lat okazało się, że jedynym „ojcem” sukcesu” jest osoba, która nie wychodziła z pokoju, nie napisała nic i została podłączona do sprawy na dwa tygodnie przed jej realizacją, ale za to umiejętnie otwierała drzwi przed szefami, gdy ja ganiałem „po mieście”. Wtedy było inaczej, ale czas zmienia wszystko, szczególnie gdy kwity są ściśle tajne. Mniejsza o to. Chcę pokazać, że musimy być świadomi działalności Rosjan, ale nie mitologizować ich, a wówczas napsujemy im krwi w sposób „sportowy” i zgodny ze sztuką.

Potraktujcie ten tekst, jako wstęp do większego artykułu, który być może napiszę. Chodzi mi o profil i modus operandi plasowania oficerów wywiadu rosyjskiego w Polsce w trzech okresach: 1980-1983, 1987-1990 i 1900-1995, wraz z operacją, którą nazwałem roboczo „powroty żołnierzy”. Sformułowałem to dwadzieścia lat temu, a kiedy przedstawiłem swoje wnioski podczas jednego ze spotkań z sojusznikami, sojusznicy zainteresowali się bardzo, a moi ówcześni szefowie, „ostrzegli” mnie, bym nie „szedł za daleko” w kontaktach z partnerami. Dotąd nie wiem dlaczego, bo wiele z tych ustaleń sprawdziło się wtedy.

Nie wiem też, czy uznane to zostanie za ujawnienie ściśle tajnych materiałów, choć nigdy nie powstał na ten temat żaden klauzulowany dokument. Nikt go nie chciał, a ja usłyszałem, bym „nie tracił czasu, bo spraw tyle”. Zresztą, po tylu latach zmieniło się prawdopodobnie prawie wszystko. To, co opracowałem wtedy jest już nieaktualne, bo skuteczny wywiad ewoluuje i modyfikuje swoje działanie zależnie od rozwoju sytuacji. Uważam jednak, że wiele dzisiejszych znaków zapytania wynika z tamtych czasów. Napiszę, znów zaryzykuję i albo mnie wsadzą, albo nie. Dziś niech to będzie budowanie atmosfery grozy, jak u Hitchcocka. Ego mi opadło i muszę je sobie podnieść przynajmniej na chwilę.