Jest takie myślenie, że skoro w siłę urosły międzynarodowe korporacje a światem targają „globalne” problemy, to jedynym sposobem na zaradzenie temu będzie „rząd światowy” a państwa narodowe są „passe”.

Jest to myślenie typowe dla progresywistów: żeby ogarnąć bieżący problem, który sami zresztą stworzyliśmy w poprzednich latach stwórzmy kolejny, dziesięć razy większy.

Zauważcie:

Nic nie będzie odróżniało „rządu światowego” czy nawet regionalnej struktury tego typu od „reżimów totalitarnych” poza jednym: świętą wiarą w to, że „nasze” rozwiązania są lepsze, że „nasze” sądy są bardziej sprawiedliwe, że „my” kierujemy się „właściwą” etyką, że „nasza” demokracja jest lepsza od tamtych, itd.

Taka wiara prowadzi do tego, że można lekką ręką suflować rozwiązania nie mające z demokracją wiele wspólnego: rozwiązania, które charakteryzuje kompletna fasadowość przy braku realnej możliwości zmiany czegokolwiek, rozwiązania, w których cała władza przechodzi w ręce wąskiej kasty urzędników i sędziów wybieranych w ramach zakulisowych rozmów anonimowych interesariuszy, w których regionami rządzi się jak koloniami, jednym pociągnięciem pióra zamykając całe sektory, gdzie w sposób dowolny „przelewa się” niechcianych imigrantów z jednej prowincji do drugiej rujnując lokalne społeczności, gdzie wymazuje się lokalne obyczaje i pacyfikuje określone postawy wg centralnie zarządzonego wzorca, gdzie odległa „centrala” decyduje o tym, jakie środki można na co wydać, nie oglądając się na lokalne uwarunkowania.

Postępowanie takie jest możliwe wyłącznie dlatego, że już obecnie, całkiem świadomie skonstruowano głęboko asymetryczny system, w którym niewielka grupa najsilniejszych państw narzuciła swoje rozwiązania całej reszcie i opatrzyła je emblematem „prawdziwej demokracji”, uzależniając współpracę ekonomiczną ze słabszymi partnerami od dostosowania się ich do tego określonego wzorca, który NIE MOŻE BYĆ W ŻADEN SPOSÓB ZAKWESTIONOWANY, gdyż – alternatywą jest jakoby „faszyzm”.

To, że na naszych oczach budowany jest system de facto totalitarny jest tematem tabu. Na straży stoją bowiem „wolne sądy”, które jednak lekką ręką uwalniają od odpowiedzialności przedstawicieli jednej opcji, podczas gdy za najmniejsze błahostki pacyfikują zwolenników innej. Dlaczego tak? Ano dlatego, że jedna opcja jest z założenia uważana za słuszną i jedynie skrajne naruszenia praworządności są tu uważane za naganne, zaś ta druga jest z założenia uważana za szczególnie niebezpieczną, wymagającą zduszenia w zarodku.

Odwołujący się do lewicowych ideałów i działający w imię „postępu” mogą sobie tu pozwolić na dużo więcej i otrzymują hojne wsparcie ze strony instytucji, podczas gdy odwołujący się do konserwatyzmu i poszanowania istniejącego status quo są z definicji uważani za szkodliwą aberrację systemu, którą można od biedy tolerować, ale nigdy nie powinni otrzymać realnej władzy a jeśli już ją jakimś cudem zdobędą, to muszą działać tak, jakby jej nie mieli, gdyż oplątani są systemem karzącym za najmniejsze odstępstwo od „progresywnych” polityk.

W takich realiach nie dziwi, że jedna z działaczek Platformy Obywatelskiej, zapytana o to, czy rozumie, że reforma traktatów europejskich doprowadzi do utraty przez Polskę niepodległości, odpowiedziała beztrosko:

„Ale czy mamy inne wyjście?”

Okazuje się, że niepodległość, o którą walczyły pokolenia może być młodemu państwu łatwo odebrana nie siłą wojskową, ale za pomocą duszącego splotu uzależnień ekonomiczno-politycznych, w ramach którego uśmiechnięci silniejsi partnerzy stawiają sprawę tak, że albo zadowolicie się fasadą własnego państwa zgadzając się na status podrzędnej guberni, albo odetniemy was od rynku i wystawimy Rosji na pożarcie.

Ja byłbym w stanie zrozumieć, że tak działa świat, ale nie mogę zrozumieć, że połowa Polaków po prostu wypiera ze świadomości, że sprawy tak właśnie się mają, naiwnie wierząc w to, że Unia Europejska, w której już obecnie, co nie jest żadną tajemnicą, panuje ogromny deficyt demokracji – stanie się nagle bardziej sprawiedliwa i demokratyczna wówczas, kiedy Bruksela zdobędzie jeszcze więcej władzy.

To jest straszliwy paradoks baranów prowadzonych na rzeź: im bliżej rzeźni, tym większa nadzieja, że rzeźnia okaże się przyjaznym sanktuarium z obfitym paśnikiem i miękką ściółką na podłodze.

Jest czymś przedziwnym ta wiara „fajnopolaków”, że kiedy Bruksela będzie mogła całkiem sama arbitralnie decydować o tym, ile oddać Rosji, to odda nas „mniej” jedynie dlatego, że będziemy już jednoznacznie jej własnością, że dopiero wówczas „naprawdę” zacznie się o nas troszczyć – nawet bardziej niż my sami.

Nawet nie umiem nazwać tej żenady… Kunta Kinte miał więcej szacunku do siebie.