Wielu się nie spodoba to co napiszę niżej, ale takie są moje obserwacje.

W ostatniej „Historii Realnej” przeprowadzono wywiad z polskim instruktorem Borysem Romanko, który pomagał w szkoleniu 47 szturmowego batalionu SZU (w chwili obecnej już pułku ), potocznie nazywanego batalionem Markusa. O tej jednostce sporo pisałem w serii swoich artykułów „Nowe bataliony armii ukraińskiej”. Starałem się też śledzić losy tej jednostki. Medialna rozpoznawalność Walerija Markusa jako podróżnika i blogera mocno to ułatwiała więc już wiedziałem, że ten batalion po wstępnym okresie szkoleń trafił na front, brał udział w walkach na wschodnim froncie, a później znów wrócił na tyły. Tam ogłoszono że batalion zostanie rozszerzony do pułku i że dowództwo SZU na ogół jest zadowolone z nowej jednostki i chce żeby ta się rozwijała dalej. Markus dodał że jednostka zostanie wzbogacona o komponętę ciężką łącznie z odpowiednim sprzetem i pododziały wsparcia. Później słuchając relacje Borysa ze szkoleń, usłyszałem takie same opisanie losów tej jednostki. Rzeczywiście, najpierw wstępne szkolenie – później krótki okres na froncie mimo że jednostka była jeszcze niezbyt dobrze wyposażona i gotowa do boju, a dopiero później powrót na tyły i doposażenie i długotrwały poważny program szkoleń. Na froncie nie żeby przeprowadzały jakieś natarcia czy broniły się przeciw hordom rosjan, ale z pewnością trzymali pozycje pod mocnym ostrzałem i przeprowadzili parę ograniczonych operacji typu „atak na rosyjski punkt obserwacyjny”.

Później myśląc nad swoimi obserwacjami z tej i innych nowo utworzonych jednostek, zestawiając je z relacją Borysa Romanko, doszedłem do wniosku, że nie jest to przypadek. A raczej jest to system. Czas od czasu trafiają do media relacje z podobnych jednostek z frontu. Niektóre nie wytrzymują i zaczynają wiecować, wskazując że nie zostali wystarczająco dobrze przeszkoleni. W niektórych wypadkach odmawiano walki na pozycjach i wtedy wprost tych ludzi wysyłano z powrotem do ich baz, gdzie rozbrajano i mówiono „idźcie gdzie chcecie”. Odesłanie żołnierzy z jednostek z powrotem do domu, chyba jest traktowane dość często jako największa kara w ukraińskim wojsku.

Widać w tym wszystkim więc system, który wkrótce polega na tym, że w warunkach kiedy państwu brakuje zasobów, uzbrojenia, czasu i również doświadczonych instruktorów do szkolenia … dowództwo w ten dość ostry sposób przeprowadza selekcję nowopowstałych jednostek odznaczając te z nich które są najbardziej wartościowe i z drugiej strony w skrajnych wypadkach te które się nie spisały w ogóle – rozformowując je zupełnie. W naszych pokojowych polskich warunkach, wielu się wyda, że to są krwiożercze praktyki. Jednak w ukraińskich warunkach ilekroć słucham zawodowych żołnierzy z frontu, często powtarzają, że „nie potrzebujemy tutaj tych kto walczyć nie chce. Bo od nich jest więcej problemów niż pożytku”. Armia ukraińska w ten sposób przeprowadza selekcję robiąc priorytet pod względem uzbrojenia jednostek i wyszkolenia tym kto lepiej siebie pokaże. Mimo chaosu który wywołuje rozszerzenie się szeregów armii o kilkaset tysięcy ludzi, nadal stawke sie robi na jakość, a nie ilość. I w warunkach kiedy nie masz czasu i możliwości do selekcjonowania ludzi podczas wielkich manewrów na poligonie, robi się zamiast tego wycięczkę na front.

Takie są moje obserwacje … smutne czy nie, niech sobie każdy sam zdecyduje.

Dla chętnych wesprzeć moją stronę: https://www.patreon.com/frontiersmannews

Zdjęcie ze strony oficera 47 pułku szturmowego, Walerija Markusa w której odzwiercedlał swoje emocję z ukraińskiego uderzenia na rozyjską bazę na Krymie.