Marek Regner – Ilustrator, malarz, grafik. Twórca, który swoją kreską w jednej chwili potrafi przenieść w świat barw i fantazji. ,,W malarstwie nigdy nie chciałem powtarzać wyeksploatowanych już do granic tematów – pejzaży, koni, portretów itd. Skoro zajmowałem się już komiksem i ilustracją dla dzieci, postanowiłem przełożyć ten sam styl na język malarski” – powiedział Marek Regner w rozmowie z Małgorzatą Baran.

Małgorzata Baran: – Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że życie lubi czasem zaskakiwać. Zastanawiałam się kiedy w jakich okolicznościach poznaliśmy się. Nie pamiętam. Ale mam wrażenie jakby to było dawno temu. Ciekawa sytuacja, mieszkać przez pół życia kilkadziesiąt kilometrów od siebie i spotkać się w sieci…(śmiech).Czym dokładnie zajmujesz się i czy rysunek jest Twoją jedyną pasją i profesją?

skok500Marek Regner: – W zasadzie to nie mam żadnej profesji, bo nie jestem ani profesorem, ani profesjonalistą (śmiech). Ale zajmuję się rysunkiem, grafiką komputerową, malarstwem – w zależności na co mam czas lub zapotrzebowanie. Udało mi się kiedyś zaistnieć w świecie zawodowych grafików – ilustratorów… i tak wciąż istnieję. Jeśli zaś chodzi o pasje to są nimi fotografia i pisanie (scenariusze komiksów, opowiadania itp.) choć to drugie traktuję wciąż po macoszemu.

W internecie masz swoją stronę http://www.marekregner.pl, prezentujesz obrazy, pokazujesz komiksy. Właśnie Twoje prace wpadły mi w oko, niesamowita kolorystyka, bajkowe tematy i miękka, dopracowana kreska. Od jak dawna interesujesz się rysunkiem?

– Staram się mieć w internecie własne portfolio. Aktualnie na swojej stronie pokazuję przykładowe prace – ale nie wszystkie. Tego, co stworzyłem jest bardzo dużo (ok. 3 tysięcy w sumie) i nie ma sensu pokazywać całości na swojej stronie – tym bardziej, że przynajmniej połowy prac nie chciałbym pokazywać, bo są jak dla mnie za słabe.

Trudno datować od jak dawna zajmuję się rysunkiem. Najpewniej od czasów dziecięcych, bo zawsze coś rysowałem po zeszytach. Ale tak zawodowo – czyli od momentu, kiedy dostaję za to honorarium to od 2005 roku.

Czy rysowałeś tak jak czułeś, czy uczyłeś się rysować sam, czy miałeś nauczyciela rysunku?

Kiwi– Jestem samoukiem. Jak na ironię w zawodzie wyuczonym (mechanik samochodowy) nie pracowałem ani jednego dnia. Rysować, malować, a później operować w programach graficznych uczyłem się sam. Często wspomagałem się fachową literaturą, ale doskonalenie kunsztu wymaga ogromnej ilości czasu i wyrzeczeń. Tak naprawdę to wciąż się uczę, ciągle doskonalę techniki pracy i wiedzę w zakresie grafiki komputerowej. Nie da się tak po prostu nauczyć (jak jazdy na rowerze) i na tym poprzestać.

Praca nad doskonaleniem warsztatu jest mozolna, nawet jeśli kochasz to co robisz. W poszukiwaniach swojego charakterystycznego stylu dążyłeś do osiągnięcia jakiegoś ideału? Chciałeś rysować jak..?

– Każdy na początku swojej przygody z twórczością ma pewne wzorce, na których się opiera. Mnie zawsze fascynowali rysownicy komiksów. Uwielbiałem styl rodem z Asterixa czy Kajka i Kokosza, ale z domieszką Disneya, Baranowskiego i Mleczki. W efekcie wyrobiłem swoją własną kreskę, która jak się okazało jest rozpoznawalna.

Miałeś okazję spotkać się i współpracować z dwoma legendarnymi polskimi twórcami komiksów, Papciem Chmielem, moim osobistym idolem w świecie kreski i specyficznej fabuły (Tytus, Romek i A`Tomek) i Tadeuszem Baranowskim (Antresolka profesorka Nerwosolka). Jak wspominasz tę współpracę i na czym ona polegała?

Kocie gody - obraz Marek Regner– Trudno tutaj mówić o współpracy. W zasadzie to z Papciem Chmielem nie spotkałem się nigdy osobiście, ale kontaktowaliśmy się przez jakiś czas. Zaczęło się od tego, że z okazji jubileuszu 50-lecia Tytusa zrobiłem krótki komiks do antologii. Jeszcze przed ukazaniem się antologii wysłałem do Papcia tę planszę i tak mu się spodobała, że zamieścił ją na swojej stronie. Później zrobiłem jeszcze inną, specjalnie dla niego. Podsyłałem mu również swoje własne komiksy, które spodobały mu się na tyle, że pochwalił się nimi swojemu synowi (który pracuje dla NASA). Pan Artur zaproponował mi nawet kiedyś, że pomoże w tłumaczeniu moich komiksów (co wymaga odpowiedniego podejścia, aby przelać ten rodzaj humoru na język angielski) i spróbuje zainteresować nimi rynek amerykański. Niestety, z braku czasu i pomysłu, kontakt utknął w martwym punkcie.

Sam Papcio Chmiel miał dla mnie kiedyś propozycję związaną z rysowaniem postaci A’Tomka dla pewnej kampanii reklamowej. Ten projekt też nie został zrealizowany.

Wspominałem kiedyś autorowi Tytusa, że chciałbym kontynuować rysowanie tej serii, bo dobrze czuję się w takiej kresce i tego rodzaju dowcipie. Papcio jednak odwiódł mnie od tego pomysłu, twierdząc że byłbym ciągle porównywany do oryginału, a poza tym sprawy związane z licencją są dość skomplikowane.

Z Tadkiem Baranowskim poznałem się osobiście przy okazji festiwalu komiksu w Łodzi. Wcześniej kontaktowaliśmy się korespondencyjnie. Owszem mieliśmy okazję współpracować ale to nie były jakieś liczące się projekty. Później Tadek Baranowski wycofał się na dobre z rysowania komiksów i poświęcił malarstwu.

Prywatnie, powiedziałeś mi kiedyś, że cenisz również innego wybitnego twórcę i pioniera polskich komiksów Janusza Christę (Kajko i Kokosz), dlaczego?

– Podziwiam już nie tylko jego kreskę, ale pracowitość. Liczba komiksów, jaką stworzył w ciągu swojego życia wprawia w osłupienie. Poza tym Janusz Christa był wybitnym scenarzystą. Historie jakie sam napisał i narysował są wprost fenomenalne. Niestety nie udało mi się nigdy spotkać tego nieżyjącego już mistrza, ale poznałem kiedyś jego wnuczkę Paulinę.

Jedną z pierwszych Twoich prac, na którą zwróciłam uwagę była puchata lecąca owieczka na tle fioletowego nieba (tytuł pracy „Skok”). Czym inspirowałeś się przy tworzeniu tej pracy i czym inspirujesz się w swojej twórczości?

Łoś - obraz Marek Regner– W malarstwie nigdy nie chciałem powtarzać wyeksploatowanych już do granic tematów – pejzaży, koni, portretów itd. Skoro zajmowałem się już komiksem i ilustracją dla dzieci, postanowiłem przełożyć ten sam styl na język malarski. Odkryłem, że wychodzi to całkiem znośnie i podoba się nie tylko dzieciakom, ale również ich matkom. Kiedyś był szał na moje prace, a kupowały je głównie kobiety w dorosłym już wieku – i to nie zawsze po to, aby wieszać je w pokojach swoich dzieci.

Często myślałem o zmianie klimatu i malowaniu poważniejszych tematów, ale postanowiłem pozostać przy tym infantylnym stylu i robić obrazki dla dzieci (które będą kupować ich mamy). Te bardziej klasyczne obrazy pozostawię sobie do namalowania na emeryturze.

Jakiś czas temu, poprosiłam Cię abyś przekazał jakieś drobne upominki od siebie dla polonijnych dzieciaków, rozwijających swoje artystyczne talenty pod skrzydłami Children of Europe z Antwerpii. Wśród upominków od Ciebie znalazła się wspomina owieczka. Podarowałeś też ilustrowaną przez siebie książeczkę o piłce nożnej. Obdarowywanie sprawia Ci przyjemność? Jakie jest Twoje zdanie na temat działalności charytatywnej?

– Połowę swoich prac rozdałem. Często sam proponowałem wspomóc jakiś cel charytatywny, bo nie jestem zamożny i nie mogę wspomóc finansowo, ale obrazy stanowią jakąś wartość więc dawałem to co miałem. Przez trzy lata przekazywałem po kilka prac na aukcje WOŚP organizowane przez serwis Allegro. Rok rocznie te prace zbierały coraz większe sumy i to było miłe, bo w życiu nie sprzedałem obrazu po takich cenach jakie osiągały w licytacjach WOŚP. Ofiarowałem też swoje prace na lokalne cele charytatywne. Ale nie tylko obrazy. W zeszłym roku przekazałem kilkanaście kubków autorskich (z pieskami) na bazarki, z których dochód przeznaczony był na leczenie zwierząt. Kubki sprzedały się jak bułeczki, a licytowane kwoty przerosły moje wyobrażenia.

Zrobiłeś ilustrację do bajki „Małpiszon Neno”, Yanoosha Barana, muzyka, autora i jurora pierwszej edycji Polonijnego Festiwalu Piosenki i Tańca, która ukazała się drukiem w miesięczniku „Antwerpia po polsku”. Było to dla Ciebie kolejne wyzwanie, czy rutynowe wykonanie zleconej pracy?

– To była koleżeńska przysługa (śmiech)

Jak Antwerpia to diamenty (śmiech), no nie o takie pytanie mi chodziło. Jak Antwerpia to Belgia a jak Belgia to Grzegorz Rosiński. Wiem, że to Twój Guru. Za co cenisz tego artystę?

– Może nie „Guru”, ale jest uosobieniem sukcesu jaki można osiągnąć solidną pracą, poświęceniem – ale i przy udziale pewnej dozy szczęścia. Bo miał to szczęście spotkać odpowiednie osoby (mam na myśli scenarzystów i wydawców) i wyjechać do Belgii, aby tam robić to, co najlepiej potrafi – rysować. W Polsce nikt w tym fachu nie osiągnął takiego sukcesu i chyba nie osiągnie.

A za co cenię Grzegorza Rosińskiego? Za jakość jego prac. Z każdym nowym komiksem jest coraz lepszy. On nigdy nie przestanie się doskonalić.

Twoja ulubiona postać z dzieł Rosińskiego i dlaczego właśnie ta?

– Jestem wiernym fanem serii „Thorgal”, ale to nie główny bohater komiksu jest moją ulubioną postacią – bardziej fascynują mnie jego dzieci (Jolan, Louve) oraz Kriss de Valnor.

Zarówno w literaturze jak i w komiksie nie przepadam za czarno-białymi charakterami, a Thorgal taki właśnie jest. Jego dzieci mają bardziej skomplikowaną, a zarazem ciekawszą osobowość. Być może dlatego, że odziedziczyły moce nadprzyrodzone. Natomiast Kriss de Valnor jest absolutną mistrzynią w swoim typie charakteru. Za to ją właśnie podziwiam.

Czym aktualnie się zajmujesz, coś w trawie piszczy o działalności wydawniczej?

– Ostatnie dwa i pół roku byłem w stanie „hibernacji”. To znaczy z różnych przyczyn podjąłem pracę etatową (jako grafik), co uniemożliwiało mi rozwój własnych planów artystycznych. Oczywiście realizowałem jakieś tam drobne zlecenia rysunkowe, ale o malowaniu i tworzeniu własnych projektów nie było mowy.

Początkiem roku postanowiłem rzucić pracę i wrócić do tego co robiłem przez lata – byłem freelancerem. Aktualnie odnawiam kontakty i szukam nowych, aby utrzymywać się z robienia ilustracji i komiksów. W tej chwili robię obrazki do książeczek dla dzieci, ale mam już kolejne – być może bardziej ambitne zlecenia na horyzoncie. W maju powinna ukazać się książeczka z wierszykami o „Śpiącej żyrafie”, którą ilustrowałem tradycyjnie – akwarelą. Wydana zostanie przez autorkę wierszyków – Izę Skabek, dla której robiłem już ilustracje do kilku książeczek. Tym razem współpraca wyglądała odwrotnie, bo pomysł był mój i ja zrobiłem serię ilustracji, do których Iza napisała wierszyki. Mam też w planie realizację własnych – ilustrowanych historyjek, które mam nadzieję uda mi się wydać jeszcze w tym roku.
No i w końcu mam czas zająć się malarstwem. Jak już wcześniej wspomniałem, będę trzymać się swojego obrazkowego stylu. Planuję wyspecjalizować się w tworzeniu obrazów dla dzieci i malować takie serie przeznaczone do sprzedaży.

Jesteś bardzo ambitnym artystą. Co jest Twoim życiowym celem? Co jeszcze chciałbyś osiągnąć?

– Moim życiowym celem jest tworzyć do samego końca. Nie mam żadnych wygórowanych marzeń o sławie, czy majątku. Wystarczy jeśli życie pozwoli mi rysować, malować i utrzymywać się z tego.

Jakie są Twoje poza plastyczne zainteresowania, czy eleganckie samochody jak w filmach z Bondem, czy rowerowy piknik ? Jak spędzasz wolny czas?

– Wino, kobiety i śpiew (śmiech) – żartuję. Jeśli już mam czas na hobby poza malowaniem… to lubię jazdę na rowerze – takie tam wypad po kilkadziesiąt km po lasach, polach itp. Oczywiście fotografia, ale to staram się łączyć np. z wycieczkami rowerowymi lub po prostu wsiadam w samochód i szukam ciekawych plenerów do robienia zdjęć.

Czego Ci mogę życzyć na wiosnę ?

– Może odpowiedniej pogody do robienia zdjęć? (śmiech)

To ja się piszę na fotograficzny plener! Dziękuję Ci za rozmowę i poświęcony czas.

Z Markiem Regnerem rozmawiała Małgorzata Baran.