Są w polityce momenty tak wzniosłe, że człowiek przeciera oczy ze zdumienia. Oto prokuratura ściga byłego wiceministra za wydawanie poleceń w ministerstwie. Następnym krokiem będzie zapewne postawienie zarzutów strażakowi za gaszenie pożaru, a chirurgowi za operowanie pacjentów.
Według przedstawionej narracji problemem nie jest korupcja, prywatne korzyści czy tajemnicze przelewy na egzotyczne konta. Problemem jest to, że minister podjął decyzję kadrową, korzystając z kompetencji, które – co za niespodzianka – posiadał właśnie dlatego, że był ministrem. W logice obecnej krucjaty prawnej samo sprawowanie funkcji publicznej zaczyna przypominać działalność przestępczą.
Wniosek o uchylenie immunitetu europosła Patryka Jakiego wygląda bardziej jak polityczny spektakl niż poszukiwanie sprawiedliwości. Trudno oprzeć się wrażeniu, że celem nie jest rozliczenie konkretnego czynu, lecz stworzenie nowego standardu: jeśli da się oskarżyć ministra za decyzję podjętą w ramach urzędu, to w przyszłości da się oskarżyć każdego ministra za każdą decyzję. Wystarczy zmiana władzy i odpowiednio kreatywna interpretacja przepisów.
To właśnie dlatego sprawa budzi emocje wykraczające poza osobę Jakiego. Dziś na celowniku jest polityk jednej strony sporu. Jutro identyczna metoda może zostać zastosowana wobec polityków obecnej koalicji. Precedensy mają bowiem tę nieprzyjemną cechę, że nie pytają o barwy partyjne.
Szczególnie interesująco brzmi argumentacja, według której zapewnienie funkcjonariuszowi określonego statusu służbowego podczas oddelegowania ma stanowić podstawę do odpowiedzialności karnej. Gdyby konsekwentnie stosować tak szerokie kryteria, połowa administracji publicznej mogłaby regularnie odwiedzać prokuratorskie gabinety. Kadry, awanse, delegacje i decyzje personalne są codziennością każdego resortu. Nie każde kontrowersyjne rozstrzygnięcie jest od razu przestępstwem.
Coraz częściej można odnieść wrażenie, że polityczna walka przeniosła się z parlamentarnych sal do prokuratorskich akt. Zamiast przekonywać wyborców, łatwiej przekonywać śledczych. Zamiast wygrywać debatę, wygodniej jest uruchamiać procedury. Problem polega na tym, że taka broń działa w obie strony.
Jeżeli rzeczywiście utrwali się zasada, że minister może odpowiadać karnie za zwykłe wykonywanie swoich kompetencji, obecna władza może kiedyś gorzko pożałować własnej gorliwości. Bo kiedy wahadło polityczne znów zmieni kierunek, ktoś przypomni sobie ten przypadek i zapyta: skoro wtedy można było ścigać ministra za decyzje urzędowe, to dlaczego nie dziś?
Historia polityki pełna jest przykładów ludzi, którzy budowali narzędzia przeciw przeciwnikom, by po latach odkryć, że narzędzia te trafiły w ich własne ręce — tyle że trzymane przez kogoś innego. W tym sensie najciekawszym bohaterem tej historii może okazać się nie Patryk Jaki, lecz minister obecnej koalicji, który pewnego dnia przekona się, jak kosztowne bywają polityczne precedensy.
Zostaw komentarz