Najgroźniejsze systemy w historii nie powstawały dzięki karabinom. Powstawały dzięki obietnicom. Obietnicom bezpieczeństwa, stabilności, wygody i rzekomego dobra wspólnego. Przemoc przychodziła później, gdy społeczeństwo było już rozbrojone ekonomicznie, psychologicznie i organizacyjnie. Właśnie dlatego współczesna fascynacja technokracją i wszechobecnym państwem powinna budzić niepokój każdego człowieka, który zna historię choćby pobieżnie. Nie ma bowiem większej naiwności niż przekonanie, że koncentracja władzy staje się bezpieczna tylko dlatego, że odbywa się przy pomocy komputerów zamiast bagnetów.

Państwo od dekad sprzedaje obywatelom ten sam produkt pod różnymi nazwami. Raz jest to bezpieczeństwo socjalne, innym razem walka z kryzysem klimatycznym, później cyfryzacja, modernizacja albo ochrona przed dezinformacją. Opakowanie się zmienia, lecz mechanizm pozostaje identyczny: oddaj nam kolejną część swojej autonomii, a my zadbamy o ciebie lepiej niż ty sam. I miliony ludzi przyjmują tę narrację bez oporu. Akceptują ograniczanie gotówki, rozrost centralnych baz danych, coraz większą kontrolę nad energią, transportem czy finansami. Dzieje się tak dlatego, że wmówiono im, iż zależność jest synonimem bezpieczeństwa.

To nie jest postęp. To jest infantylizacja całych społeczeństw. Historia pokazuje brutalną prawdę: gdy obywatel traci możliwość samodzielnego zdobycia żywności, energii i środków utrzymania, przestaje być obywatelem. Staje się poddanym. Może głosować, protestować i publikować gniewne komentarze w internecie, ale jego wolność istnieje wyłącznie tak długo, jak długo system pozwala mu normalnie funkcjonować.

Stalin nie zagłodził milionów ludzi dlatego, że był wyjątkowo inteligentny. Zagłodził ich dlatego, że posiadał kontrolę nad dystrybucją żywności. Czerwoni Khmerzy nie zdobyli pełni władzy dzięki technologii. Zdobyli ją dzięki zniszczeniu niezależności ekonomicznej obywateli. Każdy totalitaryzm najpierw odbiera alternatywy, a dopiero później odbiera prawa. To żelazna reguła historii. Dlatego szczególnie absurdalne jest przekonanie, że tym razem będzie inaczej. Że cyfrowa waluta kontrolowana centralnie nigdy nie zostanie wykorzystana przeciwko obywatelom. Że system pełnej identyfikacji i monitoringu będzie wiecznie obsługiwany przez ludzi szlachetnych, kompetentnych i pozbawionych pokusy nadużywania władzy.

To nie jest argument polityczny. To jest argument oparty na wierze. Wymaga bowiem założenia, że przyszłe elity okażą się bardziej moralne niż wszystkie wcześniejsze elity w historii. Tymczasem historia jest jednym wielkim cmentarzem społeczeństw, które zaufały swoim rządzącym bardziej, niż pozwalał zdrowy rozsądek.

Najbardziej groteskowe jest to, że współczesny człowiek uważa się za bardziej wolnego niż jego przodkowie. W rzeczywistości jego codzienne funkcjonowanie zależy od większej liczby scentralizowanych systemów niż kiedykolwiek wcześniej. Bez prądu nie ogrzeje domu. Bez systemu bankowego nie kupi jedzenia. Bez cyfrowej infrastruktury nie załatwi podstawowych spraw. Bez zgody państwa coraz częściej nie może korzystać ze swojej własności w sposób, jaki uzna za stosowny. To nie jest niezależność. To jest zależność ubrana w elegancki interfejs użytkownika.

Technokracja nie przychodzi w mundurze. Nie maszeruje ulicami z pochodniami i nie krzyczy przez megafon. Przychodzi z aplikacją, formularzem online i komunikatem o aktualizacji systemu. Mówi językiem ekspertów, algorytmów i procedur. Jest uprzejma, nowoczesna i pozornie racjonalna. Jednak jej końcowy efekt może być identyczny jak w przypadku dawnych tyranii: obywatel całkowicie uzależniony od decyzji centrum.

Społeczeństwo, które oddaje państwu kontrolę nad pieniędzmi, energią, żywnością i przepływem informacji, zachowuje się jak człowiek, który dobrowolnie zamyka się w klatce, ponieważ strażnik zapewnia go, że nigdy nie przekręci klucza. Problem polega na tym, że strażnicy się zmieniają. Zmieniają się rządy, ideologie, kryzysy i ludzie u władzy. A gdy nadejdzie moment próby, będzie już za późno na budowanie alternatyw.

Wolność nie ginie wtedy, gdy pojawia się tyran. Wolność ginie wtedy, gdy społeczeństwo samo likwiduje wszystkie zabezpieczenia przed tyranią, ponieważ uwierzyło, że tyran nigdy się nie pojawi. Dlatego całkowite uzależnienie od państwa nie jest przejawem odpowiedzialności obywatelskiej. Jest historycznie sprawdzoną receptą na katastrofę. Nie dlatego, że każda władza musi stać się opresyjna, lecz dlatego, że żadna władza nie daje gwarancji, że taka nie będzie w przyszłości. A naród, który oddał wszystkie narzędzia niezależności, nie będzie miał już wtedy żadnego sposobu, by się bronić.