Krytycy zgodnie podkreślali, że to wielki, wyjątkowy, niezwykły i wstrząsający film. Zwala z nóg. Wbija w fotel. Takich określeń używali. Mówili o Smarzowskim, jako o „Dostojewskim kina”, albo „Mackiewiczu filmu”. O mistrzowskim prowadzeniu aktorów. I że nikt od kilkudziesięciu lat takiego obrazu nie nakręcił.
W moim przekonaniu, to arcydzieło sztuki. Ale głównej nagrody w Gdyni nie otrzymał. Złotych Lwów mu nie przyznali. Srebrnych też. A więc zwyciężył strach i małość charakterów. A przede wszystkim polityczna poprawność. By nie zrazić wielkich. I nie podpaść Ukrainie.
To też cios w prawdę o banderowskim ludobójstwie. Cios w odwagę. I lekceważenie ofiar zbrodni.
Jury kompletnie się skompromitowało. Odpowiedzmy tym małym ludziom i pójdźmy masowo do kin. Niech nie myślą, że przy pomocy swoich obrzydliwych gierek zablokują „Wołyniowi” drogę do widza. Polacy już nie raz dali dowód, że nie pozwolą się oszukiwać.




ARCYDZIEŁO SMARZOWSKIEGO „WOŁYŃ” A MOJA „NIENAWIŚĆ”
Już znawcy przedmiotu wiedzą, że film Smarzowskiego „Wołyń” powstał w oparciu o zbiór moich opowiadań „Nienawiść”. Zresztą Smarzowski tego nie ukrywa. Ponieważ jednak znaczna część Widzów i Czytelników wciąż o tym jeszcze nie wie, dlatego też o tym wspominam. Już sporo miłośników kina w ramach badania opinii odbiorców widziało film. Pierwsze relacje, bo jeszcze nie recenzje, są znakomite. Oto co pisze na FB Piotr Skwieciński, publicysta w „wSieci”: „Porażający, wielki i straszny. Powiedzieć, że wbija w fotel, to nie powiedzieć absolutnie nic”. Inni dodają, że ludzie na tym filmie mdleją, a pewien polityk po obejrzeniu obrazu ze śmiertelnie bladą twarzą natychmiast po projekcji uciekł. Słowem film wstrząsa i powoduje szok. To siła ekspresji. Zapewne wrogowie prawdy będą wściekli i z furią zaatakują. Ale na nic ich ujadanie. Prawdy się już nie zasłoni. Pytają mnie dziennikarze, czy zachowane są w nim realia zbrodni ludobójstwa. I czy wiernie oddaje klimat moich opowiadań. Tak, to wierna a zarazem twórcza realizacja moich wizji literackich. Zarówno tematyka, fabuła, idea, ton filmu jak i postaci w nim występujące sięgają swoich źródeł, czyli wypływają z „Nienawiści”. Trochę jest też z klimatu „Strachu” i „Ukraińskiego kochanka”. Dodam, że „Strach” to tom II „Nienawiści”. Poza scenami grozy, wojny, ludobójstwa, ukazanymi w sposób artystyczny niezwykle sugestywny, znajdą znawcy kina także całe bogactwo obyczajowe, opowiedziane atrakcyjnie – życie codzienne, etniczne zróżnicowanie, tradycje, żywioły narodowe, języki, zachowania, święta, stroje, pieśni, tańce, uroda krajobrazów i rzetelnie oddany charakter przedwojennej wsi. I coś, co można nazwać własnym stylem. I pięknem ducha. Występują tam Polacy, Rusini-Ukraińcy, Żydzi, Niemcy, Sowieci… cała paleta narodowa… Natomiast jeśli by porównać skalę talentu Smarzowskiego w tym filmie do skali talentu jakiegoś innego polskiego reżysera światowego formatu, to tylko jedno nazwisko przychodzi mi na myśl – Wojciech Has. Ta sama głębia. Ten sam dobry smak. To samo poszukiwanie i pokazywanie prawdy o człowieku i współczesnym świecie. Tylko estetyka diametralnie różna. Każdy ma swoją, niepowtarzalną, własną. Jeśli zaś idzie o całą filozofię filmu, jego problematykę, i jak rozumiem sens tej narodowej epopei, opowiem w kolejnym odcinku. Do kin idziemy już 7 października.
Autor: Stanisław Srokowski
Polski pisarz, poeta, prozaik, dramaturg, krytyk literacki, tłumacz, nauczyciel akademicki i publicysta. Więcej na stronie autorskiej: www.srokowski.art.pl
Niestety , prawde trzeba znac i sie z nia pogodzic,a teraz wszystko robic, aby podobna nienawisc juz nigdy nie powstala.