Gdybym napisał książkę o tym, jak niedobrzy byli Polacy dla Żydów, a w tle byłoby ukazana „potworność” dzisiejszych rządów i w dodatku wyśmiałbym nasz patriotyzm, to moje książki byłyby wyeksponowane w każdym „Empiku” i „Matrasie”. W ogóle byłyby w tych sieciach, a nie w sprzedaży internetowej. Ba! Dostałbym nawet jakąś nagrodę „intelektualistów” i „salon” nie szczędziłby mi „ochów i achów” nad moim „warstatem” oraz „artystycną wrazliwoscią”. A tak? Niszowy pisarz w księgarni „Prusa” na Krakowskim, w księgarni w budynku PASTY na Marszałkowskiej i w „Księgarni Narodowej” na Chmielnej (kryptoreklama! I cóż z tego?) oraz w paru małych księgarenkach, które bronią się przed pożarciem przez „zagraniczne tygrysy”.

Wiem, że zawsze można wytłumaczyć powyższe niedobory tym, że napisałem złe i głupie książki, w dodatku nie „pod europejską publiczkę”, że wydawnictwo jest nie wielkie. Dlaczego w takim razie widzę wyeksponowane w „Empiku” i „Matrasie” „gnioty”, wydawane przez wydawnictwa założone chyba tylko w tym celu, by wydać jedną książkę?

Piotr Wroński z książką - Spowiedź życiaNa marginesie, muszę się pochwalić, iż sprzedaż moich książek, mimo ich braku reklamy i wsparcia „wielkich”, jest dość duża. Nie mogę, oczywiście, równać się z innymi pisarzami, szczególnie tymi, którzy mają „własną półkę w Empiku”, lecz cieszy mnie to, że moje książki zaliczone zostają do literatury pięknej, a nie do sensacji i fantastyki. To fajne!

OK. Poskarżyłem się, ponarzekałem i już więcej nie będę. Książki o „wrednych polskich ksenofobach” też nie napiszę, bo sam takim jestem, czego się nie wstydzę, słysząc europejską definicję tego terminu.

Wydawca prosił mnie, bym opublikował jakiś fragment z tej książki. Publikuję więc:

„Pracowałem w wywiadzie i wiedziałem tylko to, co mi powiedziano. Takie były i powinny być zasady Domysłów nie chcę przytaczać, a dokumentów nie ma. Uparłeś się na teorie polityczne. Dobrze. To, co teraz powiem, spowoduje, iż natychmiast przypną mi kolejną etykietkę. Antysemity. Nie będę się przed tym bronił i zaznaczę tylko, że uważam antysemityzm, za najgorszy rodzaj rasizmu, który powinien być tępiony na równi z hitleryzmem, totalitaryzmem i wszelkimi przejawami rasowego podejścia do ludzi. Nie oznacza to jednak, że złodziej, który napadł mnie na ulicy i ukradł portfel jest uczciwy, tylko dla tego, iż jest Żydem, Murzynem, Chińczykiem lub Polakiem. Złodziej to złodziej, bez względu na narodowość, kolor i rasę. Siódme przykazanie powinno przecież dotyczyć absolutnie wszystkich. Nigdy też, w swoich wypowiedziach i artykułach nie dałem dowodu na antysemityzm i nie dam, a nawet sam takie wypowiedzi tępię. Pewne sprawy musimy jednak powiedzieć jasno. Pytałeś o strajki. Widzisz, „Solidarność” z roku swojego powstania i do wprowadzenia stanu wojennego była zupełnie inna niż „Solidarność”, która powstała w wyniku „Magdalenki”. Pozornie ten sam znaczek, ci sami robotnicy, ale na związek wpływ miał już ktoś inny. To znaczy główną siłą polityczną związku było tylko jedno środowisko. W roku 1980 i 1981 w łonie „Solidarności” ścierały się różne grupy. Od grup zachowawczych, poprzez grupy roszczeniowe, aż do ugrupowań postulujących wykorzystanie chwili i obaleniu komuny poprzez otwartą konfrontację. Żadna z tych grup nie zdobyła pełnego wpływu na związek. Oczywiście, że usiłowano, tzn. ówczesna władza usiłowała przejąć kontrolę nad „Solidarnością”, lecz też jej się to nie udało w pełni. Nie ma wątpliwości, że NSZZ „Solidarność” powstał ze spontanicznego ruchu wkurwionych robotników. Nikt nad tym nie miał kontroli, a intelektualiści pojawili się dopiero później, wraz z władzą, która upubliczniła tych działaczy, jacy byli dla niej najwygodniejsi. W ten sposób „pogrzebano” w ogólnym bałaganie prawdziwych założycieli związku. Wtedy również wpływ na związek usiłowali przejąć ludzie z dwóch środowisk, a właściwie jednego, tylko że rozłożonego w czasie. Zaraz wyjaśnię o kim mówię. Stan wojenny zunifikował na chwilę związek. Pozornie wszyscy spotkali się z represjami, ale nikt nie zauważył, że najbardziej dostali robotnicy, z ofiarami śmiertelnymi włącznie. Tak! Uważam, że „Wujek” był wykonany „na zamówienie”. Pokazywał „pazur” władzy i jednocześnie odstraszał innych. O „internatach” krążą legendy, ale gdyby ujawnić taśmy z techniki, o ile jeszcze są, wyraźnie widać by było podział wśród osadzonych. Nie zawsze wsadza się do więzienia ludzi, by ich ukarać lub zneutralizować. Czasem po to, by ich ochronić. Nie wskazuję nikogo. Przeskoczmy teraz do 1988 roku. Powstaje, a właściwie odradza się „Solidarność”, ale to już nie jest ta sama organizacja. Na jej działanie ma wpływ tylko jedna grupa opozycji, jeden odcień podziemia. Jest tylko jeden przywódca i grupa doradców o wspólnych korzeniach, różniących się pozornie. Już wiesz o czym mówię? Uważam, że środowiska osiadłe w Polsce, a właściwie zainstalowane przez Stalina do wprowadzania u nas komuny oraz ich potomkowie, a także ci, którzy przegrali w 1968 roku odzyskali wtedy władzę. To była zemsta za upadek rodziców, kolegów i przyjaciół, do którego w sposób idiotyczny doprowadził Gomułka. Nie chodzi mi o Żydów i nie mówię o jakiejkolwiek określonej narodowości. Myślę o środowiskach, a w nich byli przedstawiciele wielu warstw społecznych i grup etnicznych. Kojarzymy je błędnie z Żydami, bo większość, skierowanych przez Stalina do bycia Polakami miało takie pochodzenie, ale i byli wśród nich Rosjanie oraz ci, którzy pełnili role zasłony dymnej. Tacy jak Kiszczak i Jaruzelski. Przeanalizuj ich życiorysy oficjalne i nawet w nich znajdziesz nieścisłości, albo znaki zapytania przynajmniej. Stalin nie cierpiał Polaków. Bał się nas, miał traumę po roku 1920 i wiedział, że jeśli pozwoli tylko polskim komunistom wprowadzać nowy ustrój, to prędzej czy później każdy z nich powie Rosjanom „Won!”. Ostatecznie, to on wykończył KPP i zneutralizował ZPP, podstawiając Biuro Komunistów Polskich, z którym przyjechali nagle ludzie, nie znający naszego języka nawet. Wiedział też, że osadzanie Żydów na stanowiskach w aparacie bezpieczeństwa i sądownictwa pozwoli mu na dwie rzeczy: po pierwsze, całe odium skierowane zostanie na nich i osłoni Rosjan, po drugie, utrwali w tych środowiskach schemat „tradycyjnego polskiego antysemityzmu”, powodując bezwzględne wykonywanie jego poleceń oraz wprowadzenie terroru wobec Polaków. I to zagrało. Mamy „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”, a więc pozbycie się polskiej części PPR, mamy aresztowania na wielką skalę, bezwzględne wyroki, obławy i generalną rozprawę ze wszystkimi odcieniami nurtów patriotycznych. Potem, po roku 1954, czyli po upadku Berii i w roku 1956 mamy pierwszą próbę odzyskania państwa. Rzeczywiście, wtedy wyeliminowano większość postaci, ale tylko formalnie, bo wpływy pozostały. W roku 1968, Gomułka usiłował „dokończyć” dzieło, ale po swojemu: w sposób taki, w jaki chciał przeciwnik. Gomułka przegrał wszystko i znów zginęły niewinni ludzie. Zwykli ludzie, bo nikomu ze sprawców nie spadł włos z głowy. I właśnie ci sprawcy spotkali się znów po latach. Zastępcą naczelnika w „Jedenastce” był starszy człowiek, Henryk W. Pracował w wywiadzie od początku istnienia służb komunistycznej Polski. Od roku 1946. Powiedział mi kiedyś: „Zobacz co się dzieje. Znowu wracają ludzie z lat pięćdziesiątych. Młodsi, lepiej wykształceni, ale to ci sami ludzie. Wiesz, do roku 1956, praktycznie do połowy lat sześćdziesiątych, w tym ministerstwie Polak raczej nie mógł zostać szefem, a teraz dzieci biorą odwet.”. Nie wiem czy miał rację, ale coś w tym jest. To była rozmowa w czasie „Magdalenki”. Pamiętasz, jak mówiłem ci o aktywizacji w połowie lat 80-tych, po zabójstwie księdza Popiełuszki, emigracji z roku 1968? Niektóre związki polskie za granicą, były przejęte przez to środowisko. Nie spytałeś o to, kogo zaliczono do ekstremy, kiedy kazano nam zwracać uwagę na „zachowania ekstremalne”. Nikt nie zrobił listy, ale nawet w trakcie „Magdalenki”, kiedy dostaliśmy nieoficjalnie zakaz aktywnej pracy, jedyną czynną sprawą były działania wobec „Solidarności Walczącej”. Mniej więcej od amnestii w 1986 zamykano jedynie działaczy tego odłamu, a z wpływu na podziemie odcinano tzw. grupy nacjonalistyczne. Nie wiem, jak wyglądało ich zaopatrzenie i łączność z Zachodem, ale przez nasze kanały szły wyłącznie materiały dla „konstruktywnej opozycji”. „SW” to nie był mój zespół. Coś było w zespole niemieckim. Jacek P. i Ożga też coś robili w Gdańsku. Również wpadka Kołodzieja z lodówkami była wymierzona raczej w SW niż w resztę podziemia. Wiem, ze usiłowano powiązać ich z terrorystami. W roku 1986, Henryk W. poprosił mnie o znalezienie sposobu przerzucenia kogoś na Zachód, ale nie przez Czechosłowację i NRD. Nie wiedziałem o co chodzi i pojechałem na ustalenia. Znalazłem sposób, lecz nie napisałem wszystkiego w raporcie. Był poza jakąkolwiek sprawą i bez kryptonimów. Myślałem, że chodzi o przerzut nielegała, ale z rozmowy W. i Ożgi zorientowałem się, że chodzi o jakiegoś czołowego działacza „podziemia terrorystycznego”. Nie pamiętam kryptonimu, który wymieniali. Myśleli o odurzeniu figuranta, psychotropami, czy czymś podobnym i przerzuceniu nieprzytomnego za granicę z jednoczesnym zawiadomieniem miejscowej policji o przedostaniu się terrorysty na ich teren. Skojarzyłem figuranta z SW, ponieważ wspomnieli coś o RAF, że w zawiadomieniu miejscowej policji, użyją tej nazwy, a z zebrań i odpraw wiedziałem, iż chcą powiązać „Solidarność Walczącą” z RAF, ze względu na Berlin Zachodni. Nie dam jednak głowy, bo nigdy nie zetknąłem się z pracą „na nich”, poza lodówkami, ale o tym też dowiedziałem się już po fakcie. Kiedy usłyszałem uwagi oficerów, postanowiłem napisać tak, by sprawa okazała się niemożliwa do przeprowadzenia. Było to dość proste, gdyż taka akcja wymagałaby co najmniej trzech osób, które przewiozą nieświadomą osobę. Napisałem więc, że w „kanale”, który odkryłem może jednorazowo uczestniczyć jeden, góra dwóch ludzi. Nie wiem co dalej, bo nigdy już nikt przy mnie do tego nie wracał. Nie wiem też o mogą chodziło, a przypuszczenia mogą być błędne. Nie patrz tak…Nie wystąpię o medal. Po prostu wszystko ma swoje granice, a ja nie chciałem uczestniczyć w akcji, która mogła skończyć się tragicznie. Gdybym wiedział o kogo chodzi, pewnie bym go uprzedził, a tak, mogłem jedynie liczyć na to, że wszystko się rozmyje i chyba tak się stało. Moją notatkę oddałem W. I więcej jej nie widziałem.

Ciekawe, ale czy tylko dlatego uważasz, że „wybrano” sobie opozycję?

To dyskusja na ogromną debatę. Niestety, może tylko być oparta na spekulacjach, bo brak jest dokumentów, ale skoro chcesz, podam ci tylko jedna przesłankę. Zawsze zastanawiałem się dlaczego podziemie łykało to wszystko. Kanał poprzez Inter Commerce. Musieli zakładać, że może być kontrolowany. Wszyscy wpadali, ale nie my. Od Rudolfa zawsze przesyłki dochodziły do adresatów. W dodatku firma polonijna. Każdy, nawet najbardziej głupi kontrwywiad musiał zakładać, iż jest to okazja dla nas do szpiegowania. Nikt nas w widoczny sposób nie kontrolował. Dlaczego? Nie mam jednoznacznej odpowiedzi? Może Rudolf nie był tylko naszym „ucholem”? To by tłumaczyło „zaufanie” biur na Zachodzie. Może dlatego, że „przemyt” dochodził tylko do podziemia, reprezentującego określone, wygodne dla władzy poglądy? To by tłumaczyło, dlaczego nie mieli podejrzeń. Wiesz jaka była ostatnia robota? Wydobyliśmy z portu ogromną, profesjonalną maszynę drukarską. Przyszła z Anglii, ale podobno zrzuciły się na nią wszystkie biura „Solidarności” na Zachodzie. Kosztowała majątek i była wielka oraz ciężka. Prawie trzysta kilo. Władowali nam ją na samochód dźwigiem i wózkiem widłowym. Jeździliśmy z nią po kilku adresach, a w końcu zostawiliśmy na jakiejś działce za Baniochą. Sześć osób pomagało nam ją wyładować. Cała komórka podziemnej organizacji, której nazwy nie znałem nawet. Jakaś „grupa działania”. Edek S. był tam głównym rozgrywającym. Sześć osób! I nikt nie zadał sobie pytania w jaki sposób przeszliśmy z tą „kolubryną” celników, WOP, esbecję. Faktem jest, że jakieś papiery celne były, ale nikt z nich ich nie zażądał nawet. Jeszcze pytali, czy nie przewieźlibyśmy tego „grzmota” na Żoliborz, do jakiejś pustej hali na ulicy Przy Agorze. Słyszałem później, że na tej maszynie drukowano pierwsze egzemplarze „Gazety Wyborczej”. Ciekaw jestem czy to prawda? Najśmieszniejsze jest to, że nikt od nas nie chciał żadnego raportu, notatki, czy czegokolwiek. To nie jest dowód na moją tezę, ale tylko znak zapytania. Szkoda tracić czasu na takie dyskusje. Nie ma akt, nie ma sprawy. Zresztą, w tym okresie coraz więcej rzeczy robiliśmy bez kwitów.”