„Chłopi” Władysława Reymonta to wielkie dzieło literatury polskiej i światowej, ukoronowane nagrodą Nobla, uniwersalny a zarazem dramatyczny obraz życia wiejskiego, ujęty w czterech porach roku. Można wykreować z nich wspaniały obraz filmowy lub oryginalny dramat sceniczny. Filmowcom się to udało. Natomiast na scenie teatralnej zobaczyliśmy prostacki kicz i pretensjonalny, sztuczny twór propagandowy, zwyrodnienie estetyczne.

„Chłopi” w reż. Sebastiana Majewskiego, jako spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego AST we Wrocławiu, pozostanie zapamiętany, jako ordynarna dwugodzinna, prymitywna składanka zmieniających się fallicznych widoków. Niemal od samego początku kilkanaście scenicznych postaci, młodych aktorów i aktorek, w strojach imitujących nagie ciała, a jakże by inaczej, z dużymi fallusami ( reżyser zapewne ma jakiś kompleks) i z mocno uwypuklonymi waginami, gania bez żadnego sensu po scenie, tworząc różnorodne figury i demonstrując goliznę, jako znak rozpoznawczy ożywczego europejskiego prądu intelektualnego w teatrze. Co za odkrycie?! Nagie ciała!

Nie idzie tu o artystyczne, nowatorskie dzieło, ale o prymitywną marksistowską indoktrynację, która ma na celu rozprawić się z tradycyjną rodziną, z obyczajami, religią i naturalną ludzką wrażliwością, którą trzeba wypaczyć, zdegenerować i splugawić. I ten wrocławski, pożal się Boże!, eksperyment, plugawi za nasze narodowe pieniądze. Zgodnie zresztą z programem Willi Münzenberga, kontynuatora komunizmu kulturowego ze szkoły frankfurckiej, niemiecko-żydowskiego marksisty, który wymarzył sobie, by: (…) „zorganizować intelektualistów i wykorzystać ich do splugawienia cywilizacji zachodu. Dopiero wtedy, kiedy wszystkie jej wartości zostaną zniszczone, a życie w niej stanie się niemożliwe, będziemy mogli narzucić dyktaturę proletariatu”.

A w innym miejscu doprecyzowuje: „Zachód zrobimy tak zepsutym, że będzie śmierdział”. I właśnie rozpleniło się już to śmierdzące paskudztwo po Polsce, także po Wrocławiu. Szkoda tylko wrażliwych, często utalentowanych młodych aktorów, którym się psuje gust i którzy nie wiedzą, że są używani do cynicznej propagandy ideologicznej i politycznej gry. To psucie młodego pokolenia.

Powyższe słowa, to fragment mego felietonu z „Warszawskiej”. Zachęcam do przeczytania całości. Bieżący numer w kioskach.

Sztuka jest bardzo ważną dziedziną ludzkiiego, społecznego życia, jest rdzeniem kultury, a kultura istotą tożsamości i trwania. Dlatego obecnie toczy się potężny atak – właśnie- na sztukę, by poprzez nią niszczyć takie uniwersalne, historyczne wartości jak dobro, prawda, piękno, wiarę, miłość… To cyniczna gra, która szybko nie ustanie. Zaplanowana na długie dziesięciolecia. Ważne, byśmy o tym wiedzieli.

Nie wystarczy jednak się tylko oburzać, bo to najłatwiejsze, trzeba się organizować, dużo wiedzieć, czytać, działać! Ja o tym zjawisku napisałem trzy książki: „Barbarzyńcy u bram”, „Spisek barbarzyńców, „Barbarzyńcy w salonie” . A teraz przygotowuję czwartą. Szukam wydawcy. Na razie zapraszam do lektury „Barbarzyńców”. Do zdobycia w księgarniach interenetowych.

Autor: Stanisław Srokowski
Polski pisarz, poeta, prozaik, dramaturg, krytyk literacki, tłumacz, nauczyciel akademicki i publicysta. Więcej na stronie autorskiej: www.srokowski.art.pl