Marek Budzisz :”Jeśli zatem szukamy pola manewru dla polskiej polityki, to z pewnością współpraca w niektórych obszarach z Londynem może okazać się korzystną, co nie oznacza, iż powinniśmy lekceważyć napięcia miedzy Paryżem a Berlinem. Francuzi są również, jak można przypuszczać na podstawie ostatnich wystąpień Macrona, zaniepokojeni perspektywą niemieckiej dominacji, a to oznacza, że dla nas i tu otwiera się pole do politycznej rozgrywki. Trzeba jednak, aby być skutecznym, zerwać z myśleniem w kategoriach „odwiecznych sojuszy” (w tym wypadku ze Stanami Zjednoczonymi) i starych przewin (w tym wypadku chodzi o niepotrzebne rozpamiętywanie „śmierci mózgowej NATO”).” (czytaj więcej)

Ten artykuł wydaje mi się bardzo ciekawy, chociaż idzie w poprzek mojemu myśleniu o tych sprawach, które każe mi szukać gwaranta bezpieczeństwa Polski w USA i przyjmować do wiadomości, że jeszcze długo Waszyngton będzie uznawał Berlin za ważniejszego partnera niż Warszawę. Telefon z Waszyngtonu częściej słychać w Berlinie niż w Warszawie.

Marek Budzisz zdaje się sugerować, że, być może, takie podejście jest dla Polski paraliżujące i nie pozwala nam dostrzec i wykorzystać rodzących się okazji do zmiany układu sił na naszą korzyść.

Mnie się jednak wydaje, że niesnaski w klubie Waszyngton – Londyn – Berlin to tylko rodzinna sprzeczka. Ona się kiedyś skończy i kraje te powrócą do utartych schematów prowadzenia polityki.

Z kolei Francja, z którą ewentualnie mielibyśmy budować wspólny przemysł obronny, względnie całkiem niedawno głosowała ramię w ramię z Niemcami w sprawie dyrektywy transportowej.

Niezależnie od tych zastrzeżeń artykuł jest ciekawy swym bogactwem w różnego rodzaju informacje z zakresu stosunków międzynarodowych, co już dawno stało się znakiem firmowym Autora.