Dlaczego cudza krzywda coraz mniej nas rusza?
„Dzieci zawsze były okrutne”
Czytam właśnie o kolejnej ekranizacji „Carrie” i myślę sobie, że staremu Kingowi wystarczyła zwyczajna szkoła, żeby znaleźć materiał na horror. Nadprzyrodzone zdolności bohaterki dołożyły swoje do katastrofy, ale samo gnojenie i upokarzanie dziewczyny nie wymagało żadnej pomocy z zaświatów. Do tego z nawiązką wystarczyli szkolni rówieśnicy. Człowiek czasem szuka potworów w ciemnej piwnicy, a one tymczasem siedzą w ławce obok i czekają na przerwę.
I zaraz słyszę to znajome, mądre pukanie się w czoło i protekcjonalne: „Stary, daj spokój, dzieci zawsze były okrutne”. Owszem, bywały. Dorośli zresztą też. Tylko co właściwie ma z tego gadania wynikać? Że możemy spokojnie dopić letnią herbatę i machnąć ręką, ponieważ poniżanie słabszego ma w naszej kulturze dostatecznie długą tradycję? Dawność świństwa nie nadaje mu prawa do dalszego istnienia. Inaczej wystarczyłoby znaleźć odpowiednio stary przykład podłości, żeby dzisiejszy sprawca dostał rozgrzeszenie z urzędu.
To zdanie o „wiecznym okrucieństwie dzieci” bywa uczciwym ostrzeżeniem przed idealizowaniem przeszłości, do którego my, starzy, mamy słabość. Pamięć potrafi nam odmalować młodość tak starannie, że po dawnych pęknięciach nie zostaje nawet rysa. Ale to samo zdanie potrafi też służyć za wygodną pokrywkę, którą dorośli przykrywają własną bezradność, zmęczenie albo zwyczajną niechęć do zajęcia się sprawą. „Zawsze tak było”, więc czego ty właściwie, Grzybie, oczekujesz od dzisiejszej młodzieży?
No więc oczekuję, że nie będziemy starą wymówką zasłaniać nowych możliwości krzywdzenia. Dawne upokorzenie też mogło ciągnąć się latami i zostawić ślad na całe życie. Sama „Carrie” powinna wystarczyć, żebyśmy nie opowiadali bajek o niewinnych docinkach, po których każdy otrzepywał się i szedł dalej. Dzisiaj jednak do tamtej krzywdy można dołożyć nagranie, które znajduje widownię daleko poza szkołą, osiedlem, a nawet krajem. Szkolny korytarz pustoszeje po lekcjach, internetowa widownia nie ma obowiązku rozejść się do domu. Ktoś może po miesiącu wyciągnąć filmik i urządzić ofierze powtórkę, choć ona zdążyła już uwierzyć, że najgorsze ma za sobą.
A wokół przewijają się kolejne pobicia, upokorzenia, wojenne obrazy śmierci i komentarze ludzi, którzy na wszystko mają gotowe usprawiedliwienie. Jedna tragedia znika pod następną, zanim zdążymy się nad nią zatrzymać. Podejrzewam, że w takim otoczeniu łatwiej przejść od „tak, to się zdarza” do cichego „skoro tak jest, to nie ma sensu się tym przejmować”. Zło może przestać być wydarzeniem, a stać się codziennym tłem. I wtedy człowiek zaczyna odnosić się do niego jak do zeszłej zimy: była, dokuczyła, cóż poradzić, trzeba żyć dalej.
Nazywam to sobie „syndromem wojennego dostosowania”. Nie wyciągam tej nazwy z podręcznika psychiatrii. Próbuję nią uchwycić przemianę, w której oswojenie z brutalnością, milczenie otoczenia i własne sprytne usprawiedliwienia zaczynają się wzajemnie napędzać. Wojna jest tu punktem odniesienia, ale przecież do codziennego obcowania z cudzym cierpieniem nie trzeba już siedzieć w okopie. Można siedzieć we własnym fotelu, mieć dach nad głową i każdego wieczoru wpuszczać do domu obrazy świata, w którym człowiek człowiekowi robi rzeczy straszne.
I dlatego wracam do ludzi stojących obok. Czy oni jeszcze widzą krzywdę, czy już tylko dobrą rozrywkę? Milczą ze strachu, z bezradności, czy dlatego, że przyzwyczaili się nie reagować? A może oswoili się z cudzym bólem do tego stopnia, że przestał ich zatrzymywać? Bo jeśli „zawsze tak było” zaczyna znaczyć „można na to pozwolić”, to właśnie przesunęliśmy granicę. Niby tylko wzruszyliśmy ramionami, a komuś obok zrobiliśmy więcej miejsca na następne świństwo.
Wojna przychodzi do domu przez ekran
Dawniej wojna przychodziła do domu z zapłakanym listem, komunikatem radiowym albo opowieścią człowieka, który wrócił z frontu bez nogi, za to z krzykiem budzącym go po nocach. Dzisiaj potrafi przyjść między prognozą pogody a śmiesznym filmikiem z kotem. Zburzony budynek, zakrwawione dziecko, rozpacz matki nad gruzami, a sekundę dalej radosna reklama szamponu, który koniecznie powinienem kupić, żeby moje życie stało się luksusowe. Wszystko na jednym ekranie, przesuwane tym samym palcem. Tragedia ma chwilę na zatrzymanie mojej uwagi, bo zaraz czeka następny materiał.
Kolejne obrazy masakry migają przed oczami, zanim zdążę pomyśleć o poprzednich. Siedzę bezpiecznie we własnym fotelu, popijam herbatkę z aronią, a oglądam cudzą śmierć z odległości wyciągniętej ręki. Wokół niej publiczne komentarze, oskarżenia, polityczne usprawiedliwienia i eksperckie zapewnienia, że akurat ta konkretna przemoc była dziejowo konieczna. Ktoś musiał zginąć, ktoś sam sobie winien, kogoś należało poświęcić dla większego dobra. Wojna serwowana do kolacji przynosi więc także gotowe sposoby usprawiedliwiania krzywdy. Zastanawiam się, co z tego zostaje w głowie młodego człowieka, który dopiero uczy się rozpoznawać granice. Czy zapamięta cierpienie ofiary, czy wygodne wyjaśnienie, dlaczego sprawca właściwie nie miał innego wyjścia?
Nie zamierzam stawiać znaku równości między człowiekiem pod ostrzałem a widzem przed ekranem. Pierwszy może w każdej sekundzie stracić życie; drugi może wyłączyć urządzenie. Ale ta techniczna możliwość odcięcia się nie oznacza, że obejrzane obrazy spływają po nas jak po kaczce. Holman, Garfin i Silver zbadali reakcje ludzi po zamachu na maraton w Bostonie w 2013 roku. W pracy opublikowanej w PNAS w 2014 roku intensywne śledzenie relacji medialnych wiązało się z nasilonym ostrym stresem. Przy co najmniej sześciu godzinach takiego kontaktu dziennie w tygodniu po zamachu związek ten był silniejszy niż przy bezpośrednim zetknięciu z wydarzeniem. Nie wynika z tego, że widz przeżywa to samo co ofiara ani że oglądanie tragedii musi uczynić go obojętnym. Wynika jednak rzecz, której nie warto lekceważyć: ekran oddziela fizycznie, ale nie jest pancerzem dla emocji. [1]
Gdy byłem podlotkiem, drastyczne obrazy nie czekały na mnie w kieszeni i nie podsuwały się same przy każdym odblokowaniu telefonu. Dzisiaj nad doborem materiałów pracują całe armie algorytmów. Platformy uwzględniają między innymi to, jak długo oglądamy film, czy obejrzeliśmy go do końca i przy czym zatrzymujemy uwagę. Nie oznacza to, że każde zatrzymanie uruchamia niekończący się pokaz brutalności, ale może zwiększać szansę na kolejne podobne treści. [2] I tutaj mam kłopot: samo zatrzymanie przy obrazie nie mówi jeszcze, czy oglądam go z zachwytem, przerażeniem, czy niedowierzaniem. George Gerbner i jego współpracownicy już w czasach telewizji badali, jak intensywne oglądanie wiąże się z obrazem świata, między innymi z nieufnością i poczuciem zagrożenia. [3] Dawny „syndrom złego świata” przychodzi mi więc do głowy, gdy patrzę na dzisiejszą personalizację: telewizor podawał wielu ludziom ten sam program, a telefon może każdemu urządzić osobną wystawę ludzkiego nieszczęścia.
I właśnie dlatego pytam: co my robimy z tym syfem, który codziennie wpuszczamy do głów dzieci — i własnych? Nie załatwimy sprawy samym poleceniem, żeby odłożyły telefon, skoro za chwilę sami wracamy do kolejnych nagrań i komentarzy. Ktoś musi jeszcze pomóc nazwać to, co widać. Powiedzieć, że człowiek pod gruzami nie jest efektownym materiałem, a jego śmierć nie staje się mniej rzeczywista dlatego, że po niej pojawiła się reklama szamponu. Za informacją pozostaje czyjeś życie, którego nie da się przewinąć do następnego odcinka. Bez takiej rozmowy łatwo zostawić młodego człowieka sam na sam z obrazami i z tymi, którzy najgłośniej objaśniają mu, dlaczego cudze cierpienie było konieczne.
Grywalizacja rzezi, czyli śmierć jako e-sport
Mój niepokój rośnie, gdy wojenny horror zaczyna być podawany młodym na zasadach rozrywki. Nagrania z kamer dronów, pokazujące rzeczywiste ataki i śmierć ludzi, krążą po internecie przemontowane, z muzyką, napisami i efektami mającymi przyciągnąć uwagę. Takie przerabianie wojennych obrazów na materiały dopasowane do społecznościowego widowiska opisują również badacze mediów. [4] Nie trzeba przy tym pomylić człowieka z pikselami, żeby zacząć oglądać jego ostatnie chwile jak fragment strzelanki. Można doskonale wiedzieć, że to prawdziwa śmierć, a mimo wszystko oceniać celność, montaż i efektowność wybuchu. Granica przesuwa się wtedy w sposobie traktowania tego, co widzimy. Zabity pozostaje rzeczywistym człowiekiem, lecz dla widza może już być tylko udanym trafieniem.
Wojny zawsze były brutalne, a pokazywanie pokonanego przeciwnika jako trofeum też ma historię dłuższą niż internet. Nie będę więc udawał, że przed wynalezieniem telefonu ludzkość oglądała cudze cierpienie wyłącznie z należytą powagą. Niepokoi mnie jednak łatwość, z jaką dzisiaj można z niego zrobić krótki, atrakcyjny materiał do puszczenia dalej. Dobieramy muzykę, przycinamy nudniejsze sekundy, zostawiamy moment trafienia. Człowiek ginie, a ktoś pracuje nad tym, żeby dobrze się to oglądało. Potem przychodzą reakcje, udostępnienia i następna porcja. Śmierć może zacząć podlegać temu samemu rachunkowi widowiskowości co sportowy popis czy zabawny upadek. Tyle że tutaj zawodnik nie wstanie, nie otrzepie się i nie wróci do gry.
Nie twierdzę, że cała młodzież zobojętniała ani że każdy oglądający takie nagranie przestaje przejmować się kolegą. Młody człowiek może przewijać wojenne filmiki, a jednocześnie pomagać innym, organizować zbiórki czy zauważyć czyjąś samotność. To zresztą pokazuje, jak wybiórczo potrafi działać nasza wrażliwość: komuś bliskiemu współczujemy, a dalekiego, obcego albo uznanego za wroga łatwiej sprowadzić do obrazka. Nie daje mi jednak spokoju pytanie, czy przyzwyczajenie do oklaskiwania jednej krzywdy nie ułatwia pomniejszania następnej. Jeśli oglądanie rzeczywistej śmierci staje się dobrą zabawą, to czy cudze upokorzenie nie zacznie wyglądać przy niej jak drobiazg? „Przecież nic mu się nie stało” — można wtedy powiedzieć o chłopaku, któremu grupa urządza piekło, bo na ekranie widziało się rzeczy znacznie gorsze.
Ale jest jeszcze krok dalej. Można oglądać śmierć jak widowisko, a można zacząć podziwiać człowieka, który to widowisko urządził. I tutaj pojawia się środowisko określane jako True Crime Community, w skrócie TCC. Samo zainteresowanie sprawami kryminalnymi nie oznacza przecież zachwytu nad mordercą. Institute for Strategic Dialogue oraz Anti-Defamation League opisują jednak nurt, w którym sprawcy masowych ataków dostają własne filmiki, muzykę, fanowskie obrazki i publiczność, a także powiązania tego środowiska z rzeczywistymi atakami i udaremnionymi planami przemocy. [10–11] Ofiary schodzą na dalszy plan, a sprawca otrzymuje coś w rodzaju popkulturowej aureoli. Jeszcze chwila i można zapomnieć, za co właściwie zdobył tę sławę.
I tu moje wojenne dostosowanie spotyka się z czymś groźniejszym niż zwykłe wzruszenie ramionami. Zagubiony człowiek może zobaczyć w takim sprawcy kogoś, kto też czuł się odrzucony, ale znalazł sposób, żeby świat wreszcie na niego spojrzał. Nie twierdzę, że uczestnictwo w TCC oznacza nieuchronną drogę do zbrodni. Pytam, co się dzieje, kiedy do bólu i samotności ktoś dokłada gotowego bohatera, język usprawiedliwień i obietnicę publiczności. Wtedy od „już mnie to nie rusza” można przejść do „on zrobił coś, na co ja nie mam odwagi”. Zło przestaje być tylko tolerowanym tłem. Zaczyna wyglądać jak sposób odzyskania znaczenia.
I tu wraca pytanie o widownię. W internetowym tłumie jedni się śmieją, drudzy przyklaskują, inni patrzą w milczeniu albo przesuwają materiał dalej. Sam brak widocznych emocji nie mówi jeszcze, co człowiek myśli i co zrobi; nie będę wymagał publicznego szlochania jako świadectwa przyzwoitości. Ale oklask, zachęta i udostępnienie dla zabawy już coś znaczą. Podpowiadają twórcy, że warto przygotować następny odcinek, a pozostałym widzom — że tutaj tak się bawimy. Publiczność potrafi nadać okrucieństwu rangę udanego występu. I może właśnie to powinno nas zatrzymać: chwila, w której cudzy ból staje się powodem, żeby poprosić o więcej.
Przyzwyczaiłem się — już mnie to nie rusza
Pierwsza dramatyczna wiadomość z frontu czy z korytarza sąsiedniej szkoły potrafi człowieka zatrzymać. Przy kolejnej jeszcze czyta szczegóły. Ale potem? Potem może już tylko rzucić okiem na nagłówek i przesunąć palcem dalej. Nie ma jednego rozkładu jazdy dla znieczulicy, bo każdy reaguje inaczej. Zdarza się jednak, że coś strasznego staje się znajomym elementem dnia. Jeszcze jedno pobicie, jeszcze jeden ostrzał, jeszcze jedna rodzina, której świat zawalił się w kilka sekund. Wiem, że to tragedia, ale przecież przed chwilą czytałem o podobnej. I wczoraj też. W końcu zaczynam przeglądać cudze nieszczęścia jak zaległą pocztę: tego już nie zdążę otworzyć, do tamtego może wrócę później.
I trudno się dziwić, że człowiek próbuje jakoś ograniczyć ten napływ. Muszę zrobić zakupy, ugotować obiad, załatwić własne sprawy. Świat nie zawiesi obowiązków dlatego, że przeżywam współczucie. Nie udźwignę wszystkich tragedii, o których dowiem się od rana do wieczora, a tym bardziej nie naprawię każdej z nich. Powtarzające się obrazy mogą z czasem wywoływać słabszą reakcję; bywa też, że człowiek czuje się nimi przeciążony i świadomie ogranicza oglądanie. To różne sytuacje, choć z zewnątrz mogą wyglądać podobnie. Samo odsunięcie kolejnej wiadomości nie dowodzi jeszcze, że przestało mi zależeć na ludziach.
Dlatego nie mam zamiaru sądzić matki, która wśród wojennych alarmów smaruje dzieciom chleb, ani człowieka, który wyłącza relację, bo czuje, że więcej już nie przyjmie. Dzieci muszą coś zjeść również wtedy, gdy świat oszalał, a zachowanie zwykłych czynności może pomóc rodzinie przetrwać kolejny dzień. Czasem trzeba zepchnąć część emocji do piwnicy, żeby na górze dało się jeszcze żyć. Nie będę też wymagał, żeby ktoś dowodził współczucia bezustannym oglądaniem cierpienia. Przyzwoitości nie mierzy się liczbą godzin spędzonych przed obrazami śmierci.
Granica pojawia się dla mnie wtedy, gdy ze słabszej reakcji zaczynam wyprowadzać wniosek, że sama krzywda ma mniejsze znaczenie. „Znowu kogoś pobili? Przecież codziennie kogoś biją”. No właśnie — codziennie komuś dzieje się krzywda. Powtarzalność nie sprawia, że następny pobity odczuwa ból słabiej. To, że cudze cierpienie przestało mną wstrząsać, nie oznacza, że przestało boleć człowieka, który go doświadcza. Zmienił się mój sposób przeżywania, nie waga jego krzywdy. Łatwo o tym zapomnieć, kiedy własne zmęczenie staje się miarą cudzej tragedii.
Mogę więc nie płakać przy każdej informacji o wojnie, a nadal uważać mordowanie za zło. Mogę spokojnie rozmawiać o szkolnym upokorzeniu i stanowczo domagać się reakcji. Moralna kapitulacja zaczyna się wtedy, gdy „nie mam siły tego przeżywać” przechodzi w „nie warto się tym zajmować”. A zwłaszcza wtedy, gdy sprawa dzieje się obok i mogę zrobić coś konkretnego: przerwać poniżanie, zgłosić przemoc, wesprzeć krzywdzonego. Nie uratuję całego świata, ale to jeszcze nie jest powód, żeby zostawić samemu sobie człowieka stojącego dwa kroki ode mnie.
Można pomagać bez płaczu. Można też rzewnie ryczeć przed ekranem i palcem nie ruszyć, by komukolwiek pomóc. Miarą dojrzałości jest również to, co robimy, gdy emocje opadną, temat zniknie z nagłówków, a zostanie zwykły, nudny obowiązek dopilnowania sprawy. Zadzwonić jeszcze raz. Zapytać, czy sytuacja się poprawiła. Sprawdzić, czy za zapewnieniem, że „podjęto działania”, rzeczywiście coś poszło. Bo krzywda nie kończy się w chwili, w której kończy się nasze wzruszenie. Czasem właśnie wtedy człowiek potrzebuje nas najbardziej — kiedy inni zdążyli już przejść do następnej tragedii.
Stanford wychodzi z piwnicy — kiedy pogarda staje się biznesem
Tutaj przypomina mi się stanfordzki eksperyment więzienny Zimbarda. Według relacji organizatorów sytuacja w pozorowanym więzieniu stała się na tyle krzywdząca dla uczestników, że badanie przerwano po sześciu dniach. Późniejsza analiza archiwów przeprowadzona przez Le Texiera mocno podważyła prostą opowieść o okrucieństwie budzącym się samorzutnie po założeniu munduru. Wskazała między innymi na instrukcje udzielane strażnikom przez organizatorów. [5–6] I właśnie ten udział „góry” jest dla mnie najciekawszy. Zamiast machać Stanfordem jak certyfikatem na ukrytego esesmana w każdym z nas, wolę zapytać, czego zwierzchnik oczekuje od podwładnych i jakie zachowanie uznaje za wykonanie zadania. Człowiek otrzymujący władzę nad drugim może dostać razem z nią sugestię, że wolno mu przekroczyć dotychczasowe granice.
Bo problem nie kończy się na tym, co człowiek jest gotów zrobić. Równie ważne jest to, co otoczenie gotowe jest nagrodzić. Jedna rzecz to skłonność do okrucieństwa, druga to komunikat: „Rób dalej, właśnie o to nam chodzi”. Nie zawsze trzeba go wypowiedzieć. Czasem wystarczy śmiech, pochwała skuteczności albo milczenie kogoś, kto powinien zareagować. A jeśli po przekroczeniu granicy przychodzą jeszcze pieniądze i popularność, człowiek dostaje bardzo czytelną lekcję. Oficjalnie słyszy, że należy szanować innych. W praktyce odkrywa, za co naprawdę biją brawo.
Nie trzeba dziś urządzać pozorowanego więzienia w uniwersyteckiej piwnicy, żeby przyjrzeć się nagradzaniu pogardy. Wystarczy zajrzeć do tej części internetowej rozrywki, która żyje z wyzwisk, prowokacji i publicznego upokarzania. Przy niektórych freak-fightach sam pojedynek wygląda niemal jak dodatek do wcześniejszego spektaklu wzajemnego opluwania. Patostreaming potrafi pójść jeszcze dalej, robiąc widowisko z krzywdzenia i poniżania ludzi. Nie stawiam znaku równości między tymi zjawiskami a Stanfordem. Widzę jednak wspólne pytanie o nagrodę: co się dzieje, kiedy cudze upokorzenie zaczyna przynosić sprawcy uwagę, pozycję i zarobek? Dorosły świat potrafi wtedy urządzić brutalności scenę, a później sprzedawać bilety na oburzenie.
Nie zamierzam przypisywać klatkom i promotorom całej odpowiedzialności za agresję młodych. Wzorców dostarczamy im znacznie więcej. Utytułowany człowiek w drogim garniturze również potrafi publicznie poniżać przeciwnika, a jego zwolennicy uznają to za dowód siły. Jeden występ kończy się oklaskami, drugi kolejnym zaproszeniem, trzeci zdobywa rozgłos, o którym spokojny argumentator może tylko pomarzyć. Młody widz może z tego wyciągnąć wniosek, że bezpardonowe oplucie drugiego człowieka jest skuteczniejszą drogą do sukcesu niż rzeczowa rozmowa. Młodzież nie musiała wymyślać pogardy. Dorośli dostarczają jej gotowych wzorów, czasem jeszcze z własnym podpisem i tytułem przed nazwiskiem.
Dlatego obok wykonawcy coraz uważniej przyglądam się publiczności. Bez widzów trudniej zrobić karierę patostreamerowi czy szkolnemu celebrycie budującemu pozycję na cudzym upokorzeniu. Nie decydują o wszystkim, a ich obojętność nie zdejmuje odpowiedzialności ze sprawcy. Mogą jednak pomóc zatrzymać krzywdę albo zapewnić sprawcy dalszy rozgłos i zarobek. A my pokazujemy młodym, że chamstwo potrafi przynosić uwagę i pieniądze, po czym dziwimy się na radach pedagogicznych, że próbują podobnych sposobów. To jakby nagradzać podpalaczy medalami, a potem robić konferencję o wzroście liczby pożarów.
I właśnie tu wraca moje wojenne dostosowanie. Pojedynczy człowiek robiący coś podłego pozostaje niebezpieczny, ale otoczenie może dodatkowo ułatwić mu działanie. Najpierw przywyka do jego zachowania, potem przestaje protestować, a czasem zaczyna domagać się następnego występu. Podłość zyskuje swojskie wyjaśnienie: „Taki format”, „tego chcą widzowie”, „przecież każdy wiedział, na co się zgadza”. Kiedy zamiast sprzeciwu pojawia się oklask, sprawca dostaje powód, żeby iść dalej. A gdy do oklasku dołącza rachunek za reklamę, można już udawać, że rozmawiamy wyłącznie o dobrze prosperującym interesie.
Krzywda bez twarzy — oprawca przed ekranem
Zostawiam na boku ludzi, którzy już wcześniej znajdowali przyjemność w zadawaniu cierpienia. Bardziej niepokoi mnie przeciętny chłopak, który wyniósł z domu jakieś hamulce, ale w internecie odkrywa, że przy poniżaniu rówieśnika wolno mu coraz więcej. Kolejne przekroczenie spotyka się ze śmiechem, następne przynosi uznanie grupy. A wszystko może robić bez patrzenia krzywdzonemu w oczy. Ekran pozwala oddalić od siebie bezpośrednią reakcję człowieka, którego się krzywdzi. Czyn pozostaje mój, lecz jego bolesne następstwa mogą rozgrywać się poza moim wzrokiem.
Za naszych czasów, kiedy dochodziło do solówki za szkołą i ktoś komuś dał w dym, widziało się siniaki, krew i strach w oczach. Nie będę udawał, że ten widok zawsze budził litość. Bywało, że właśnie łzy stawały się powodem do dalszego gnojenia, a grupa podkręcała agresję zamiast ją zatrzymać. Jednak przy bezpośrednim starciu skutki były obecne: drżenie głosu, osłanianie twarzy, próba ucieczki. Człowiek mógł zobaczyć, co właśnie zrobił. Taki widok czasem zatrzymywał rękę albo zostawiał poczucie winy, nawet jeśli koledzy zapewniali, że wszystko było w porządku.
Internetowa nagonka może wyglądać zupełnie inaczej. Chłopak siedzi w bezpiecznym pokoju, popija ciepłe kakao i dopisuje kolejną obelgę do grupowej zabawy. Nie widzi, jak odbiorca czyta ją po raz dziesiąty. Nie słyszy rozmowy, w której ten próbuje przekonać matkę, że jutro naprawdę nie może iść do szkoły. Widzi odpowiedzi grupy, rosnącą liczbę reakcji i może jeszcze własny dowcip, z którego jest bardzo zadowolony. „Przecież tylko napisałem” — powie, gdy ktoś zwróci mu uwagę. Po jego stronie były literki. Po drugiej mógł być człowiek, który nie przespał nocy.
Do tego dochodzi potrzeba bycia zauważonym. Podejrzewam, że dla części nastolatków niewidzialność w grupie potrafi być dotkliwsza niż kolejna dwója. Dwóję można poprawić, ale jak poprawić przekonanie, że nikogo nie obchodzę? Cudze upokorzenie może wtedy posłużyć za tani bilet do popularności. Na ekranie widzę, ile uwagi zdobyłem. Tego, ile kosztowało to drugiego człowieka, mogę już nie zobaczyć.
Wracają mi tutaj przed oczy wojenne nagrania z dronów. Nie dlatego, że internetowa obelga i atak bojowy są tym samym, lecz przez podobieństwo kontaktu z człowiekiem za pośrednictwem obrazu. Odległość może ułatwiać pomniejszanie cudzego cierpienia, choć sam ekran go nie usuwa i nie odbiera automatycznie poczucia odpowiedzialności. John Suler opisywał efekt rozhamowania online, wskazując kilka współdziałających czynników, między innymi anonimowość, niewidoczność i osłabienie znaczenia autorytetu. [7] Po grzybowemu powiedziałbym, że łatwiej puścić hamulce, kiedy nie widzę człowieka przed sobą, sam czuję się schowany, a nikt obok nie przypomina, że nadal odpowiadam za własne zachowanie.
Nie sądzę, żeby ekran zamieniał młodzież w potwory. Zastanawiam się, o ile łatwiej zrobić coś podłego, kiedy można odsunąć od siebie widok jego następstw. I co dzieje się z tym trzecim hamulcem, o którym pisałem w „Edukacyjnym węźle gordyjskim” — czyli człowiekiem stojącym obok, który powie: „Poczekaj, zobacz, co robisz”. W internecie taki świadek również może się znaleźć. Może przerwać nagonkę, odmówić udostępnienia, wesprzeć krzywdzonego. Problem w tym, że sprawca może otoczyć się samymi kibicami, a sprzeciw zbyć jednym kliknięciem. Gdy krzywdzonego nie widzę, a widownia mnie nagradza, łatwiej podtrzymywać wygodne przekonanie, że nikomu nic poważnego nie robię.
Być może właśnie ta wygoda powinna nas zatrzymać: można wysłać, udostępnić i wrócić do kolacji. A potem jeszcze zdziwić się, że ktoś bierze internetowe „żarty” tak poważnie. Krzywda może wyglądać na ekranie schludnie: kilka zdań, ikonka, krótki filmik. Cały jej ciężar dźwiga ktoś po drugiej stronie, gdzie żadne kliknięcie nie pozwala równie łatwo zakończyć sprawy.
„Róbta, co chceta” — ale gdzie przepadło „kochaj”?
Święty Augustyn powiedział kiedyś: „Kochaj i czyń, co chcesz”. Zdanie krótkie, wygodne do zapamiętania, ale dość wymagające, jeśli przeczytać je od początku. Augustyn wiązał z miłością zarówno milczenie, jak i zabieranie głosu, upominanie i okazywanie łagodności. Troska o drugiego człowieka miała przenikać działanie, również wtedy, gdy trzeba mu było zwrócić uwagę. [8] Pierwsze słowo dawało sens i bezpiecznik wszystkim następnym. „Kochaj” wymagało przecież czegoś więcej niż dobrego samopoczucia i serdecznego przekonania o własnej szlachetności. Trzeba było jeszcze liczyć się z człowiekiem, którego moje działanie dotyczyło. Rozumiem to tak: zanim zapytam, czego chcę, powinienem jeszcze zapytać, co moje chcenie zrobi drugiemu człowiekowi. Czasem właśnie z troski o niego trzeba powiedzieć „nie”, choć obaj wolelibyśmy uniknąć tej niewygodnej rozmowy.
Kiedy jednak w tłum rzucamy samo „rób, co chcesz”, zostawiamy odbiorcy zadanie samodzielnego dopisania granic. Jeden przyniesie je z domu, drugi wyczyta z kontekstu, a trzeci usłyszy dokładnie to, na co czekał: moje chcenie wystarczy. Nie musi nawet świadomie przekręcać sensu. Może po prostu przyjąć najwygodniejszą wersję i dalej się nie zastanawiać. „Przecież powiedzieli, że wolno”. Niewypowiedziane zastrzeżenie nie daje pewności, że słuchacz sam je dopowie. Szczególnie jeśli dopiero uczy się, że cudza godność obowiązuje również wtedy, gdy przeszkadza mu osiągnąć własny cel. Nazwałbym to „jaizmem”: własne „chcę” wystarcza mi za pozwolenie, a cudze potrzeby muszą się jakoś pomieścić w tym, co sobie postanowiłem. Dopóki ktoś się godzi, wszystko wygląda na wolność. Kłopot zaczyna się, kiedy drugi człowiek też ma własne „chcę”, akurat sprzeczne z moim.
Nie przypisuję jednemu hasłu odpowiedzialności za szkolną przemoc. Pytam o to, co niesie komunikat puszczony między ludzi bez pierwszego ogranicznika i co może z niego zostać po drodze do ucha nastolatka. Dorosły dopowie sobie odpowiedzialność, wzajemny szacunek, rozsądek. Ale czy odbiorca otrzymał wcześniej taką samą lekcję? Wychowanie bez bicia i poniżania nie zwalnia przecież z uczenia granic. Można powiedzieć dziecku stanowcze „nie”, wyegzekwować naprawienie szkody i pozostać po jego stronie. Czasem właśnie na tym polega troska: pomóc mu zatrzymać się, zanim własnym zachowaniem skrzywdzi kogoś i narobi kłopotów również sobie.
Problem zaczyna się, gdy zmęczony dorosły dla świętego spokoju usuwa dziecku każdą przeszkodę, odwołuje konsekwencje i znajduje uczone wyjaśnienie dla każdego podłego zachowania. Wyjaśnienie bywa potrzebne — trzeba wiedzieć, skąd bierze się agresja, żeby skutecznie zareagować. Ale jeśli służy wyłącznie do zamknięcia sprawy, krzywdzony zostaje z niczym. Jeden ma trudne emocje, drugi ma je znosić. Jeśli moje tupnięcie zawsze uruchamia ustępstwo otoczenia, skąd mam się nauczyć, że cudze potrzeby także mają znaczenie? Dziecko dostaje wtedy bardzo praktyczną lekcję: nacisk działa, granica ustępuje. Później może próbować tej samej metody na koledze, nauczycielu albo kimś, kto akurat nie ma siły się obronić.
Pamiętam świat, w którym człowiek miał wokół siebie całe stado tłumaczy moralnego porządku: rodzinę, szkołę, sąsiadów, czasem dziadka przy kuchennym stole. Nie wszyscy byli mądrzy, wielu bywało upierdliwych, a niektórzy sami dawali przykład, którego lepiej było nie naśladować. Nie będę im po latach wystawiał zbiorowego świadectwa świętości. Jednak ktoś potrafił stanąć obok i powiedzieć: „Zostaw go. Tak się ludzi nie traktuje”. Dzisiaj tacy ludzie również są, tylko o uwagę młodego człowieka konkurują z niekończącym się potokiem opinii, występów i podsuwanych nagrań. Można mieć w telefonie tysiące głosów, a w ważnej chwili nie znaleźć nikogo, kto pomoże spokojnie rozplątać to, co się właśnie wydarzyło.
Być może właśnie przez tę szczelinę wciska się moje wojenne dostosowanie. Człowiek ogląda brutalność, słucha jej usprawiedliwień, widzi oklaski i zostaje sam z pytaniem, dlaczego właściwie miałby postępować inaczej. Widok krzywdy może obudzić współczucie, lecz otoczenie może też nauczyć jej pomniejszania: „Nie przesadzaj, nic takiego się nie stało, wszyscy tak robią”. W końcu łatwo uwierzyć, że własna ochota wyznacza zakres własnego prawa. „Kochaj” przypominało, że w tym świecie istnieje jeszcze drugi człowiek. Jeśli to słowo zgubimy, samo „chcę” potrafi rozgościć się na jego miejscu i zacząć urządzać wszystko pod siebie.
„Ja też cierpię” — własna krzywda jako przepustka
I tak dochodzimy do zdania, które potrafi otworzyć bardzo mroczne drzwi: „Ja też cierpię. Mnie też jest ciężko”. Może być autentycznym, rozpaczliwym wołaniem o pomoc. Może jednak posłużyć za przepustkę do wyrządzania krzywdy innym. Co gorsza, jedno nie wyklucza drugiego. Człowiek rzeczywiście skrzywdzony może zacząć wykorzystywać własny ból do usprawiedliwiania tego, co robi komuś następnemu. Prawdziwość jego cierpienia nie daje mu prawa do przerzucania go na cudze plecy. Choć on sam może dojść do przekonania, że skoro dostał od życia po głowie, należy mu się teraz jakaś rekompensata. A że zapłaci za nią ktoś, kto z dawną krzywdą nie miał nic wspólnego? Cóż, akurat stał najbliżej.
Mnie w szkole ignorowano. Mnie rodzice odmawiali uwagi. Mnie świat nie dał tego, co obiecywał w reklamach. Więc dlaczego mam się przejmować Nowakiem z ławki obok? Skoro inni mają gorzej, to trudno. Takie jest życie. Trzeba być twardym. Własny ból zachowuje wtedy w głowie wszystkie szczegóły, pełną powagę i status narodowej tragedii. Cudzy staje się statystycznym ogólnikiem, nad którym nie warto się zatrzymywać. Moje cierpienie wymaga natychmiastowej sprawiedliwości. Cierpienie drugiego ma dowodzić, że świat z natury jest dżunglą. Dla siebie domagam się zrozumienia, jemu polecam grubszą skórę. Wygodny podział obowiązków, trzeba przyznać.
Kiedy człowiek skupia się wyłącznie na własnych ranach, łatwiej mu traktować innych jak statystów w opowieści o sobie samym. Ich potrzeby, lęki i cierpienia giną za reflektorem oświetlającym moje krzywdy. Stąd może już być blisko do usprawiedliwienia: skoro walczę o swoje dobro, mam prawo obciążyć kogoś kosztami tej walki. To dobro bywa rzeczywiste, ale może też być wyobrażone albo pomylone z zachcianką, której ktoś odmówił spełnienia. Chcę odzyskać szacunek, więc publicznie poniżę słabszego. Chcę być zauważony, więc zrobię z kolegi widowisko. W takim rachunku cudza krzywda schodzi do rubryki „koszty konieczne”, a własna korzyść pozostaje wielkim celem, o którym nie wypada dyskutować.
Albert Bandura opisywał mechanizmy moralnego odłączenia: usprawiedliwianie krzywdzących działań słusznym celem, pomniejszanie ich skutków, rozmywanie odpowiedzialności i przerzucanie winy na ofiarę. [9] Człowiek może wtedy mówić sobie: „Musiałem”, „oni zaczęli”, „to nie było takie straszne”, „sam jest sobie winien”. Do każdego świństwa znajdzie odpowiednią teczkę z uzasadnieniem. A jeśli jeszcze otoczenie przytaknie, dokumentacja wydaje się kompletna. Człowiek nie wyłącza sumienia. On je przekupuje. Podsuwa mu tak wygodną opowieść o własnym postępowaniu, żeby nadal móc uważać się za przyzwoitego.
Dlatego nie dzieliłbym ludzi na tych, którzy naprawdę cierpią, i tych, którzy krzywdzą innych. Ta sama osoba może potrzebować pomocy i stanowczego zatrzymania. Trzeba jej powiedzieć: „Rozumiem, że zostałeś skrzywdzony. Zajmiemy się tym. Ale nie pozwolę ci za to krzywdzić kogoś następnego”. Pomoc nie wymaga udawania, że agresji nie było, a postawienie granicy nie oznacza odmowy współczucia. Zbyt łatwo zamienić wyjaśnienie zachowania w jego rozgrzeszenie. Jeśli dorosły zatrzymuje się na zdaniu „on ma trudno”, krzywdzony kolega dowiaduje się, że ma cierpliwie ponosić skutki cudzych trudności. Jeden potrzebuje wsparcia, drugi ochrony — i obu te prawa przysługują równocześnie.
W takim pokrętnym rozumowaniu sprawca może nadal co rano uważać się za szlachetnego, wrażliwego chłopaka. Przecież tylko wyrównuje rachunki z losem, odzyskuje miejsce w hierarchii, broni godności. I właśnie to mnie niepokoi: gdy człowiek uwierzy, że jego krzywdzenie jest sprawiedliwością, sprzeciw może potraktować jako kolejną napaść na siebie. Zamiast się zatrzymać, znajduje nowy powód, żeby iść dalej. Tylko że przekonanie o własnej słuszności nie odbiera drugiemu człowiekowi prawa do bezpieczeństwa. Własne cierpienie może tłumaczyć wiele, ale nie powinno być licencją na zadawanie cierpienia innym. Nawet jeśli bardzo sprawnie opowiemy, dlaczego akurat nam taka licencja miałaby się należeć.
Od oswojenia do pozwolenia sobie na zło
I tak moje wojenne dostosowanie wychodzi poza front, poza ekran, poza szkolny korytarz. Codzienna obecność brutalności, osłabienie reakcji, milczenie otoczenia i własne usprawiedliwienia mogą się spotkać również w całkiem spokojnym życiu. Nie trzeba nosić munduru ani mieć piętnastu lat. Wystarczy zacząć traktować cudzą krzywdę jako zwyczajny koszt urządzenia świata, a potem uznać, że skoro inni potrafią na tym skorzystać, to dlaczego ja mam sobie odmawiać? Od „już mnie to nie porusza” można przejść do „mogę sobie na to pozwolić”. Niekoniecznie z hukiem i uroczystym pożegnaniem zasad. Czasem po drodze jest tylko kilka drobnych ustępstw, każde z osobnym, rozsądnym na pierwszy rzut oka uzasadnieniem.
Nie jest to droga nieuchronna. Cierpienie potrafi pogłębić wrażliwość, a widok przemocy skłonić do pomocy. Wśród tego samego zalewu wiadomości jeden człowiek szuka sposobu, żeby kogoś wesprzeć, drugi odcina się, bo więcej nie udźwignie, a trzeci znajduje potwierdzenie, że wygrywa ten, kto nie przejmuje się cudzym bólem. Im dłużej nad tym myślę, tym częściej wracam do pytania: co pomaga pierwszemu zachować przyzwoitość, a trzeciemu pozwala rozgościć się we własnych usprawiedliwieniach? Samą liczbą obejrzanych filmików tego nie wyjaśnimy. Trzeba jeszcze przyjrzeć się temu, czego człowiek się nauczył, kogo słucha i jak rozumie odpowiedzialność za własne działanie.
Skłaniam się ku myśli, że szczególnie niebezpieczne jest otoczenie, w którym za przekraczanie granic przychodzi nagroda, a sprzeciw kosztuje. Kiedy świadkowie milczą, zwierzchnik patrzy w inną stronę, publiczność przyklaskuje, a sprawca potrafi każdą krzywdę objaśnić słusznym celem, coraz łatwiej mu iść dalej. Nadal odpowiada za swoje czyny — nie rozpłynie nam się przecież w tłumie okoliczności. Ale ten tłum może mu bardzo ułatwić robotę. To, że coś jest powszechne, nie oznacza, że jest dobre. Proste zdanie, tylko czasem trudno je wypowiedzieć tam, gdzie wszyscy zdążyli już uzgodnić, że nie ma sprawy.
Nie sposób żądać od nastolatka ani od nas samych, żeby każda kolejna tragedia wywoływała wstrząs równy pierwszemu. Człowiek bywa zmęczony, przeciążony i bezradny. Musi czasem wyłączyć ekran, zrobić obiad, przespać noc, wrócić do swoich obowiązków. Można jednak wymagać, żeby wraz z opadnięciem emocji nie znikały zasady. Żeby dorosły reagował na poniżanie dziecka, dyrektor sprawdzał, czy krzywda rzeczywiście została zatrzymana, a grupa nie nagradzała agresji kolejnym udostępnieniem. Żeby własne cierpienie nie uprawniało nikogo do odwetu na przypadkowych ludziach. Obowiązek liczenia się z drugim człowiekiem pozostaje również wtedy, gdy współczucie nie przychodzi już samo.
I tutaj wraca ten trzeci hamulec z „Edukacyjnego węzła gordyjskiego” — człowiek obok. Kolega, który powie: „Zostaw go”. Nauczyciel, który przerwie widowisko. Rodzic, który usłyszy o cierpieniu dziecka i odpowie: „Pomogę ci, ale nie pozwolę ci za to krzywdzić innych”. Nie zawsze wystarczy jedno zdanie; czasem trzeba ochrony, zgłoszenia przemocy i długiego dopilnowywania sprawy. Jednak od takiego sprzeciwu może się zacząć odzyskiwanie granicy, którą wcześniej wszyscy przesuwali. Ktoś musi pierwszy zepsuć tę zabawę. Nawet za cenę opinii nudziarza, przewrażliwionego dziadka albo człowieka, który znowu nie rozumie, że „takie jest życie”. Może właśnie tutaj najłatwiej sprawdzić, czy nie dopadł mnie ten mój „jaizm”: czy cudza krzywda nadal zasługuje na reakcję, kiedy mnie samemu wygodniej się nie wtrącać?
A ja właśnie tego rozumienia nie chciałbym się nauczyć. Niech sobie Grzyb będzie upierdliwy, byle nie uznał cudzej krzywdy za rozsądny porządek rzeczy tylko dlatego, że oglądał ją już tyle razy. Nie mam recepty na całą ludzką podłość, a własnej odporności na wygodne wymówki też nie będę gwarantował. Zostaje mi pilnować, żeby zmęczenie nie stało się rozgrzeszeniem, a spokojne serce wymówką dla bezczynności. Bo być może prawdziwy egzamin z człowieczeństwa zaczyna się wtedy, gdy cudza krzywda już nami nie wstrząsa, a mimo to nadal potrafimy stanąć po stronie krzywdzonego.
Zbigniew Grzyb
z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Przywołane źródła są w języku angielskim.
Można je przeczytać po polsku, korzystając z automatycznego tłumaczenia stron w przeglądarce internetowej na komputerze.
[1] E. A. Holman, D. R. Garfin, R. C. Silver, Media’s role in broadcasting acute stress following the Boston Marathon bombings, PNAS, 2014. https://doi.org/10.1073/pnas.1316265110
[2] TikTok, How TikTok recommends content. https://support.tiktok.com/en/using-tiktok/exploring-videos/how-tiktok-recommends-content
[3] G. Gerbner, L. Gross, M. Morgan, N. Signorielli, Trends in Network Television Drama and Viewer Conceptions of Social Reality, 1967–1979, 1980. https://www.ojp.gov/ncjrs/virtual-library/abstracts/trends-network-television-drama-and-viewer-conceptions-social
[4] Commercial-off-the-shelf: The Re-aestheticization of Operational Drone Videos During Russia’s Invasion of Ukraine on Social Media, Media Theory, 2025. https://mediatheoryjournal.org/2025/11/12/hunger-commercial-off-the-shelf/
[5] Stanford Prison Experiment, More Information — relacja organizatorów. https://prisonexp.squarespace.com/faq
[6] T. Le Texier, Debunking the Stanford Prison Experiment, American Psychologist, 2019. https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/31380664/
[7] J. Suler, The Online Disinhibition Effect, CyberPsychology & Behavior, 2004. https://doi.org/10.1089/1094931041291295
[8] Św. Augustyn, Homilia VII do Pierwszego Listu św. Jana, § 8 — tekst w przekładzie angielskim. https://www.newadvent.org/fathers/170207.htm
[9] A. Bandura, Moral Disengagement in the Perpetration of Inhumanities, Personality and Social Psychology Review, 1999. https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/15661671/
[10] Institute for Strategic Dialogue, Memetic violence: How the True Crime Community generates its own killers, 2 października 2025; aktualizacja 6 kwietnia 2026. https://www.isdglobal.org/digital-dispatch/how-the-true-crime-community-generates-its-own-killers/
[11] Anti-Defamation League, The True Crime Community (TCC), dostęp 12 października 2026. https://www.adl.org/resources/backgrounder/true-crime-community-tcc
Zostaw komentarz