I kto by pomyślał że ci, którzy w jednej ósmej finałów z łatwością wysłali do domu faworyzowaną przez świat Portugalię, prezentując przy tym od dawna nie widzianą na tych mistrzostwach finezję, i elegancję gry, przestraszą się w kolejnej rundzie drobnego, czarnopiórego koguta! Mecz zapowiadał ostre starcie obu drużyn, z których każda miała wielkie ambicje aby wygrać, czego dowodem już pierwsze starcia i nieporozumienia na murawie. Tylko chyba dzięki wyjątkowej równowadze sędziego nie doszło do pokazu czerwonych kartek, i obie drużyny opuściły stadion po pierwszej części bojów z taką samą liczbą zawodników z jaką ją zaczynały. 

Czy z sukesem grającemu, dotąd wojowniczemu wirtuozowi piłki nożnej z Ameryki Południowej zabrakło zwyczajnie odwagi, by w równej walce wyeliminować wcale niewiele lepiej przecież grającą, i nie mniej faulującą reprezentację multi-kulturowej Francji? Obydwie drużyny pod względem i przygotowania, i siły, jaką reprezentowały w kolejnych akcjach, aż do samego dramatycznego końca były równoważne. Aktywniej nawet bronił się przed przegraną, zaciekle atakując do końca meczu Urugwaj, podczas gry Francja broniła już tylko wywalczonego wyniku. Poszkodowanego w poprzednim meczu przeciw Portugalii Edisona Cavaniego zabrakło im wprawdzie w duecie z Suarezem, ale byli inni. Czasami jednak odnosiliśmy wrażenie że coś nie zagrało, brakło jakiejś wiary w siebie. Zwłaszcza że Francji, by być przeciw nim lepszą wystarczyło tylko grać w swoim stylu, z pięknej sytuacji zobywając pierwszą bramkę, i z łudu szczęścia, czy też ewidentnego błędu bramkarza Urugwaju drugą. To jest zespół, który potrafi walczyć i wygrywać, podobnie jak Urugwaj. Tym razem okazał się jednak skuteczniejszy. 

Ale tak to jest na mistrzostwach, gdzie śmiech tam i łzy, gdzie dzika radość i wzruszenie sukcesem, tam i donośny szloch, czego nie oszczędzili nam jak zwykle realizatorzy transmisji, gdy kamera pokazała płaczącego Uru w trakcie ostatnich minut przeciw piłkarzom znad Loary. Na otarcie łez będą mogli, wraz z dochodzącym do zdrowia Cavanim, który doprowadził ich na Mundialu w Rosji tak daleko, zawieźć do swojej kochającej ponad wszystko futbol ojczyzny kilka piórek z ogonu francuskiego koguta, bo tanio skóry nie sprzedawszy, polegli w walce na najwyższych obrotach. Za cztery lata wrocą zapewne do Kataru, a wtedy…

Czy teraz przyszła pora na Brazylię? A może jednak Canharinos pokażą że Pele miał kiedyś rację? Przekonamy się. 

Foto: Cyfrasport