Wczoraj w Trybunale Konstytucyjnym wydarzyła się scena, która jeszcze kilka lat temu uchodziłaby za polityczną fantastykę. Do siedziby Trybunału weszły osoby wybrane przez Sejm na stanowiska sędziów, które nie złożyły ślubowania przed Prezydentem RP, próbując uczestniczyć w pracach organu. Wezwano policję, pojawiła się prokuratura, a posiedzenie zakończyło się fiaskiem.
To nie jest już spór o sympatie polityczne. To pytanie o elementarną zasadę państwa prawa: czy władza wykonawcza i większość parlamentarna mogą uznać, że przepisy obowiązują tylko wtedy, gdy są wygodne?
Konstytucja nie przyznała rządowi prawa do rozstrzygania, kto jest sędzią, a kto nim nie jest. Nie powierzyła ministrom ani posłom roli najwyższego interpretatora prawa. W demokratycznym państwie organy władzy mają działać na podstawie i w granicach prawa, a nie według bieżącej politycznej potrzeby.
Wyobraźmy sobie, że obywatel oznajmia urzędowi skarbowemu: „Według mojej interpretacji ustawy podatku nie muszę płacić”. Albo kierowca tłumaczy policjantowi: „Prawo jazdy? Uważam, że sam wybór samochodu już mnie do prowadzenia upoważnia”. Brzmi absurdalnie? Oczywiście. Ale gdy podobną logikę stosuje się wobec najważniejszych instytucji państwa, nagle pojawiają się poważne miny i hasła o „obronie demokracji”.
Prawo nie może działać na zasadzie: „stosujemy je wtedy, gdy nam odpowiada”. Jeżeli przepisy przewidują określoną procedurę objęcia urzędu, to nie można jej zastąpić politycznym przekonaniem, że jest zbędna. W przeciwnym razie każda kolejna większość parlamentarna będzie mogła dowolnie uznawać, które wymogi są obowiązkowe, a które stanowią jedynie dekorację.
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. Coraz częściej zamiast dyskusji o treści prawa obserwujemy próbę zastąpienia go siłą faktów dokonanych. Wejść, zająć miejsce, ogłosić, że tak właśnie wygląda nowa rzeczywistość. A później oczekiwać, że wszyscy uznają ją za normalność.
Państwo prawa nie rozpada się jednego dnia. Rozpada się wtedy, gdy procedury zaczynają przegrywać z polityczną wolą, a przepisy stają się przeszkodą, którą należy ominąć zamiast respektować.
Bo jeśli dziś można samodzielnie zdecydować, kto jest uprawniony do zasiadania w Trybunale Konstytucyjnym, to jutro ktoś równie pewnym krokiem uzna, że inne przepisy także są tylko propozycją. A od państwa prawa do państwa uznaniowości droga jest znacznie krótsza, niż wielu chciałoby wierzyć.
I właśnie dlatego wczorajsze wydarzenia budzą tak poważny niepokój. Nie dlatego, że rozstrzygają spór polityczny, lecz dlatego, że pokazują mechanizm znany z historii wielu państw. Dyktatura nie zaczyna się od czołgów na ulicach. Zaczyna się od przekonania rządzących, że prawo znaczy to, co oni uznają za wygodne, a procedury są jedynie przeszkodą, którą można ominąć.
Jeżeli władza uznaje, że może samodzielnie decydować, które przepisy obowiązują, kto jest uprawniony do wykonywania konstytucyjnych funkcji i które instytucje należy respektować, to jest to klasyczny sygnał odchodzenia od zasad państwa prawa. Historia wielokrotnie pokazywała, że właśnie tak rozpoczyna się droga do systemów autorytarnych – nie jednym spektakularnym zamachem, lecz stopniowym osłabianiem znaczenia prawa i zastępowaniem go wolą polityczną.
Dlatego wczorajsze wydarzenia w Trybunale Konstytucyjnym można postrzegać nie tylko jako kolejny epizod politycznego konfliktu, ale również jako ostrzeżenie. Bo kiedy prawo przestaje być wspólną regułą, a staje się narzędziem zależnym od aktualnie rządzących, demokracja zaczyna tracić swój najważniejszy fundament.
Zostaw komentarz