Historia lubi szeptać, zanim zacznie krzyczeć!
Mówią, że zamach stanu zawsze wygląda tak samo, czołgi na ulicach i żołnierze zajmujący parlament. Historia uczy jednak czegoś bardziej niepokojącego – czasem demokracja nie umiera od huku armat, lecz od szelestu kolejnych decyzji, które pojedynczo wydają się niewinne.
Najpierw media publiczne. Potem prokuratura. Następnie spór o Trybunał Konstytucyjny. W międzyczasie podważanie wyboru prezydenta, gdy wynik okazał się niewygodny. A teraz odrzucenie przez Senat po raz drugi referendum, które miało pozwolić obywatelom wypowiedzieć się w ważnej sprawie.
Na tym jednak lista się nie kończy. W państwie prawa wyroki sądów i Trybunału powinny być wykonywane niezależnie od tego, czy podobają się rządzącym. Tymczasem część orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego nie jest publikowana ani uznawana przez władzę wykonawczą, ponieważ kwestionowany jest skład Trybunału. Coraz częściej można odnieść wrażenie, że obowiązuje nowa zasada: wyrok jest ważny tylko wtedy, gdy potwierdza polityczne oczekiwania rządzących.
To wyjątkowo niebezpieczny precedens.
Każdy z tych kroków można tłumaczyć osobno. Każdy można ubrać w piękne hasła o demokracji, praworządności i europejskich standardach. Problem zaczyna się wtedy, gdy wszystkie puzzle układają się w jeden obraz.
Powstaje nowa kasta. Nowa rasa Panów. Ludzie przekonani, że demokracja jest dobra wyłącznie wtedy, gdy daje „właściwy” wynik. Gdy wybory wygrywa przeciwnik – trzeba go podważyć. Gdy instytucja przeszkadza – należy ją obejść. Gdy obywatele chcą referendum – lepiej im go nie dać. Przecież elity wiedzą lepiej.
Historia zna takie myślenie. Zawsze zaczynało się od przekonania, że cel uświęca środki. Że prawo jest ważne tylko wtedy, gdy pomaga „naszym”. Że społeczeństwo trzeba prowadzić za rękę, bo samo mogłoby podjąć niewłaściwą decyzję.
Najgroźniejsze nie są jednak pojedyncze decyzje. Najgroźniejsze jest przyzwyczajenie. Bo gdy obywatel wzrusza ramionami po raz pierwszy, łatwiej wzruszy nimi po raz drugi, trzeci i dziesiąty.
Demokracja nie kończy się jednego dnia. Kończy się wtedy, gdy władza przestaje pytać obywateli o zdanie, a zaczyna tłumaczyć im, dlaczego nie powinni go mieć.
A wtedy zostaje już tylko jedno pytanie: czy państwo jest jeszcze wspólnym dobrem obywateli, czy już prywatnym folwarkiem tych, którzy akurat trzymają ster?
Adolf Hitler nie rozpoczął swoich rządów od jednego spektakularnego zamachu stanu. Najpierw wykorzystywał obowiązujące procedury, stopniowo ograniczał mechanizmy kontroli władzy, podporządkowywał kolejne instytucje i przekonywał społeczeństwo, że wszystko dzieje się „dla dobra państwa”. Dopiero z perspektywy czasu widać było, jak kolejne decyzje ułożyły się w proces, który doprowadził do zniszczenia demokracji.
To nie jest stwierdzenie, że historia się powtarza w identyczny sposób. Jest natomiast przypomnieniem, że wolność i państwo prawa najłatwiej stracić wtedy, gdy obywatele uznają, że pojedyncze odstępstwa od zasad „nie mają większego znaczenia”. Historia nie daje gotowych odpowiedzi, ale daje ostrzeżenia. Mądre społeczeństwa wyciągają z nich wnioski, zanim będzie za późno.
Gdy rozum śpi budzą się potwory. Gdy śpi społeczeństwo, potwory dochodzą do władzy. A gdy śpi nadal – utrwalają ją. Później już trudno się obudzić. O to będzie zadbane.