Ryszard Jan Czarnowski, opisując w tej chwili wydarzenia na dalekiej Rusi, odrywa się na moment, aby przypatrzeć się z bliska lwowskiemu Teatrowi. Jego fasadzie. Imponująco wygląda za dnia jak i w nocy…

Obiecaliśmy opowieść o fasadzie i symbolice. A więc do rzeczy. Patrząc na młodszą siostrzyczkę opery paryskiej ( Gorgolewski był tamtą zachwycony) nie sposób spostrzec, że tutejszy program jest bogatszy i niesie ze sobą pewne przesłanie nieczytane przez wielu. A o tym na końcu tekstu. Powiemy przede wszystkim, że wszystkie prawie rzeźby – figury muz nad głównym gzymsem wyszły z dłuta Tadeusza Barącza – autora pomnika Jana III stojącego do 1945 roku nieopodal u wylotu Jagiellońskiej. Loggię flankują dwa ryzality z personifikacjami Tragedii i Komedii. A za nimi stoją Jan III i Adam Mickiewicz. Ale najbardziej nas interesuje tympanon i jego zwieńczenie. Wypełniają ten monumentalny trójkąt rzeźbiarskie opowieści o ludzkich przypadłościach i losie. Nawiązanie acz nie klerykalne do dawnych przedstawień we freskach świątynnych – przestróg i pochwał. I wreszcie finał, czyli zwieńczenie. Figury brązowe pokryte patyną. Ten z lirą to Geniusz Muzyki, ten ze sztyletem – Geniusz Tragedii. I na samym szczycie tympanonu Geniusz Sławy, niosący obiecaną króciutką opowieść. Dzierży on, bowiem w dłoniach wawrzyn, po to byśmy przymknęli oczy i zobaczyli, że przelatuje nad Wałami, nad rzędami kasztanowców i spływa wzdłuż kolumny stojącej na Placu Mariackim, by złożyć go na skroniach Wieszcza Adama. Tym bardziej, że te wieńczące, rzeźbił twórca pomnika Mickiewicza – Antoni Popiel. I żadna licentia poetica. Jest tak naprawdę, jeśli nie wierzycie – czym prędzej bieżcie do Lwowa..

W następnej króciutkiej gawędzie opowiemy, co się przed fasadą działo w trakcie minionego stulecia i jakie tego ślady mamy w Warszawie. I tym razem zdjęcie fasady byście się Państwo dokładnie jej przyjrzeli. A teraz króciutka miniaturka – Małgosi Kupiszewskiej, którą wyobraźmy sobie ktoś czyta nam ze sceny.

 

 Bezgłośny stukot butów od flamenco…

(Podróż na południe Hiszpanii)

Wszystko zapowiadało, że to będzie niezapomniany wieczór… Najpierw poranna jazda taksówką, jak przystało prawdziwej turystce. Bilbao to duże przemysłowe miasto, z ciekawą architekturą w czerwonych barwach, Walencja lśni bielą. Objechaliśmy z moim taksówkarzem wszystkie najważniejsze ulice, place, zobaczyliśmy tysiącletnie magnolie. Wspólnie uznaliśmy, że to magiczne miasto, mające tajemniczą, czarodziejską moc, dla mnie chwilowo wyczuwalną, niepoznaną, ale uwodzącą swym czarem.

Potem zwariowane zakupy, myślę, że zwariowane (bo zakupy same w sobie są irracjonalne), ale te były szczególnym poszukiwaniem niczego. Znalazłam jednak wymarzony biały sweter, otulajacy mnie prawdziwie. Wszędzie rozmawiałam, tzn. prowadziłam swoje monologi, dając ustom powód do radości, że potrafią artykułować głoski rozpoznawalne przez innych. I potem długie sekundy wygrzewania się na słońcu, wśród co kwadrans melodyjnie wygrywanych kurantów. I ta świadomość turysty, że nigdzie nie trzeba się spieszyć, nie powinno się, nie ma dokąd.

A wokół placu stragany z najpiękniejszymi, najokazalszymi kwiatami, jakie widziałam dotychczas. Moją uwagę przyciągały róże, niekoronowane królowe. Ukochałam te pąsowe, dorodne, o ujarzmiającym zapachu i kielichu tak dużym, że ich główki, nie mieściły się w dłoni. Nie wiedziałam jednak, że tego dnia moje serce skradnie pospolity czerwony goździk, zatknięty na długim, zielonym patyku, z przerośniętymi kolankami, pozbawiony liści, bo trudno to, co z niego wystaje, liśćmi nazwać. Że zawładnie mną i po wielokroć każe siebie wspominać.

Wieczór, jak zwykle skradał się powoli, niebo różowiało, zmrok długo nie zapadał, kolacja upływała spokojnie. Jej najmocniejszym akordem było tiramisu, najsmaczniejsze, jakie kiedykolwiek jadłam. Gęste, wytrawne i mocno czekoladowe. Pospiesznie smakowałam ostatni kęs, bo nagle zaczęło być za późno. Nie wiedziałam, na co byliśmy spóźnieni ani nie wiedziałam dokąd. I ten warunek: w sukience… Ale skąd mocno po dziesiątej miałam wziąć sukienkę, kiedy nawet nie pomyślałam, że na turystycznym szlaku jest niezbędna. Jaki to miał być niezapowiedziany dalszy ciąg wieczoru, że jej obowiązującym elementem stawał się skrawek materiału, podkreślający kobiecość?

W walizce znalazłam schowaną na samo dno wiotką, zwykłą, lecz płynną, ożywającą przy każdym moim ruchu, spódnicę. Nałożyłam czarny trencz, szyję omotałam czerwonym szalikiem. Na nogi wsunęłam długie buty na wysokim obcasie, w rękę wcisnęłam miniaturową torebkę, w którą nic nie powinno się zmieścić.

Bez trudu znaleźliśmy wskazany adres. Pospolite drzwi w spokojnej dzielnicy. Nawet ich otwarcie niczego nie zapowiadało, dopiero kiedy oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zauważyłam w wejściu białe, nieduże świece, palące się gęsto na stole przykrytym czarnym obrusem, a na nim leżące czerwone goździki.

Już wtedy przeszedł mnie pierwszy dreszcz emocji. Zrozumiałam, że ktoś też wie, jaką moc mają moje ukochane trzy barwy. Ktoś rozumie siłę bieli wspartej na czarnym podłożu, by wydobyć eksplozję czerwieni. Ktoś świadomie operuje kolorem, żeby mnie wciągnąć do magicznych światów…

I po chwili zobaczyłam, że na wszystkich niewielkich stolikach położono czerwone, pojedyncze goździki. Biły czerwienią rozwiniętych pąków na tle białej, przełożonej przez kant czarnego stołu, serwety. Ten widok zaparł mi dech w piersiach i… wtedy rozległ się donośny głos młodego mężczyzny. Nie wiem, ile skargi na własny los mieściło sie w tym potężnym gardle. Ile bólu i cierpienia przeżytego w tak młodym wieku. Spektakl się rozpoczął…

Nie umiem jeszcze opisać swoich emocji, które mną targały, kiedy wsłuchiwałam się w pieśni śpiewane w oryginale. Czułam, że przed moimi oczami, tylko dla mnie, toczył się dramat ludzkiego życia, wszystkich jego namiętności: miłości i zdrady, pożegnań i rozstań, cierpienia i tragedii… Na scenie śpiewało troje artystów. W oryginalnych strojach tańczyły dwie piękne dziewczyny, wtórując młodemu mężczyźnie, a z boku całej grupy, jakby oddzielnie a razem, przejmująco grał na gitarze dojrzały senior.

I kiedy spektakl powoli zmierzał ku końcowi, kiedy usłyszałam bezgłośny stukot butów od flamenco, wiedziałam, że za chwilę z czerwonym goździkiem w dłoni wejdę na scenę i obdaruję nim tego artystę, który obudził we mnie innego człowieka. Rozpalił moje zmysły i uświadomił, jak pięknym darem jest życie.

Jeszcze nie przytknięto jednej dłoni do drugiej, żeby oklaskami nagrodzić niezwykłą maestrię, kiedy ja wręczałam ów zaczarowany kwiat najpiękniejszemu mężczyźnie, jakiego dzisiaj spotkałam, gitarzyście właśnie. I – mówiąc, że jestem z Polski i dzięki niemu przeżywałam nieznane dotąd emocje – zeszłam ze sceny.

W tym momencie na scenę posypały się rzęsiście czerwone goździki.

 

Autor: Ryszard Jan Czarnowski i Małgorzata Kupiszewska

 

Materiały zawarte na niniejszej stronie mogą być wykorzystywane lub rozpowszechniane jedynie w celach informacyjnych oraz wyłącznie z notą o prawach autorskich oraz ze wskazaniem źródła informacji.