Kurtynę Siemiradzkiego w Teatrze Wielkim można sobie tylko wyobrazić. Zobaczyć, niestety, w czasie wyjątkowych premier. Ryszard Jan Czarnowski opowiadać o Lwowie opowiada z pasją, zacięciem gawędziarskim, emocjami. Ciekawią go rzeczy wielkie i ludzkie zachowania.

Czas zatem byśmy weszli do głównej sali teatru. Dopiero w następnej gawędzie zatrzymamy się przy słynnej kurtynie. Teraz rzut oka na wnętrze, puste, acz mimo to ciekawe. Oto półmrok parterowej, nieco amfiteatralnej widowni i okalających ją balkonów, oświetla monumentalny plafon. Jakie to szczęście, że wojenne dni Lwowa uchroniły to miejsce od zniszczeń. Choć różnie to bywało już w czasie pierwszej wielkiej wojny, gdy na krótko rozsiedli się tu rosyjscy kałmucy. Nie zżymajmy się nad bolszewickim  brakiem kultury, bo ówczesnym „kulturalnym” sołdatom ze szlifami oficerskimi do ogłady było blisko. Najpełniej to opisał Kornel Makuszyński w swych Listach ze Lwowa.

Wypada zacytować fragmencik. (…) Rozpacz brała, gdy do tego teatru wlazło wschodnie barbarzyństwo. Przychodził jakiś Kałmuk, właził do loży z płonącym cygarem ku zdumieniu i trwodze publiczności. Naturalnie urżnięty, śmierdzący i brudny. Często się tak zachwycił z głębi swej czeczeńskiej duszy jakąś piękną aktorką, że wdzierał się w przerwie za kulisy i zaraz chciał się żenić. Padał na kolana i prosił wszystkich na pijaństwo, jakiego świat nie widział. Bywało, że strzelał na wiwat z rewolweru dla podkreślenia mocy swych wyznań. Patrzył oczami wielkimi na aktorki, chórzystki w ponętnych wcale strojach i myślał wyraźnie, że to cud. Darował zrabowane gdzieś pierścionki i prosił o rękę pierwszą z brzegu, tak rzewnie, że trzeba się było uśmiechnąć(…). Dziś jakże często młodzi nie widzą tegoż prymitywu, bo chóry rusofilów i agentów wpływu, swoje przez dekady zrobiły.

Ale przecież dwa słowa na temat wnętrza. Ów wspomniany plafon dekorowany malowanymi przez Wójtowicza i Popiela pełnopostaciowymi przedstawieniami Muz. Dziewięciu rzecz jasna – bo muzy dla filmu jeszcze czasu zabrakło. I kariatydy, i hermy półpostaciowe w rzędach balkonowych. Nad kanałem orkiestrowym plafon z Apoteozą sławy pędzla Stanisława Rejchana. I całość wieńczy wspomniana kurtyna, do której poznania zaprosimy w następnej gawędzie.

 TEATR WIELKI gawęda VII

Czas na obiecaną kurtynę. Spuszczaną teraz z okazji wielkich premier i wydarzeń. Henryk Siemiradzki, którego szczątki odwiedzać można na krakowskiej Skałce nieopodal Stacha Wyspiańskiego, przez rosyjskich historyków sztuki przedstawiany jest nieustannie jako Rosjanin. Bo kończył Akademię w Petersburgu. Na tej zasadzie Rosjaninem jest Romuald Traugutt, bo szkołę oficerską tamże kończył. I inni. Ale do rzeczy. Kurtyna namalowana została w pracowni Siemiradzkiego w Rzymie i przywieziona na otwarcie Teatru w 1900r. Nie spodobała się Gabrieli Zapolskiej, niestety, która ją okrutnie w prasie wykpiła. Ale nasza czołowa twórczyni dramatów miała większe grzechy na sumieniu. Była z natury zgryźliwa i ludziom mało życzliwa. W centrum kurtyny Siemiradzki namalował apollińską pytię, symbolizującą przeznaczenie. Wokół powtórzył personifikacje muz. Powtórzył on czy artyści malujący plafon żyrandola? Kto był pierwszy? Tego nie dowiemy się już chyba nigdy. W każdym razie Triumf Apollina, jak pracę zatytułował Siemiradzki, wywołał powszechny zachwyt, z jednym niejako wspomnianym wyjątkiem. W ten sposób mamy pretekst, by odsłonić wkrótce scenę i pomówić sobie w następnej gawędzie o repertuarze teatru, dyrektorach, reżyserach i rozmaitych tutejszych wydarzeniach.

Marzenie

Wszedł z czarną teczką. Pomyślała: Kontrola. Podszedł bliżej. Przystanął. Przywitał się. Z teczki wyjął legitymację, pokazał. Usłyszała: – Urząd Skarbowy. W takim momencie wszystkim robi się gorąco. Pod nią ugięły się nogi, krew odpłynęła. Ostatkiem sił nabrała powietrza, wypuściła co prędzej. Jeszcze raz odetchnęła. I spojrzała prosto w oczy, mimochodem rzuciła : – Myślałam o tak przyjemnych rzeczach. Marzyłam… A Pan ma jakieś marzenia? Spojrzał na nią zdumiony. Przyszedł szukać błędów, nieprawidłowości, potknięć. Chce rozliczać a nie mówić o marzeniach. I nie wiedząc czemu, odpowiedział natychmiast: – Chciałbym zbudować dom dziecka, żeby maluchy czuły się bezpiecznie.

Ryszard Jan Czarnecki

Małgorzata Kupiszewska