„Co by tu napisać…”

Kiedyś widzialam taki napis na murze. „Co by tu napisać…”
Na tyle mi się podobal, że nie zapomnialam go od blisko trzydziestu lat.
Ten listopadowy dzień z niczym szczegolnym się nie kojarzy. Poszperałam w pamięviowych szufladkach mozgu, ale znalazłam tylko śmieciowe zapiski bez znaczenia.

Wczoraj też był zwykły dzień. No może to wczoraj było bardziej zapracowane niż przedwczoraj, a zatem zmęczone, a w związku z tym marudne, zrzędliwe i nie wiedzieć czemu niezadowolone, ale ono tak ma często i bez powodu, że marudzi i szuka dziury w calym. Strasznie trudno z nim wytrzymac czasem.

A jednak!

Przypomniało mi się dawna praca przy telefonie zaufania. Dokladniej, to nazywał się on: Antydepresyjny Telefon Zaufania. Funkcjonował przy biurze osób zaginionych, fundacji Itaka. Udzielałam porad, wskazówek, co robić w przypadku, gdy podejrzewa się depresję, jest jakiś rodzaj kryzysu psychicznego. Dyżurowałam trzy godziny raz lub czasem dwa razy w tygodniu. Ciekawa robota, choć nie ukrywam, że trudna.
Dzwoniły osoby z całej Polski. Nie było rejonizacji, żadnych tego typu ( terytorialnych) ograniczeń.

Problemy byly różne, bo dotyczyly zaburzeń nastroju, choroby afektywnej dwubiegunowej, psychoz, uzależnień. Oczywiście dominował temat depresji, jej odmian, bo tej męskiej i tej, co u kobiet. Pytano, jak ją rozpoznać i o zasady jej leczenia.

Były rozmowy z osobami w kryzysie psychicznym, ale telefonowały też osoby z rodziny lub bliscy, którzy podejrzewali u kogoś chorobę lub zaburzenie psychiczne.

Pytano o różne leki, o zasady ich działania, ale też o mnóstwo innych spraw z zakresu psychiatrii, psychoterapii i prawa. Tłumaczyłam zagadnienia z Ustawy o Ochronie Zdrowia Psychicznego, boludzienie mieli pojęcia, że można ej użyć chcąc komuś pomóc.

Dużo się nauczyłam. Po pierwsze, żeby słuchać. Po drugie, żeby wyłapywać istotne kwestie, niuanse, które lubią się schować w potoku zdań. Kolejną rzeczą była przykra konstatacja, że temat depresji jest mało znany albo źle rozumiany. Zwykle kojarzy się ją że smutkiem, a to przecież promil z listy możliwych objawów. Okazało się też, że dzwoniący nie mieli psychoedukacji i nie mają pojęcia, czego spodziewać się po lekach, jakie są ich skutki stosowania oraz działania pożądane i niepożądane.

Wielu dzwoniacych wogóle nie chciało iść do psychiatry mając wyobrażenia kompletnie niespójne z rzeczywistością. O tej grupie lekarzy myśleli jak o szaleńcach eksperymentujących na chorych ludziach. Oczywiście nawiazywano do ” Loty na kukułczym gnuazdem” i pokazanych tam elektrwstrząsow.

Temat psychoterapii, jej rodzaje, sens, cel… I ten temat okazal się kompletnie obcy i tajemniczy.

Lubiłam tę pracę, bo można było poczuć się sprawczym, potrzebnym i pomocnym. Co by nie mówić czy pisać, każdy tego choć trochę potrzebuje. Zdarzało się, że niektórzy dzwonili, żeby zreferować swoje działania i faktycznie podjęcia leczenia. Z jedną panią rozmawiałam o jej uzależnieniu od leków nasennych. Kilka razy zdawała relację ze swojego procesu leczenia. Pamiętam też rozmowę z żoną/ partnerką pewnego znanego kiedyś rysownika. Jako dzieciak uwielbiałam jego ilustracje w książkach. Miał depresję, demencję, już nie pamiętam.
Bywały trudne rorozmowy, bo ktoś z rodziny dzwoniącego planował coś niedobrego, albo nie wstawał z łóżka od dłuższego czasu, a do tego nie chciał jeść, brać leków itp itd. Przegadalam tam kilkaset godzin na przestrzeni lat. Przy okazji poznałam ciekawych ludzi bardzo zaangażowanych w diabelnie trudną pomoc. Myślę o fantastycznej ekipie Fundacji Itaka.

Ale, ale bywaly tez takie telefony, jak te z pewnym panem, z panem Antonim.
Był taki pan, który czekał na te dni, które były dyżurem i często dodzwaniał się jako pierwszy niemal równo z chwilą włączenia telefonu. Za każdym razem początek rozmowy był identyczny:
„Dzień dobry, tu Antoni. Jaka jest pogoda w Warszawie?”

Potem nie czekając na moją odpowiedź opowiadał, co u niego. Zwykle,

że ktoś go odwiedził,

że była u niego opiekunka, „hehehe”,
że było kąpanie, „hehehe”,
że była u niego pani doktor, która, hehehe wypisała mu receptę na pernazynkę, hehehe i coś jeszcze, „hehehe”.
Potem kończył szybko i nagle, też stereotypowo dla siebie:

” to, ja będę kończył ” i dodawał, że wkrótce zadzwoni, że „do usłyszenia”, że „spokojnej pracy” i rozłączał się.

I nadszedl dzień, gdy pan Antoni nie zadzwonił. Potem znowu i kolejny raz. Złapałam się na myśleniu, że może coś mu się stało. Stcarszy pan, wiadomo, życie. Czas płynął odhaczałam kolejne dyżury, gdy po trzech czy czterech miesiącach odebrałam telefon:

” Dzień dobry, jaką jest pogoda w Warszawie?” Ucieszyłam się jak dziecko słysząc głos tego, co by nie mówić znajomego. Mówił że był gdzieś u rodziny, nie miał karty do telefonu czy coś podobnego. Wrócil do rytuału dzwonienia.

Fajny był to czas. Lubię te wspomnienia. Może dla czytających powiało nie tylko nostalgią, wzruszeniem, ale i nudą, ale nie zawsze moje pisajki muszą być sensacyjne.

Изображение StockSnap с сайта Pixabay