Zacznijmy cenić wartość Człowieka

Nie wygląd domu samochodu czy ubrania

Być może wielki dom jest domem esbeka

który się pastwił przy przesłuchaniach

 

Wielki samochód a w nim mały człowiek

co za ironia właśnie pobił żonę

Być może minął cię zwykły przechodzeń

który napisał Nową Antygonę…

[Cezary Maciej Dąbrowski, Zbiór nieaspirujący, LTW 2019 – fragment motta do części pt. „Sobie samym”]

 

Nie pamiętam jasnych i złotych dni z tamtego okresu, i czasu, pamiętam zadymione gazami łzawiącymi, mgliste, szare miasto Szczecin, przez które trzeba było jechać popołudniami do szkoły muzycznej na około, szczęściem złapaną taksówką, gdy nie kursowały strajkujące tramwaje ani autobusy, pamiętam szarą chlapę i błoto na ulicach gdy zaczęły topnieć ogromne śniegi, pamiętam nie kończące się kolejki po wszystko i za wszystko, gdy w supersamie coś rzucili…

Tak, wiele tej pamięci z tamtych dni zachowało się do dzisiaj w mojej głowie i jest to chyba jakimś zjawiskiem że siedmioletnie dziecko zapamiętało tak dobrze tamten dzień, gdy pełne nadziei na spędzenie Teleranka przed telewizorem, którego obecność w naszym małym przytulnym blokowym mieszkanku była czymś radosnym, umilającym nam niektóre pory dnia, takie jak niedzielne poranki, doznało nagle szoku, widząc zamiast swojej ulubionej audycji i kreskówki najpierw szum na ekranie a potem zjawę w zielonym (jak się domyślaliśmy) mundurze i grubych okularach, która w kanciastym wojskowym stylu wymamrotała komunikat o tym że wybierając mniejsze zło wprowadza Stan Wojenny na terenie PRL. Czemu ten facet zabrał mi Teleranek?

Pamiętam bladość mych Rodziców gdy przerażeni nie mniej ode mnie słuchali z ponurą miną jego komunikatu, który oznaczał dla nich tyle że choć jeszcze ich nie aresztowano i nie zamknięto, wszystkiego mogą się spodziewać w każdej chwili. Po chwili jednak odzyskawszy rezon, Tato stwierdził że to chyba jakaś pomyłka i że nadali pewno jakąś wojenną tragikomedię, i że nic się nie dzieje, a Teleranek na pewno jeszcze wróci. Wrócił ale nieprędko. Choć rzeczywiście nie działo się nic. Na osiedlu panowała głucha cisza. Gdzieś w oddali szczekały psy. Dało się jednak zauważyć że patrole milicyjne wyglądały na bardziej uzbrojone, było ich więcej, po osiedlu kręciły się od czasu do czasu milicyjne samochody.

W mieście pełno było na ulicach oddziałów wojska i przemykających szarych cieni. Gdy kiedyś, już po powrocie do kursowania komunikacji miejskiej, jechaliśmy z Tatą przez miasto do szkoły, na jednym z przystanków na placu wowczas Lenina, dzisiaj Solidarności, tramwaj się nie zatrzymał. Z ulicy wiodącej do placu wyłaniał się czarnoszary, potężny i groźny tłum, naprzeciw którego ustawiał się pospiesznie szpaler zomowców, gotowych by go zatrzymać. Armatki wodne były już w ruchu, strzelano gazem łzawiącym. Widziałem tych ludzi, ich zacięte oblicza, ich zdeterminowane spojrzenia, widziałem jak zaczynano ich bić pałami i wyrywać z tłumu. W odpowiedzi leciały na zomowców kamienie. W drodze powrotnej już nie dało razy tamtędy przejechać, centrum miasta było ponownie zamknięte i zagazowane. Nawet bez tego setkom kobiet, żon i matek tych demonstrantów łzy same napływałyby do oczu. Zima straszna, mrozy po -20 stopni i więcej a ludzi zlewano na ulicach lodowatą wodą, cotygodniowe msze za Ojczyznę w Szczecińskiej Archikatedrze kończyły się takim właśnie polewaniem wychodzących zeń uczestników. Wielu z nich ciężko potem chorowało. Wielu nigdy nie wróciło albo wracało po wielu tygodniach do domów. Ale nadal wychodzili i szli tam by manifestować. Naród był bardzo dzielny i mimo tak wielkiej liczby zdrajców i zwykłych, donoszących na wszystkich podejrzanych do sb i na milicję kanalii, zachowywał się jak trzeba. Wiosną 1982 przyniosłem do domu znalezioną przed domem ulotkę z napisem: Solidarność żyje i walczy! Odtąd wiedziałem że nie jesteśmy sami.

Rodziców nie zatrzymano. Nie byli aż tak bardzo zaangażowani, nie uznano ich za bezpośrednio niebezpiecznych dla PRL ale jako należących do dawnej inteligencji i bez robotniczo-chłopskiego pochodzenia poddawano nas wszechstronnej obserwacji, podsłuchowi i cichej inwigilacji ze wszystkich możliwych stron. Niestety, wśród wszystkich wokół byli donosiciele i zwykli nikczemnicy. Dopiero dzisiaj przeglądając dane agentury SB i ich wielu TW na stronach IPN można się o tym gorzko przekonać. A może właśnie i nie niestety, bo wiedząc o tym doskonale, czuliśmy się jak na jakieś osobnej wyspie, którą stanowił mój dom, nasza mała wspólnota rodzinna, żarty i nieskończenie pogodny humor oraz muzyczna pasja Taty, dzielna wytrwałość i dalekie marzenia Mamy. Nasza domowa oaza. Nie każdy tak miał. Mój kolega z klasy, sympatyczny chłopiec, który potem stał się zagorzałym ministrantem, był regularnie lany w domu przez ojca zomowca. My trwaliśmy po swojemu. Dochodziły do nas wieści od znajomych z Gdańska, oficjalny bełkot informacyjny udawało się rozumieć poprzez zaprzeczenia wielu komunikatów, propagandą mało kto się przejmował, widząc ogólny chaos i popadania kraju w ruinę i biedę. Ale w roku 1987 przyjechał do nas znowu Jan Paweł II i wypowiedział na szczecińskich Jasnych Błoniach słynne słowa o „Wietrze od Bałtyku” i o tym że trzeba stać jak ten żeglarz i dopłynąć. Staraliśmy się więc to wszystko przetrwać i płynąć dalej.

I choć dzisiaj wiem, że Stan Wojenny pociągnął za sobą setki Ofiar dzielnych, odważnych ludzi Solidarności i walki podziemnej, i spowodował miliony ludzkich cierpień, że społeczeństwu polskiemu wyrządzono wówczas wielką krzywdę a krajowi szkodę, bo sytuacja tylko dramatycznie się pogorszyła, wiem również że Naród zachował się wtedy wyjątkowo dzielnie i przetrwał, i dzisiaj można powiedzieć że po mału dopłynął do swojej wolności, i zaczyna wychodzić na brzeg. Wielu ludzi niepozornych i nawet można by pomyśleć – słabych wykazało wówczas jednak siłę i wolę wytrwania większą niż można by się po nich było kiedykolwiek tego spodziewać. Nie mieli karabinów, wozów pancernych, pał i armatek wodnych, przychylnych sądów za plecami. Mieli wrogość naprzeciw ale i mieli to coś jeszcze – miłość w sercach. I to im zawdzięczamy że dzisiaj możemy oddychać bez skrępowania i mówić to, co nam leży na sercu publicznie bez obawy, że nocą podjedzie pod nasz dom milicyjna suka, a „uczynny” sąsiad wskaże jeszcze nasze mieszkanie palcem i rozlegnie się walenie do drzwi.

Piękne ubranie a w nim brzydka postać

niszcząca wszystko co po drodze mija

Być może nie chce w czyimś sercu zostać

dlatego sobie tylko ciągle sprzyja

 

Zacznijmy cenić to co cenne w prawdzie

Bo często patrząc wcale nie dostrzegasz

Patrząc na wygląd nie dostrzegasz zalet

Wartość człowieka znajdziesz w jego czynach

 

[Cezary Maciej Dąbrowski, Zbiór nieaspirujący, LTW 2019 – fragment motta do części pt. Sobie samym]