„Gdybym miał znów dwadzieścia lat…” – rozważania o tęsknocie za wczoraj, starych garniturach i o tym, dlaczego nic bym nie zmieniał.
Człowiek to dziwne stworzenie. Ma zegarek na ręku, kalendarz w telefonie, a i tak najchętniej zagląda wstecz. „Gdybym miał znów dwadzieścia lat…” – powtarza jak zaklęcie, jakby młodość była magicznym biletem do szczęścia. Tymczasem młodość częściej bywała biletem w jedną stronę: do błędów, rozczarowań i naiwnych marzeń. Ale pamięć ma tę cudowną właściwość, że potrafi z błędów zrobić atrakcję turystyczną, a z rozczarowań – muzeum nostalgii.
Kino podsuwa nam obrazy tej tęsknoty. Raz bohater ginie i wraca do tego samego dnia, aż staje się mistrzem. Raz bohaterka mdleje i budzi się w c zasach liceum, by odkryć, że i tak wróci do tego samego mężczyzny. Raz para spotyka się wciąż na nowo, aż dojrzewa do miłości. Trzy gatunki, trzy historie, a morał ten sam: czas można powtarzać, ale człowieka nie da się oszukać.
Tęsknota za wczoraj jest jak stary garnitur – wydaje się, że jeszcze się nada, ale gdyby go włożyć, od razu widać, że jest za ciasny, a jak już się go wciśnie, to pęka w szwach i śmierdzi naftaliną. Ludzie lubią mówić, że „zrobiliby wszystko inaczej”. Ale czy naprawdę? Przecież charakter, uczucia, słabości – to wszystko wróciłoby razem z młodością. Zmienilibyśmy decyzje, a skończyłoby się podobnie. Bo życie nie jest programem komputerowym, który można poprawić w kodzie. To raczej felieton pisany na żywo – z błędami, dopiskami na marginesie i ironią w puencie.
Codzienność też ma swoje pętle.
Odśnieżanie podwórka – co roku ta sama łopata, ten sam mróz, ale śnieg zawsze inny.
Zrzucanie śniegu z płaskiego dachu – powtarza się jak refren, tylko ciężar bywa różny.
Karmnik dla ptaków – hierarchia dziobów wraca co zimę, ale obsada zmienia się jak w teatrze. Tylko dzięcioł wciąż ten sam – anarchista z młotem.
Sad i ogród – przycinanie, grabienie, sianie, zbieranie. Te same czynności, a jednak każda w innym rytmie, z innym smakiem.
To są nasze lokalne „filmy o czasie”: powtarzają się, ale nigdy nie są identyczne. I w tym tkwi ich sens.
Jedni wciąż powtarzają swoje błędy, inni wracają do dawnych miłości, jeszcze inni dojrzewają dopiero po latach. Każdy z nas nosi w sobie własny „film o czasie”: dla jednych to trening do mistrzostwa, dla innych – lekcja nieuchronności, dla jeszcze innych – rytuał spotkań. Ale nikt nie ma pilota do cofania życia. I całe szczęście – bo gdybyśmy mogli, to dopiero narobilibyśmy bałaganu.
Tęsknota za wczoraj jest więc bardziej rozrywką niż planem. Można ją pielęgnować przy kawie, można o niej żartować przy winie, ale nie warto traktować jej serio.
Dla czystości przekazu od razu zaznaczam, że piszę tu o ludziach, którym życie biegło w miarę prostą drogą – bez wielkich katastrof, które wywalają człowieka z torów. Bo wiem, że są też tacy, którym los naprawdę złamał życie: wypadek, błąd, tragedia, której nie dało się przewidzieć. Im ta cała formułka „gdybym miał znów dwadzieścia lat” brzmi zupełnie inaczej i nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie im tego wypominał. Piszę o tych, którym życie toczyło się w miarę normalnym rytmem – z błędami, ale bez katastrofy. O nas, zwykłych zjadaczach chleba.
A ja, cóż ja, żyłem jak żyłem, jestem gdzie jestem. Jestem zadowolony ze swojego miejsca tu i teraz i nie chciałbym wracać fizycznie w przeszłość – nic bym w życiu nie zmienił. Bo każda zmiana w przeszłości determinuje przyszłość, jak w paradoksie dziadka, i nie wiem, gdzie bym po takich zmianach wylądował.
Kanwą do napisania tych rozważań były ponownie przypomniane filmy: Na skraju jutra, Peggy Sue wyszła za mąż oraz Kiedy Harry poznał Sally.
Zbigniew Grzyb
Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz