Umarł Tomek Wołek. Nie miałem z nim żadnego kontaktu od ponad 20 lat. Nie dlatego, że coś się wydarzyło lub, że raziła mnie polityczna przemiana jakiej dokonał w ostatnich latach. Nic z tych rzeczy, po prostu media przestały mnie interesować w jakimś momencie życia a moje kontakty ze światem dziennikarskim ustały nieomal do zera. Przeglądam jednak czasami portale społecznościowe i zaskoczyło mnie to, że w zasadzie odejście Tomasza Wołka przeszło niezauważone. Radykalne zmiany poglądów mają to do siebie, że człowiek spotyka się z ostracyzmem „starego” środowiska, a jako neofita w nowym nie może liczyć jeszcze na pożegnalne requiem. Większość wybrała więc „czyścieć” jakim jest milczenie.

Z Tomaszem Wołkiem utrzymywaliśmy bliższe kontakty tylko w krótkim okresie lat 90. a nasza znajomość nigdy nie miała charakteru towarzyskiego ale czysto zawodowy. Powinienem jednak powiedzieć parę słów o Tomaszu Wołku bo uważam, że w związku z rzeczami jakie wspólnie tworzyliśmy moim obowiązkiem jest dać świadectwo.

Uważam, że Tomaszowi Wołkowi należy się uznanie za to, że w latach 90. otworzył drzwi wolności słowa niezależnemu dziennikarstwu i przyczynił się do wytworzenia pluralizmu w mediach. I zrobił to on osobiście, nikt inny.

Aby to zrozumieć istotny jest kontekst ówczesnej rzeczywistości. A więc po pierwsze… nie było internetu, nie było Facebooka, nie było Twittera, nie było stu kanałów w kablówce. TVN jeszcze nie istniał. Wiem, że to dla wielu banalna konstatacja ale czasami banalne obserwacje jednych są odkryciem innych. Szczególnie biorąc za oczywistą obecną łatwość dostępu do różnych źródeł informacji wielu młodszym pokoleniom może wydawać się, że tak było zawsze. A więc co było? Była „Gazeta Wyborcza”, która zdominowała całą rzeczywistość medialną w Polsce. Mówiąc „Gazeta Wyborcza” mam na myśli nie tylko gazetę ale cały ekosystem z komentatorami, zaprzyjaźnionymi autorytetami, politycznym zapleczem. Była więc „Wyborcza”, której nakłady sięgały wówczas miliona egzemplarzy, i długo długo nic. Chyba nikt już nigdy nie będzie w stanie nie tylko posiadać takiej pozycji medialnej ale nawet trudno już wyobrazic sobie tak totalną dominację jednego ośrodka medialnego przekazu. Była też telewizja publiczna (gdzie wówczas pracowałem), która jednak w połowie lat 90. została przejęta przez środowisko ówczesnego PSL a prezesem został Ryszard Miazek (wchodząc do dziennikarskiej redakcji pełnej młodych ludzi powiedział „my prezes przyszliśmy do waszego kolektywu”, rozumiecie ten dramat?). Czystka w Telewizji Publicznej i „Życiu Warszawy” nieomal zamknęła środki przekazu w jednej bańce gdzie nawet podstawowym faktom było trudno przebić się do publicznej świadomości. Co i jak z niewygodnymi faktami robią dzisiaj „medialne machiny narracyjne”, jak potrafią zmieniać treść i znaczenie wydarzeń rozumiemy więcej właśnie dzięku temu, że mamy dostęp do różnych źródeł wiedzy. Rzeczywistość medialna lat 90 była inna.

I wtedy pojawił się Tomasz Wołek z „Życiem” (z kropką).

„W każdym razie dominująca pozycja „Gazety Wyborczej” nie znajduje dziś pozytywnej przeciwwagi. Nie ma dziennika równie poważnego, opiniotwórczego, a jednocześnie reprezentującego inne nastawienie wobec rzeczywistości, nieco inny typ wrażliwości względem tradycyjnych wartości, trochę inny smak, styl i barwę. Może więc potrzeba dziennika bardziej tradycyjnego, nowoczesnego, i atrakcyjnego w formie a odrobinę staroświeckiego w treści, mieszczańskiego w najlepszym pojęciu” – pisał Tomasz Wołek we „wstępniaku” do pierwszego numeru.

Miał odwagę rzucić rękawicę „Gazecie Wyborczej” kiedy największym marzeniem większości świata dziennikarskiego (i politycznego) było, że kiedyś zostaną zacytowani albo choć wspomnieni przez medialnego giganta.

„Życie” w latach 90. poruszało tematy, których inni nie podejmowali a ich znacznie czasami widać dopiero z perspektywy dekad. Widzieliście niedawno pokazywane we wszystkich kanałach telewizji przejmowanie przez miasto Warszawa rosyjskich budynków na Sobieskiego 100? Temat ten pojawił się na… czołówce pierwszego numeru „Życia” już w 1996 roku. To właśnie w „Życiu” ukazał się mój tekst o rosyjskich nieruchomościach w Warszawie pozostawionych po ZSRR. Tematem zajmowałem się już wcześniej w Telewizji Publicznej gdzie zrealizowałem reportaż „Rosyjska Warszawa” pokazując sprawę licznych nieruchomości o nieuregulowanym statusie, przejmowanych lub wykorzystywanych w nietransparentny sposób. Reportaż w skutek zmian w telewizji ukazało się na antenie dopiero po kilku latach od jego realizacji. Wcześniej informacja ukazała się w „Życiu”. Trzeba było czekać ćwierć wieku żeby jedną z nieruchomości odzyskała Warszawa ale sprawę potrzeby uregulowania rosyjskiego majątku nagłośniło wówczas pismo Tomasza Wołka.

W 1997 ukazała się seria tekstów o Banku Powierniczo-Gwarancyjnym pod tytułem „W sieci Gawriłowa”. Wynik wielomiesięcznej pracy Jacka Łęskiego i mojej. Bank zwrócił naszą uwagę bo na niedokapitalizowanym wówczas rynku bankowym dosłownie dusił się od nadmiaru gotówki której źródłami miały być amerykańskie inwestycje dokonywane przez brytyjskiego biznesmena. Wykazaliśmy, że Siergiej Gawriłow nie był wcale obywatelem brytyjskiem ale miał paszport Belize, będącym tylko częścią Commonwealthu, a pieniądze pochodziły ze spółek zarejestrowanych w rajach podatkowych gdzie trafiły z nieznanego źródła finansowego w Moskwie. Bank Gawriłowa planował przejęcia innych banków i towarzystwa ubezpieczeniowego. Efektem publikacji było zamknięcie banku i usunięcie biznesmena z Polski. Jaka byłaby dzisiaj pozycja Banku Powierniczo-Gwarancyjnego i rosyjskiego kapitału gdyby nie „Życie” Wołka? Tekst dostał nawet główną nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za rok 1997 (ówczesne SDP było organizacją zrzeszająca różne środowiska, a w jury zasiadały różne osoby m.in Jacek Żakowski).

Tomas Wołek był osobiście zaangażowany w pokazywanie rozwoju interesów środowisk postkomunistycznych żerujących na słabości ówczesnego państwa. Obszernym tekstem opublikowanym wówczas było „Prywatne Państwo” pokazujące mechanizm uwłaszczania nomenklatury na przykładzie BIG Banku. Uważam do dziś, że był to jeden z ważniejszych testów nie tylko mój ale być może jeden z ważniejszych jakie ukazały się w gazecie Tomasza Wołka ponieważ precyzyjnie opisywał „uwłaszczenie nomenklatury” jako systemowy mechanizm przejmowania państwowego majątku przez postkomunistyczne układy towarzyskie. Tomasz Wołek wspierał nas wówczas i dawał zgodę na zajmowanie się tematami jakie naruszały interesy gospodarcze bardzo wpływowych grup interesów.

Tomasz Wołek robił to w zasadzie jako jedyny redaktor naczelny mimo tego, że zjawisko to było kluczowe dla zrozumienia rzeczywistości lat 90. Długo mógłbym wymieniać publikacje dotyczące FOZZ, Universalu, sprawy Oleksego, działalności rosyjskiego agenta Władymira Ałganowa i inne. Dużym tematem była spolegliwość polskich służb wobec aktywności rosyjskiej agentury w Polsce ujawniona przez tych oficerów, którzy widzieli, że przestało to być elementem gry wywiadów a zaczęło być problemem poza jakąkolwiek kontrolą instytucji bezpieczeństwa państwa. Nigdzie indziej takie teksty się nie mogły wówczas ukazywać. Naruszenie tych postkomunistycznych i często moskiewskich układów skutkowało poważnymi problemami w wielu obszarach funkcjonowania gazety a nawet życia osobistego.

Jakże wielu ludzi, którzy wówczas krytykowali Tomasza Wołka i „Życie” za podejmowanie takich tematów dzisiaj w obliczu tego co stało się na wschodzie powinno zapaść się pod ziemię.

Wymieniam tylko rzeczy w jakich sam uczestniczyłem a przecież tych tekstów były tysiące napisanych przez ludzi będących dzisiaj nieomal w każdym środowisku medialnym. Tekstów jakich nie można było wówczas opublikować nigdzie indziej tylko „u Wołka”. „Życie” w swojej początkowej fazie było platformą dla wielu świetnych tekstów społecznych i kulturowych dla jakich nie było miejsca w medialnym mainstreamie. Mogę w tym kontekście wymienić wywiady jakie zrobiliśmy w Neapolu z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, które do dzisiaj czyta się z wypiekami. Nie będę wymieniał wszystkich wyśmienitych autorów aby kogoś nie pominąć ale dla wielu „Życie” stało się prawdziwym oknem wolności słowa bo nigdzie indziej nie mogli drukować.

Skąd Tomasz Wołek miał kasę na „Życie” skoro stał się wrogiem rządzącego wówczas postkomunistycznego układu, który jako jedyny miał dostęp do kapitału potrzebnego do założenia gazety? Tajemniczy właściciel był źródłem wielu teorii, które ciągnęły się latami. Być może jako jeden z nielicznych poznałem ówczesnego, pierwszego inwestora, za którego pieniądze założono „Życie”. Byłem u niego w domu w Wiesbaden, niedaleko Monachium, spędziłem kilka godzin we wspólnej podróży do Szwajcarii. Dorobił się majątku zakładając firmę budującą autostrady w Niemczech. Kilka milionów marek jakie przekazał na założenie „Życia” wynikały z potrzeby wsparcia niezależności mediów i niewątpliwie pewnego zauroczenia opowieściami jakie potrafił godzinami snuć Wołek. Nie miał chyba żadnych wyrobionych poglądów politycznych, jak każdy ciężko pracujący emigrant. Pamiętam, że żył stosunkowo normalnie bo tak chciał. W drodze do Genewy pokazywał mi budowaną przez jego firmę autostradę na jakiej jak sam mówił „zarobi ze dwadzieścia milionów marek”. Wiedział, że wcześniej lub później te pieniądze straci ale wierzył, że inteligentny i elokwentny Tomasz Wołek jest właściwą osobą, której należy je dać żeby wesprzeć wolne media. Nie lubił PRL-owskiej komuny ale nie miał jakiejś szczególnej fobii bo sprawdził się z sukcesem jako przedsiębiorca za granicą. Nie był w żadnym stopniu „polityczny”, był raczej jak przedsiębiorca żywcem wyjęty z powieści Ayn Rand, który w jakimś momencie życia postanawia wesprzeć tych słabych żeby ci duzi nie mogli sięgnąć po wszystko. Nigdy nie widziałem żeby w cokolwiek ingerował lub stawiał warunki dotyczące pracy redakcji. Myślę, ze od właścicieli większości polskich mediów różniło go wszystko. Ale i on miał chyba swój limit bo w jakimś momencie pieniądze przestały płynąć.

Z Tomaszem Wołkiem spędziłem setki godzin na salach sądowych gdzie wspólnie broniliśmy prawa do opisywania ówczesnej rzeczywistości pozywani przez banki, polityków, premiera, prezydenta a nawet będącego już za granicą rosyjskiego „finansisty”. Prawa do opisywania faktów jakie były istotne dla zrozumienia ówczesnej rzeczywistości w Polsce. Z perspektywy czasu myślę, że czasami jako nasz „szef” potrafił pójść za ostro, ponieść się zamiłowaniu do gry wyniesionemu z piłki. Zaklinał rzeczywistość sprawną dialektyką połączoną z piłkarską brawurą. W każdym razie kiedy dowodził na medialnym boisku wierzyliśmy mu wtedy bez zastrzeżeń. Czy zawsze słusznie to chyba temat na inną opowieść.

Nigdy nie podzielałem jego zamiłowania do południowoamerykańskiego futbolu ani dyktatorów. Kiedy oglądałem w telewizji program gdzie pokazywał ryngraf z Matką Boską jaki zawiózł Pinochetowi czułem, że jednak byliśmy dalej niż myślałem kiedy razem pracowaliśmy.

Wiem, że jego drogi z wieloma ludźmi jacy tworzyli „Życie” w latach 90 rozeszły się zasadniczo. Trudno aby w takim gąszczu spraw, tematów, interesów nie nastąpiły konflikty. Sam odszedłem „pokojowo” do „Rzeczpospolitej” w 1998 roku a wkrótce w ogóle rozstałem się z mediami. Wiem, że wielu zarzucało mu przemianę polityczną. Osobiście myślę, że Tomasz Wołek jakiego przyszło mi znać miał nieugiętą postawę antykomunistyczną. Jeśli jako konserwatysta i „prawicowiec” w latach 90. widział w kimś wroga ideowego to był to postkomunizm oraz związany z nim układ polityczny. Być może jego „przemiana” nastąpiła kiedy okazało się jednak, że prawdziwym wrogiem w znacznej części jego ówczesnego „prawicowego” środowiska jest nie postkomunizm ale liberalne centrum. Czy raczej zmianę wywołała zawsze będąca w nim buntownicza potrzeba wygłaszania sądów nie zgodnych z linią aktualnej władzy?

Jego droga w świecie mediów utrudnia zapewne ostanim przyjaciołom przyznanie, że mógł mieć rację w latach 90. kiedy inni woleli płynąć z prądem dominującej narracji i idącego za tym komfortu życiowego. Z kolei wielu ludzi jacy byli blisko w latach 90. stało się jego przeciwnikami a on sam zapewne jako wielbiciel Kisiela nie szczędził im kąśliwych komentarzy. W tych sporach już jednak nie uczestniczyłem.

Ze swojej strony mogę tylko powiedzieć, że w tym krótkim okresie lat 1996-1999 w jakim przyszło mi go znać i razem pracować redaktor Tomasz Wołek nigdy nie zawiódł mnie jako dziennikarza, nie handlował za plecami choć był kuszony, miał odwagę pozwalającą mu stanąć naprzeciw silniejszym, a kiedy było naprawdę cieżko to zachowywał się godnie.

„Ufam w powodzenie naszej sprawy, gdyż jest to dobra sprawa. I, mając poczucie przynależności do polski posierpniowej, Polski demokratycznej i niepodległej, Polski niekomunistycznej, Polski normalnej i przyzwoitej, przechowuję w pamięci jakże dziś trafną maksymę Edmund Burke’a sprzed 200 lat: „Dla zwycięstwa zła wystarczy, by dobrzy ludzie nic nie robili”. CHCEMY WŁAŚNIE ZROBIĆ COŚ DOBREGO” – napisał Tomasz Wołek 15 września 1996 roku. Umarł prawie dokładnie w 26 rocznicę powołania „Życia”.

Zapachu świeżo wydrukowanej gazety i wspólnych dyskusji przy filiżance kawy nie da się zapomnieć nigdy.

 

Autor: Rafał Kasprów
Polski dziennikarz i przedsiębiorca, były dziennikarz śledczy, głównie „Życia” i „Rzeczpospolitej”. Obecnie Prezes Zarządu Synthos Green Energy S.A. spółki z grupy kapitałowej Synthos.