To nie tylko formuła debaty prezydenckiej w TVP zawiniła, ale i zachowanie niektórych kandydatów. Opieprzanie prowadzącej, że jest propagandystką. Unikanie odpowiedzi na zadane pytania. Zamiast tego, skandowanie haseł. Kabaretowe zachowanie pana Stanowskiego, któremu debata pomyliła się z talk-show telewizji rozrywkowej. Narzekanie na dyskryminację przez media publiczne.

Przed debatą nie miałem złudzeń, że wyborcy czegoś dowiedzą się o programie kandydatów.

Bo jak można w minutowej odpowiedzi powiedzieć coś więcej, jak kilka haseł wykrzykiwanych na bezdechu przez jej uczestników.

Ta formuła jest zdecydowanie do kitu i na przyszłość, mam taką nadzieję, TVP i inne stacje, z niej zrezygnują.

Sam tego doświadczyłem, trzydzieści lat temu w PR SA, prowadząc wtedy, debatę prezydencką, w identycznej formule.
Po spisaniu wypowiedzi kandydatów przez depeszowców IAR, z całego słowotoku, została tylko piana.

Nie bez kozery, nazywam taką debaty w takiej formule, „biciem piany”.

I coś zupełnie kuriozalnego.

Atak niektórych uczestników na prowadzącą.

Można jej nie lubić, można mieć zastrzeżenia do jej obiektywizmu, ale debata w takiej formie, z identycznymi pytaniami kierowanymi do wszystkich, z takim samym czasem na odpowiedź, nie pozwalała na jakąkolwiek manipulację.

Poza tym, nie jest rolą kandydatów wybierać sobie dziennikarzy do jej prowadzenia.

To byłaby dopiero hucpa gdyby politycy mówili mediom, z kim chcą, a z kim nie chcą, rozmawiać w studiu.
Wara im od tego.

Zbójeckim prawem dziennikarzy jest zadawać pytania, nawet niewygodne, a psim obowiązkiem polityków, jest na nie odpowiadać.
I to na temat, a nie stosując werbalne uniki.

Całe szczęście na oglądanie poświęciłem tylko godzinę.
Nie byłem dalej w stanie oglądać tego bełkotu, który urągał mojej inteligencji.

Już nigdy więcej takich szopek nie obejrzę.

A kto ma ochotę, niech się katuje.

Na zdjęciu, chwila przerwy w pracy rzecznika prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, pod kandelabrem, w Pałacu.