Nie wiem, jak nazwać to zjawisko, które napawa mnie obrzydzeniem ale i zastanowieniem się dlaczego coś takiego w ogóle ma miejsce i wiele wskazuje na to, że jest specyficzne dla polskiego / polskojęzycznego (proszę sobie wybrać opcję) dyskursu. Bo nigdzie indziej, przynajmniej na taką skalę nie występuje.

Chodzi o szczególny rodzaj satysfakcji z faktu, że swojemu przeciwnikowi i adwersarzowi ktoś zza granicy zarzucił igenorancję/złe intencje/głupotę. Wtedy tenże polski/polskojezyczny (znów można wybrać) oponent zapala się i przyłączając się do zagranicznego krytyka, którego najczęściej ani nie zna, ani nie rozumie, a już na pewno ma w nosie ewentualność, że jego działanie może docelowo szkodzić także jemu samemu, przyłącza sie ochoczo do krytyki rzecząc: nie to, że ja, ale (cała) zagranica grzmi i huczy ostrzegając nas przed moim/naszym wrogiem i jego niecnymi planami. Tym samym we własnym mniemaniu wyzwala się ze swojego znienawidzonego zaścianka, zalecza na chwilę swój kompleks niższości i nieskromnie liczy na jakąś pochwałę lub choćby aprobatę.

Problemem części, i to wcale niemałej, polskich elit jest niesamodzielność intelektualna, mentalna, wreszcie polityczna. To choroba zapoczątkowana najpóźniej w XVIII wieku i szerząca się niemiłosiernie. Dotyka wszystkich – zarówno obecną opozycję, w przypadku której jest wręcz ostentacyjna, jak i niemałą część tzw. obozu niepodległościowego, obecnie nam rządzącego (tu w dużej mierze w wersji utajonej). Można wiele mówić o niepodległości i zupełnie nie rozumieć na czym ona polega, i że nie jest ona dla słabych i nędznych, ale dla silnych i odważnych.

Dlatego też nie martwi mnie jakość szczególnie niepełnosprawność intelektualna i duchowa obecnej opozycji, która wystawia sobie najgorsze świadectwo swoim konkiunkturalnym dążeniem do władzy, zamiast dążenia do sprawiedliwości. Martwi mnie raczej postępująca choroba „układu rządzącego”, który aczkolwiek słusznie i dzielnie odpierając ataki z zewnątrz (Rosja, Bruksela) ulega powoli pokusie konformizmu, jako takiego ustawienia się i swoich. Z ofensywy robi się defensywa, bo na zapleczu władzy walczy się o stołki.

Różne mi już etykiety przyklejano, najczęściej spotykana to „Pisowski profesor”. Niezbyt to miłe, ale jak się człowiek wypowiada publicznie to musi się z czymś takimi liczyć. Nie jestem ani członkiem, ani sympatykiem PiS, ale też nie jestem jego oponentem. Zresztą ta klasyfikacja w ogóle mnie nie interesuje. Ludzie bez wyobraźni klasyfikują ludzi podług swoich prymitywnych, najczęściej właśnie partyjnych kryteriów, bo tylko o takich mówią w telewizji.

Dziadek wpoił mi jedno, trzeba być po stronie Polski, i tylko Polski. A jak bedziesz po jej stronie, to spodziewaj się wyłącznie krytyki i ataków. A o resztę się nie martw, bo różnie będą Cię nazywali, i o różne rzeczy oskarżali. Ważne, żebyś pozostał w zgodzie z własnym sumieniem. On pozostał, przypłacił to swoim życiem…

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.