Patrzysz na liczby i przez chwilę masz wrażenie, że to wszystko jest proste.
8 miliardów istnień. Setki tysięcy narodzin dziennie. Setki tysięcy dziennie umiera. Ruch jak na dworcu, tylko bez zapowiedzi i bez rozkładu jazdy.
A potem przychodzi myśl, która burzy ten porządek.
Bo jeśli ludzi jest ponad osiem miliardów, to światów też jest ponad osiem miliardów.
Każdy człowiek niesie swój własny świat. Własną wersję prawdy. Własny sens. Własny dramat, który dla niego jest centrum wszystkiego, a dla reszty jest tylko statystyką.
Dla jednego dzisiejszy dzień to początek życia. Dla drugiego jego zamknięcie. Dla trzeciego nic szczególnego, kawa, telefon, przewijanie.
I właśnie tu pojawia się pęknięcie.
Bo liczby są bezlitosne. Nie znają Twojego imienia. Nie obchodzą ich Twoje przekonania ani to, jak bardzo jesteś przekonany, że widzisz świat „takim, jaki jest naprawdę”.
Dla nich jesteś jednym z 285 tysięcy urodzonych albo jednym z 134 tysięcy, którzy dziś znikną.
Trochę brutalne. Trochę śmieszne.
Bo człowiek ma w sobie coś upartego. Każdy chce wierzyć, że jego świat jest tym właściwym, najlepszym. Że to jego interpretacja ma sens, a reszta się myli.
I tak chodzimy obok siebie, osiem miliardów absolutnych racji, które wzajemnie się wykluczają.
To trochę jak wielka debata, w której nikt nikogo nie słucha, ale wszyscy są przekonani, że wygrywają.
A rzeczywistość?
Rzeczywistość nawet nie bierze w tym udziału.
Ona działa po swojemu. Cicho. Systematycznie. Bez emocji.
Dodaje kolejne liczby. Odejmuje inne.
Nie pyta o zdanie.
I może właśnie w tym jest najciekawszy paradoks.
Z jednej strony jesteśmy niepowtarzalni, oryginalni Każdy świat jest jedyny, nie do odtworzenia, zamknięty w jednej głowie.
Z drugiej jesteśmy wymienialni w tabeli.
I teraz pytanie, które zostaje na koniec, trochę niewygodne.
Czy naprawdę żyjemy w świecie, który widzimy?
Czy raczej w świecie, który sobie opowiadamy, żeby było łatwiej znieść to, że jesteśmy tylko jedną z liczb?
Może jedno i drugie.
A może właśnie to jest jedyna rzecz, która naprawdę nas łączy.
To uporczywe przekonanie, że nasz własny świat ma znaczenie większe niż wszystkie pozostałe razem wzięte.
I wiesz co?
Bez tego przekonania te liczby byłyby nie do udźwignięcia.