Po wydarzeniach w Jarosławiu i pojawiającej się mowie nienawiści, zaczęłam wracać myślami do wielu rozmów, które przez ostatnie lata prowadziłam z Ukraińcami mieszkającymi w Polsce.
Co ciekawe, osoby, o których myślę, najczęściej wyjechały z Ukrainy długo przed wojną. Przyjeżdżały tutaj na studia, do pracy, szukając swojego miejsca do życia. Dzisiaj mają polskie obywatelstwo. Tutaj mieszkają, pracują, wychowują dzieci i budują swoją przyszłość.
Nie wyjechały dlatego, że były obojętne na Ukrainę. I nie są obojętne na toczącą się wojnę. Żaden wrażliwy człowiek nie jest obojętny na cierpienie, śmierć i strach innych ludzi. Wyjechały z innych powodów.
Ukraina jako państwo nie spełniała ich oczekiwań. Nie dawała im poczucia stabilności, możliwości rozwoju i spokojnego życia. W naszych rozmowach wielokrotnie pojawiały się opowieści o korupcji, układach, bezsilności wobec systemu, kradzieży czy braku poczucia bezpieczeństwa.
Dzisiaj żyją tutaj, ale najczęściej pomagają swoim bliskim, którzy tam zostali. Wspierają rodziców, rodzeństwo, przyjaciół. Martwią się o nich. Pomagają finansowo. Przeżywają to, co dzieje się w kraju ich urodzenia, choć sami swoje życie związali już z Polską.
Znamy to, prawda?
Przez dziesięciolecia podobnie wyglądały losy milionów Polaków. Wyjeżdżaliśmy do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i wielu innych krajów, bo tam można było lepiej zarobić, spokojniej żyć albo stworzyć dzieciom większe możliwości.
Budowaliśmy tam domy, zakładaliśmy rodziny, czasami przyjmowaliśmy inne obywatelstwo. A jednocześnie wysyłaliśmy pieniądze rodzinom w Polsce, paczki, pomagaliśmy rodzicom i rodzeństwu. Wracaliśmy na święta. Tęskniliśmy.
Wyjazd z własnego kraju nie jest zdradą własnego kraju.
Można kochać miejsce, z którego się pochodzi, i jednocześnie wiedzieć, że nie chce się w nim żyć.
Można krytycznie oceniać własne państwo i nadal kochać swoją ojczyznę.
Można wybrać Polskę i jednocześnie mieć część serca na Ukrainie.
My, Polacy, powinniśmy chyba rozumieć to szczególnie dobrze. Sami przez pokolenia byliśmy narodem emigrantów.
Ostatnio przyjechał do nas fachowiec naprawiać okna. Ukrainiec. Człowiek, który o oknach wie chyba wszystko. Potrafi doradzić, wytłumaczyć, pokazać każdy szczegół. Pokazuje, jak powinno być, jak jest i co naprawdę trzeba zrobić. Nie próbuje nikogo naciągać. Jest do cna uczciwy.
Na Ukrainie miał własną firmę. Jak opowiadał, został okradziony z patentów i wyjechał wiele lat temu. Nie chce wracać. I nie z powodu wojny – decyzję o wyjeździe podjął przecież dużo wcześniej.
Podobne historie słyszę od innych. Wybrali Polskę, bo odpowiada im tutaj kultura, ludzie, możliwość uczciwej pracy, a nade wszystko bezpieczeństwo ich rodzin.
I właśnie ci ludzie coraz częściej opowiadają mi, że po wielu latach życia w Polsce zdarza im się być gorzej traktowanymi, kiedy ktoś usłyszy ich ukraiński akcent.
To mnie smuci.
Bo znam naszą historię. Znam polskie rany i wiem, jak głębokie potrafią być.
Pamięć jest potrzebna. Prawda historyczna jest potrzebna. Nazwanie zbrodni zbrodnią jest potrzebne.
Ale pamięć nie oznacza dziedziczenia nienawiści.
Gdybyśmy mieli przez pokolenia dziedziczyć nienawiść, jako Polka musiałabym chyba bardziej nienawidzić Niemców. A przecież nie czuję nienawiści do współczesnych Niemców. I nie oznacza to, że zapomniałam historię czy, że nie mam prawa źle oceniać współczesnego Niemieckiego Państwa.
Pamiętać nie znaczy nienawidzić.
Wybaczać nie znaczy zapominać.
Pojednanie nie oznacza rezygnacji z prawdy.
Możemy i powinniśmy rozmawiać o Wołyniu. O zbrodniach, ofiarach i krzywdach. Możemy krytycznie rozmawiać o współczesnej Ukrainie, jej polityce, korupcji czy problemach społecznych.
Ale czym innym jest ocena historii czy państwa, a czym innym ocena człowieka stojącego obok nas.
I ta zasada nie może dotyczyć wyłącznie tych narodów, wobec których łatwo jest nam być tolerancyjnymi.
Dotyczy Żydów. Arabów. Niemców. Rosjan. Ukraińców. Polaków. Każdego.
Nie chciałabym, żeby patrząc na Żyda, ktoś widział stereotyp zamiast człowieka. Żeby patrząc na Araba, automatycznie przypisywał mu określone poglądy czy zamiary. Tak samo nie chciałabym, żeby gdzieś za granicą ktoś usłyszał mój polski akcent i pomyślał:
Polak – złodziej.
Przecież pamiętamy, jak podobne stereotypy dotyczące Polaków funkcjonowały na Zachodzie. Jak bardzo nas bolały i oburzały.
Skoro wiemy, jakie to niesprawiedliwe, dlaczego mielibyśmy robić to samo innym?
Przyznam jednak, że jest naród, przy którym sama muszę sobie o tej zasadzie szczególnie przypominać.
Rosjanie.
Trudno mi emocjonalnie oddzielić to, co robi rosyjskie państwo, od społeczeństwa, które w nim żyje. Trudno mi zrozumieć milczenie, obojętność czy poparcie części ludzi dla rzeczy, których ja nie potrafię zaakceptować. Ale wtedy muszę zadać sobie pytanie: czy znam każdego Rosjanina?
Nie.
Nie wiem, co myśli. Nie wiem, czego się boi. Nie wiem, przeciwko czemu protestował, dlaczego wyjechał albo dlaczego został.
Jeżeli naprawdę wierzę, że człowiek nie jest swoim rządem, ta zasada musi obowiązywać również wtedy, kiedy zastosowanie jej jest dla mnie trudne.
Bo inaczej nie jest zasadą. Jest wygodą.
Paszport nie może być aktem oskarżenia!
W ostatnim czasie pojawia się również mnóstwo artykułów o Polakach słownie lub fizycznie atakujących Ukraińców. O nieuprzejmych sąsiadach, awanturach, wyzwiskach.
Nie zamierzam tego bagatelizować.
Agresja nigdy nie jest OK.
Ale mam problem z automatycznym dopisywaniem do każdej takiej sytuacji narodowościowego uzasadnienia.
Agresja istniała zawsze. I bardzo często nie wynika z pochodzenia ofiary, tylko z głupoty, frustracji, kompleksów, potrzeby dominacji czy zwyczajnego chamstwa agresora.
A pretekst zawsze się znajdzie.
Pamiętam, jak w Poznaniu pobito gitarzystę Lombardu, bo miał długie włosy.
Pamiętam kolegę ze studiów, którego ktoś zaczął szarpać na dyskotece, bo był „zbyt wesoły”.
Pamiętam też, jak pobito naszego realizatora dźwięku. Zespół dobrze bawił się w restauracji. Kelnerka chciała już skończyć pracę, a jej chłopak czekał z kolegami, bo sami wybierali się na imprezę. Jeden z członków naszej ekipy wyszedł zapalić i został zaatakowany.
Później próbowano dopisać do tego historię o rzekomym molestowaniu, którego – według naszej wiedzy – nie potwierdzili obecni w restauracji goście.
Byliśmy „obcy”. Przyjezdni. Po drugiej stronie byli miejscowi, emocje, zazdrość i potrzeba pokazania, kto tutaj rządzi.
Pretekst się znalazł.
Dzisiaj może nim być ukraiński akcent. Wczoraj były nim długie włosy. Jutro będzie sposób ubierania się, samochód na obcych tablicach, zbyt głośny śmiech albo zwyczajnie to, że ktoś jest „nie stąd”.
Agresor, który szuka powodu do agresji, zawsze jakiś znajdzie.
Oczywiście istnieją ludzie kierujący się rzeczywistą nienawiścią do innych narodowości. Jeśli ktoś atakuje człowieka dlatego, że jest Ukraińcem, Żydem, Arabem czy kimkolwiek innym – nazwijmy to wprost. Ksenofobia jest ksenofobią.
Ale nie zakładajmy jej automatycznie.
I tutaj dochodzę do roli mediów.
Media są potrzebne. To dzięki nim dowiadujemy się o rzeczach, których sami nie widzimy. Nagłaśniają krzywdę, ujawniają patologie, patrzą władzy na ręce, pokazują problemy społeczne.
Ale właśnie dlatego spoczywa na nich ogromna odpowiedzialność.
Tymczasem tabloidowość współczesnych mediów coraz częściej tę odpowiedzialność wypiera.
Liczy się klik.
Mocny tytuł. Emocja. Oburzenie. Konflikt. Im bardziej dramatyczny nagłówek, tym większy zasięg.
I wtedy informacja przestaje wystarczać. Trzeba jeszcze stworzyć opowieść.
Jeżeli Polak zaatakował Ukraińca, informacją jest to, co się wydarzyło. Jeżeli istnieją podstawy, by stwierdzić, że motywem była narodowość – również należy o tym napisać.
Ale jeżeli tego nie wiemy, dopisywanie motywu narodowościowego nie jest już informacją. Jest interpretacją.
A interpretacja powtórzona przez kilkanaście portali po kilku godzinach zaczyna funkcjonować jak fakt.
To działa również w drugą stronę.
Jeżeli przestępstwo popełni Ukrainiec, eksponowanie jego narodowości w tytule może stworzyć wrażenie, że narodowość wyjaśnia jego zachowanie.
Nie wyjaśnia.
I tak możemy jednocześnie wyprodukować dwa stereotypy:
„niebezpiecznego Ukraińca” i „ksenofobicznego Polaka”.
Oba są krzywdzące.
Najgorsze jest to, że po pewnym czasie przestajemy widzieć pojedynczych ludzi. Zaczynamy widzieć grupy.
„Oni”.
A przecież w ogromnej większości normalnie ze sobą żyjemy. Pracujemy razem. Mieszkamy obok siebie. Pomagamy sobie. Przyjaźnimy się. Kłócimy się. Godzimy. Kochamy. Czasami się nie lubimy.
Jak ludzie.
Dlatego nie chcę stereotypów w żadną stronę.
Nie chcę „Ukraińca przestępcy”.
Nie chcę „Araba terrorysty”.
Nie chcę „Żyda oszusta”.
Nie chcę „Polaka złodzieja”.
Nie chcę „Polaka ksenofoba”.
I nawet jeśli przychodzi mi to trudniej — nie chcę również patrzeć na przypadkowego Rosjanina i widzieć w nim rosyjskiego państwa.
Narodowość nie jest cechą charakteru.
Akcent nie jest świadectwem moralności.
Pochodzenie nie jest wyrokiem.
Możemy oceniać państwa. Możemy oceniać rządy, ideologie, decyzje polityczne i działania armii. Możemy domagać się prawdy historycznej i odpowiedzialności konkretnych ludzi. Możemy bronić interesów własnego kraju.
Ale człowieka oceniajmy za jego własne czyny.
Nie za paszport.
Nie za przodków.
Nie za rząd jego kraju.
Nie za innych ludzi mówiących tym samym językiem.
I może właśnie wtedy, kiedy najtrudniej jest nam zastosować tę zasadę wobec jakiegoś narodu, okazuje się, czy naprawdę w nią wierzymy.
Historia powinna nas czegoś nauczyć, a nie nauczyć nas, kogo mamy nienawidzić.
Pamięć nie musi być dziedziczeniem nienawiści. Może być i powinna być dziedziczeniem mądrości.
Z pozdrowieniami Marta C.
Ps. Grafika SI.
Autor: Marta Alicja Cugier
Polska piosenkarka, od 1999 roku wokalistka zespołu Lombard. Na scenie debiutowała w wieku 6 lat, w Pałacu Kultury w Poznaniu, w zespole ludowym Mała Wielkopolska. Po rozwiązaniu zespołu próbowała swoich sił w Paradzie – grupie tańca nowoczesnego.
Zostaw komentarz