Tym razem z Gury wyjechałem nocnym pociągiem, takim z firankami w oknach, nieco starodawnym. Nocami puszczają takie pociągi sprzed wojny, bo wtedy łatwiej je ukryć przed wścibskim światem i ludzie nie robią zdjęć kompromitujących koleje rumuńskie. W dzień puszczają te nowocześniejsze, za Unii pieniądze już kupione. Nocą jeżdżą stare acceleraty. Niebieską farbą malowane. Postanowiłem odbyć podróż do Jassów. A przy odrobinie szczęścia także do Kiszyniowa. Odkąd nabyłem pierwszy prawdziwy radziecki atlas geograficzny w wieku 10 lat, zawsze ciągnęło mnie na wschód i na południe. Nigdy na zachód. Na zachodzie czułem się obco. Jakbym komuś bez pozwolenia wszedł do przedpokoju. Za to na wschodzie i południu wszędzie wciąż byłem u siebie.

W pociągu nie było zbyt wiele osób. W przedziale byłem tylko ja i moje myśli. Światło w wagonie było niewyraźne, bardzo słabe, żółte. Jakby nie miało ochoty świecić. Przytuliłem twarz do szyby by lepiej mi się marzyło. Mijaliśmy wioski wypełnione trzodą i wąsatymi rolnikami. A także grubymi kobietami z chustami na głowie. Mołdawskie dzieci bawiły się zgodnie w zagrodach z psami i świniami. W powietrzu czuć było zapach świeżo palonego lokalnego bimbru (cujki). Wszystko to układało się nie tylko w logiczną całość, ale w hipereudajmonistyczny mikrokosmos.

Nagle drzwi do przedziału otworzyły się i niewielki człowieczek w kapeluszu zapytał nerwowo, czy może się dosiąść. Miejsca było sporo, więc kiwnąłem głową, że tak. Usiadł przy korytarzu.

– Pozwoli pan, że się przedstawię – powiedział nieco spłoszony. – Nazywam się Emil Cioran. Od Ponad stu lat stąd uciekam i nie udaje mi się. Zaczyna mnie to już męczyć. Mieszkając w Paryżu mentalnie wciąż byłem tu, w Rumunii. Za dnia byłem we Francji, ale noce należały do Rumunii. Sny mam wyłącznie rumuńskie.

– Zaciągnąłem firanki, by nikt nas nie widział. – Naprawdę jesteś pan tym Emilem Cioranem, wielkim rumuńskim pisarzem? – zapytałem z niedowierzaniem.

– Tak, ale proszę nikomu tego nie mówić. I tak zresztą panu nie uwierzą. Ja co prawda już umarłem, ale nam Rumunom śmierć nie przeszkadza egzystować wśród żywych. Rumuni przywykli do obcowania na co dzień ze zmarłymi. Nie jest to niczym niezwykłym. Na wampiry tylko trzeba uważać, ale to margines.

– Dokąd pan jedziesz, panie Cioran? – zapytałem.

– Dokądkolwiek, byle pociągiem, bo wie pan, to takie moje marzenie z dzieciństwa. Jazda parowozem. Rodzice mnie nie zabierali na takie przejazdy, teraz sobie rekompensuję. A tak ogólnie, to muszę panu powiedzieć, że literatura w Europie umarła. Totalne zdziczenie intelektualne i duchowe. Książki drukowane na potęgę, ale w nich nie ma nic wartościowego. Lasów szkoda – powiedział Cioran.

– Ma pan rację, panie Cioran, dlatego ja powoli zaprzestaję pisania, bo tak wielu pisze, a nikt nie czyta. Naukowe pisarstwo straciło sens. Zamierzam pisać bajki dla dzieci. Powoli się do tego przymierzam.

– Dzieci – wie pan – mają inny ogląd świata, powiedział zaciągając się papierosem. – Widzą rzeczy, których my nie dostrzegamy. – Warto dla nich tworzyć formy literackie nawet jeśli z początku nie są one ich w stanie pojąć. Ale zapisują je one sobie w pamięci i po latach odszyfrowują. Nie należy infantylizować dzieci, bo to są przyszli dorośli – powiedział Cioran.

Po kilku godzinach podróży z Emilem Cioranem dotarło do mnie z jak ważnym człowiekiem podróżowałem i jak wiele się od niego nauczyłem.

Polecam podróże z tym panem.

– On się zupełnie nie nadaje na podróże po Rumunii – powiedział gruby konduktor wysadzając za karę Emila Ciorana na stacji w Năsăud.

– Taki wielki pisarz, a tak przepadł głupio na byle jakiej stacji – pomyślałem. Taki wielki pisarz zginął na jakimś rumuńskim zadupiu. Trochę szkoda – pomyślałem i przypaliłem papierosa.

Potem jechałem jeszcze kilka stacji i rozmyślałem nad tym, jak to wybitnych rumuńskich myślicieli pozbywa się z pociągów, a pozwala innym kontynuować podróż, niekoniecznie tym zdolnym.

Uważam, że w geście solidarności powinienem był wówczas z Cioranem opuścić pociąg, ale odwaga do tego przyszła już po fakcie.

Jeszcze kiedyś opuszczę pociąg na znak solidarności z kimś ważnym. Ale nie teraz.